Na stepach (Gorki, 1903)

Максим Горький (1868–1936)

Traducido del ruso por Stanisław Miłkowski

Wyszliśmy w najgorszym humorze; byliśmy głodni i przeklinaliśmy cały świat. W ciągu całej nocy usiłowaliśmy nadaremnie, zapracować lub ukraść bochenek chleba, postanowiliśmy zatem iść dalej. Dokąd, nie wiedzieliśmy wcale. Jednakże szliśmy gdzie oczy poprowadzą, a nogi poniosą. Postanowienie to nastąpiło za jednogłośną zgodą. Inne postanowienie, mianowicie prowadzić życie tak jak obecnie, było niepodobnem, przekonywały o tem nasze oczy iskrzące się gorączką, nasze spieczone usta. Było nas trzech; poznaliśmy się niedawno w Charkowie, w knajpie na brzegu Dniestru. Jeden z nas był żołnierzem z batalionu kolei żelaznej, później dozorca przy zmianie pociągów kolejowych, miał rudawe włosy, był silnie zbudowany i miał szare, chłodno patrzące oczy. Doskonale mówił po niemiecku i znał życie z doświadczenia, nabytego w więzieniu. Nie lubiliśmy go, gdy począł opowiadać o przeszłości i sypać argumentami niezbyt budującymi. Ubolewaliśmy jeden nad drugim, jednakże nie dowierzaliśmy sobie wzajemnie. Skoro nasz drugi kompan, nizki, chuderlawy, z zaciśniętemi ustami i niedowierzającem spojrzeniem, opowiadał że jest byłym studentem uniwersytetu, byliśmy pewni, że się mija z prawdą. Zresztą było dla nas obojętne, czy on jest studentem, fałszerzem czy złodziejem. Poznawszy się wzajemnie, byliśmy prawie wszyscy, na jednym i tym samym stopniu społecznym. Byliśmy ludzie głodni, pozostawaliśmy pod dozorem policyjnym i we wsiach, przez które przechodziliśmy, traktowali nas mieszkańcy wielce podejrzliwie. Nienawidziliśmy nie tylko policyę, ale i chłopów, jak drapieżne ptaki odczuwaliśmy pragnienie rabowania co się da i układaliśmy nieustannie projekta zemsty. I dlatego to przyłączył się do nas ów student. Nieszczęście najprędzej zbliża ludzi, najrozmaitszych charakterów, a że byliśmy nieszczęśliwi tego nie mógł nikt zaprzeczyć. Trzecim, ja byłem. Ponieważ od dzieciństwa odznaczałem się skromnością, nie opowiem nic o sobie. Nie będę się ani chwalił, ani wyliczał moich wad, aby się nad innych wywyższyć. Abyście jednak mieli choć słabe o mnie pojęcie, to powiem, że uważałem się zawsze za lepszego od moich towarzyszy. Otóż tedy opuściliśmy Perekop i szliśmy dalej. Wybraliśmy do tego dzień, w którym spodziewaliśmy się w drodze użebrać nieco chleba. Ja szedłem obok żołnierza, student postępował za nami. Miał na sobie rodzaj kaftana. Jego kończastą i pokrytą przygładzonym włosem głowę zdobiły resztki szerokiego kapelusza, szare, w rozmaitych miejscach pozszywane spodnie, obciskały mu cienkie nogi, obuwie składało się ze szmat obwiązanych sznurkami. On to nazywał sandałami. Wlokąc powoli nogi wyrzucał kłęby kurzu i piasku. Jego wodniste, małe, szare oczy spoglądały gdzieś w dal. Żołnierz był ubrany w czerwoną koszulę, skradzioną w Chersonie. Na koszuli miał watowaną kamizelkę; — czapka żołnierska siedziała mu zuchowato na głowie. Pierwiastkowej jej barwy nie podobna było rozpoznać. Dolne ubranie składały szerokie szarawary, przytem szedł boso. Dokoła nas ciągnęły się nieprzejrzane okiem stepy, nad nami wspaniałe niebo, barwy błękitnej, podobne do olbrzymiej kopuły. Szary, piaszczysty krajobraz przecięty drogą, był oniemal spalony od słońca. Żołnierz śpiewał pieśń poranną. Podczas służby wojskowej pełnił obowiązki asystenta popa i umiał mnóstwo modlitw. W dali na przestrzeni widniały góry. — To niezawodnie góry krymskie, — zauważył student. — Góry? Tak daleko jeszcze nie zaszliśmy. To są poprostu chmury. Wyglądają one jak pomidory z mlekiem. Ja dodałem, że byłoby bardzo przyjemnie, gdyby rzeczywiście chmury zamieniły się na zupę pomidorową. Uwaga ta jeszcze bardziej wzmogła nasz głód. — Do dyabła, — krzyknął żołnierz. — Nie widać żadnej ludzkiej duszy. Będziemy jak niedźwiedzie musieli ssać własne palce. Oświadczyłem, że powinniśmy zwrócić się do miejsc zamieszkanych. — Ja już mówiłem o tem — dodał student. — Boś od tego uczony abyś mówił. Gdzież tu znajdziesz znaczniejsze obszary zamieszkane przez ludzi? Dyabeł wie, gdzie szukać. Student zaciął usta i milczał. Tymczasem zaszło słońce i chmury zaczęły przeświecać różnofarbnie. Zapach od ziemi i soli rozchodził się po stepie, pobudzając na nowo głód. Nieustannie kruczało w naszych żołądkach, a siły coraz bardziej zmniejszały się. Usta i gardło paliło, zmysły drętwiały, na oczach jakby spoczywała przejrzysta zasłona. Od czasu do czasu migały przed nami jakieś ciemne plamy, które wydawały się nam kawałami mięsa. Myśl o smacznych kąskach drażniła nasze powonienie, uczucie głodu stawało się istotnie męką. Jeden drugiemu podsuwał rozmaite plany, robiąc nadzieję, że niezawodnie spotkamy pasterzy. Nieustannie rozglądaliśmy się po wszystkich stronach. Natężaliśmy o ile możności słuch, czy przypadkiem nie dobiegnie do naszych uszów turkot wozów tatarskich. Ale na stepie panowała głęboka cisza. Dniem przedtem zjedliśmy cztery funty chleba i pięć melonów. Pomimo to zrobiliśmy piechotą 40 wiorst, to nie bagatela i skoro znaleźliśmy się na rynku w Perekopie, poczuliśmy głód. Student po części miał słuszność, że trzeba zużyć noc na operacyę kradzieży, ale w przyzwoitem towarzystwie o czemś podobnem myśleć niepodobna, projekt ten zatem upadł. Wiem, że ludzie w naszych czasach znacznie postąpili w cywilizacyi i starają się nawet wówczas okazywać twarz uśmiechniętą, gdy ich bliźni okradną kogoś lub zrabują. Ja sam tego doświadczyłem i mam wielki respekt dla dzisiejszej wydelikatnionej kultury. Najwspanialszym powodem tego, są budujące się ciągle domy poprawy, więzienia, knajpy i domy publiczne. Szliśmy tedy stepem pustym, cichym, podczas zachodu słońca, dręczeni czczością żołądka, w niepewnem oczekiwaniu polepszenia naszego beznadziejnego położenia. Przed nami jaśniały czerwone smugi wieczoru, poza nami rozszerzała się ciemność i coraz bardziej znikały obrazy niebieskiego horyzontu. — Dzieci, zbierajcie drzewo na ognisko — rzekł żołnierz, podejmując z ziemi kawał drzewa. Przepędzimy noc na stepach. Zbierajcie wszystko, co wam podpadnie pod oczy. Rozbiegliśmy się w różne strony, dla zebrania palnego materyału. Każdym razem, gdyśmy się schylili dla podniesienia gałęzi, czuliśmy silne pokuszenie, rzucenia się na ziemię i pożarcia jej. — Żeby przynajmniej można znaleźć jakie korzenie, — mówił żołnierz wzdychając. — Bywają takie, które dadzą się spożyć. Lecz nie było widać nic podobnego. Noc szybko zapadała, już na niebie poczęły przebłyskiwać gwiazdy, wokoło nas owijał się nieprzenikniony cień, coraz bardziej ograniczając możność widzenia. — Dzieci — rzekł cicho student — widzę tam, że jacyś ludzie spoczywają. — Ludzie? — — pyta żołnierz. — Coby tu robili ludzie? — Idź i zapytaj. Najniezawodniej mają ze sobą chleb, skoro zamierzyli nocować na stepie, — rzekł znowu student. Żołnierz spojrzał we wskazanym kierunku, gdzie leżał jakiś człowiek i rzekł stanowczo: — Pójdźmy do nich. Tylko bystre oko studenta mogło w ciemności o 50 kroków dostrzedz człowieka, gdy dla nas była to jakaś czarna masa. Poszliśmy szybko, a głód jeszcze bardziej nam dokuczał. — Być może, że niema tam żadnego człowieka, — zauważył żołnierz a myśmy wszyscy to samo pomyśleli. Nasza wątpliwość jednak w tym razie została usuniętą, zobaczyliśmy bowiem, że owa ciemna masa nabrała ruchu i coraz bardziej rosła. Widzieliśmy żywych, klęczących ludzi, którzy ku nam wyciągali ramiona. — Nie zbliżajcie się bo będę strzelał, — rzekł nagle ktoś drżącym głosem. Słyszeliśmy szelest nabijanego pistoletu i na tę komendę zatrzymaliśmy się; nieprzyjazne przyjęcie mocno nas zadziwiło. — To szaleniec! — mruknął żołnierz. — Tak — potwierdził student. — Musi być należycie zaopatrzony we wszystko, skoro nabija pistolet. — Hej ty! — zawołał żołnierz, ale nie otrzymał odpowiedzi. — Dyable! Te ostatnie wyrazy wymówił żołnierz cicho. Człowiek nie odpowiedział. — Czy nie słyszysz? — powtórzył z gniewem żołnierz. Czy nie masz chleba. Nie zbliżymy się do ciebie, rzuć go nam. — Dobrze — rzekł człowiek krótko. Ładne kazanie nawet nie mogło nas więcej pocieszyć i ukoić nasze dusze nad ten wykrzyk. — Nie obawiaj się niczego dobry człowieku — rzekł żołnierz z uśmiechem, chociaż podróżny nie mógł dojrzeć tego uśmiechu w oddaleniu co najmniej dwudziestu kroków. — Jesteśmy spokojni ludzie, idziemy do Kubania, w drodze wydaliśmy ostatnie pieniądze i prawie od dwóch dni nie mieliśmy nic w ustach. — Łapcie, jeszcze kawałek! Jeszcze jeden… Więcej nie mam! — zawołał. Student zebrał blizko czterech funtów czerstwego pszenicznego chleba. Że chleb był czerstwy mocno byliśmy uradowani, bo taki daleko lepiej nasyca. Żołnierz podzielił chleb na równe racye. Otrzymawszy moją część, spożywałem chleb powoli, uśmierzając nieznośny głód. Sprawiało mi to niewypowiedzianą przyjemność, chleb posyłałem do żołądka minimalnymi kąskami. Po każdym kąsku doświadczałem niewypowiedzianej błogości i znajdowałem się jakby pod wpływem uroczego snu. Zapomniałem zupełnie o okropnych dniach głodu, nie patrzyłem wcale na moich towarzyszy, bo całkowicie zabsorbowało mię trawienie. Połknąwszy nareszcie ostatni kawałek, uczułem jeszcze bardziej dotkliwy głód. — Ten łotr musi mieć jeszcze albo szmalec, albo mięso — mruknął żołnierz, siedzący naprzeciwko mnie na ziemi i głaszczący z rozkoszą dość pokaźny brzuszek. — Niezawodnie ma go, bo chleb pachnie mięsem, zdaje mi się że i chleb jeszczeby się u niego znalazł, — dodał student i rzekł z cicha: — Gdyby nie posiadał rewolweru… — Kto to może być? — Zapewne jeden z naszych. — Łotr, — zakończył żołnierz. Siedzieliśmy tuż obok siebie i spoglądaliśmy z ciekawością w stronę naszego dobroczyńcy. Ten ostatni wcale nie dawał znaku życia. Tu i owdzie słychać było melancholijne tony jakiegoś ptaka. Na niebie jaśniały gwiazdy, a nam ciągle jeszcze dokuczał głód. Muszę przyznać się z dumą, że w tem położeniu, zachowywałem godność osobistą nie gorzej jak moi kamraci. Zaproponowałem, abyśmy powstali i zbliżyli się do nieznajomego wędrowca. Nie mieliśmy zamiaru wyrządzenia mu krzywdy, jedynie tylko zabranie zapasów. Jeżeli do nas strzeli, to w każdym razie trafi tylko jednego, a być może że strzał nie będzie śmiertelnym. — Popróbujmy — rzekł żołnierz i szybko postąpił naprzód. Student niezbyt chętnie się poruszył. My prawie pobiegliśmy razem, ale student pozostał w tyle. — A ty koleżko? — zapytał żołnierz z wyrzutem. Człowiek nieznany coś mruknął i strzelił. — Chybił — zawołał żołnierz z radością, skacząc ku nieznajomemu. — Aha, teraz dopiero spróbujemy się. Student rzucił się na pakunki podróżnego, gdy tymczasem tenże położył się na ziemi i zaczął rzężeć. — Do dyabła — rzekł żołnierz, który widząc to myślał, że on sam do siebie strzelił. — Cóż to postrzeliłeś się? — zapytał. — Dzieci! Wszystko jest tutaj! Mięso, ciasta, chleb. Aż nadto dla nas wystarczy! — zawołał tryumfujący student. — A niech go tam kaduk! Będziemy jedli, dzieci — mówił żołnierz. Ja wziąłem rewolwer z rąk tego człowieka, który ciągle rzężał i leżał prawie bez ruchu. W rewolwerze zauważyłem jeden jeszcze nabój. Jedliśmy nie mówiąc ani słowa. Podróżny równie milczał nie poruszając się. Wreszcie wcale na niego nie zwracaliśmy uwagi. — Czy rzeczywiście najedliście się? — dał się słyszeć jakiś głos chrapliwy. Wszyscy zadrżeliśmy. Student odskoczył przerażony i zaczął kaszleć. Żołnierz wymyślał: — Powinieneś zdechnąć ty psie! Więcej nam nie potrzeba. Czy myślisz, że chcieliśmy cię zamordować? Na co przydałyby się nam twoje kości? Jaka to zuchwałość, strzelać do ludzi. Ty psie! Wymyślał i jadł równocześnie. — Dopiero obrachujemy się z tobą jak się nasycimy — groził student. W odpowiedzi usłyszeliśmy głośne szlochanie. — Dzieci, czyliż ja mogłem wiedzieć czego potrzebowaliście? Strzelałem do was ze strachu. Ach Boże jak mię febra morduje. Zawsze po zachodzie słońca ponawiają się moje cierpienia. Z powodu tej choroby opuściłem Aphon. Moja żona i dzieci tam pozostały. Blizko od czterech lat wcale ich nie widziałem. Ach dzieci! Jedzcie! Jedzcie! — Najedliśmy się i więcej nic nie potrzebujemy — zauważył student. — Ach Boże! Gdybym był wiedział, że jesteście spokojni ludzie, tobym naturalnie do was nie strzelał. Ale ja tu sam jeden znajduję się na stepie. Czy możecie mi uczynić jaki zarzut w tym razie? Mówiąc to płakał, a właściwie szlochał. — Dlaczego jęczysz? — zapytał żołnierz pogardliwie. — Ja sądzę, że on musi mieć pieniądze — wtrącił student. Żołnierz spojrzał na niego ukradkiem dodając: — Ty jesteś bardzo chytry. No, trzeba nam rozpalić ogień i położyć się spać. — Cóż z tego wyniknie? — zapytał student. — Pytasz o wędrowca? Co nam tam do niego. On sobie, my sobie i basta. Przecież go nie upieczemy. — Zasłużył na to — bąknął student. Wyszliśmy we trzech po drzewo i wkrótce palił się jasno ogień na wielkim stosie. Siedzieliśmy w wesołem usposobieniu, grzejąc się. Była to noc spokojna, cicha, bez wiatru, a nam ze znużenia same kleiły się oczy, chociaż nasze żołądki jeszcze nie dawały nam spokoju i z wielką przyjemnością zjedliśmy kolacyę. — Dzieci — zawołał nagle wędrowiec. Leżał od nas o trzy kroki i zdawało mi się ciągle, że coś do siebie szepce. — Co takiego? — pyta żołnierz. — Czy mogę zbliżyć się do waszego ognia? Wszystkie kości mię bolą. Ach Boże, może nie będę w stanie powrócić do mojego ojczystego gniazda. — Przybliż się — bąknął student. Wędrowiec podsunął się powoli. Był wysoki i chudy, w jego wielkich, jakby mgłą przysłoniętych oczach, odbijały się cierpienia. Jego twarz znużona, z cerą żółtawą odznaczała się nadzwyczajną chudością — widok to był wielce przykry. Długie, suche palce wyciągnął do ognia i zaczął rozcierać ręce. — Dlaczego wybrałeś się w podróż, będąc chorym? Czy może to spowodowało skąpstwo? — pytał żołnierz. — Doradzono mi, abym się piechotą wybrał do Krymu. Powietrze tamtejsze miało mi pomódz. Tymczasem czuję, że dalej nie dojdę. Tu w stepie napotkała mię śmierć i nikt o mnie się nie dowie, wprawdzie pisałem do swoich, ale nadaremnie. Ach Boże! Boże! Zaczął na nowo płakać. — Przeklęty człowiek! Żołnierz skoczył z wściekłością. — Dlaczego jęczysz? My chcemy przecież spać. Jeżeli masz umierać, to umieraj! Dlaczego jeszcze dotąd plączesz się po tym świecie? — Pal go w gębę! — krzyknął student. — My chcemy odpocząć, — rzekłem. — Jeżeli pozostaniesz przy ognisku, to przynajmniej nie narzekaj głośno. — Czy słyszałeś — zawołał z pasyą żołnierz — Tobie się może zdaje, że się ulitujemy nad tobą dlatego, że rzuciłeś nam jak psom bochenek chleba i strzelałeś także jak do dzikich zwierząt. Żołnierz umilkł rozciągnąwszy się na ziemi. Student leżał przy ognisku. Ja także zająłem miejsce blizko. Wędrowiec onieśmielony, przerażony, kucnął tuż przy ogniu i wpatrywał się w buchające płomienie. Ja leżałem po jego prawej stronie i słyszałem jak drżał i zęby mu szczękały. Student znajdował się po lewej stronie i zdawał się usypiać. Żołnierz leżał na wznak, położywszy ręce pod głowę i patrzył w niebo. — Jakaż cudowna noc! Wielez to milionów gwiazd świeci nad naszemi głowami. Ciepło. Niebo pięknie niby aksamit rozciąga się w przestrzeni, wydaje się być bogatym pawilonem. Leżymy pod nim, jak pod wspaniałą kołdrą. Tak, tak przyjacielu z wielką przyjemnością puściłem się na tę wędrówkę. Wprawdzie dokucza zimno i głód się daje czuć dotkliwie, ale wolność, to skarb nieoceniony. Nie ma się żadnej władzy, żadnej kontroli zbójeckiej, jest się panem własnym. Nic ci nikt nie powie, choćbyś sobie obgryzł palce. Prawdziwie swoboda, jedyny skarb człowieka! Wprawdzie nie jadłem od dwóch dni i głód mię ssie jak pijawka. Tymczasem teraz leżę syty i patrzę spokojnie w niebo, a gwiazdy jakby do mnie przemawiały z niebieskich wyżyn. Nie troszcz się Lakutin, podróżuj sobie po ziemi i niech cię nic zgoła nie obchodzi. W sercu tak błogo! Hej ty! jak się tam nazywasz. Nie gniewaj się i nie bój się niczego. Nie narzekaj, że zjedliśmy twój chleb, bo nie mieliśmy nic i byliśmy głodni, zabraliśmy tedy co nam ofiarowałeś. Byłem wściekły na ciebie. Gdybyś był nie upadł sam, jabym cię obił kijem. Czy masz pieniądze? Pójdziesz jutro do Perekopu i kupisz sobie chleba. Czy dawno cię już febra morduje? Długo jeszcze brzmiał w moich uszach bas zołnierza i głos drżący chorego wędrowca.. Noc ciemna jak sadze, coraz bardziej rozpościerała się nad naszemi głowami. Płuca nasze oddychały swobodnie wonnem powietrzem. Ogień jaśniał rozkosznie i ogrzewał nas. Nie trwało to długo, bo sen nas zmorzył.

— Wstawaj prędko, natychmiast, musimy iść dalej! — krzyczał ktoś. Zerwałem się na równe nogi, żołnierz dopomógł mi do wstania. — Chodź! Chodź! Twarz żołnierza była ponura i malowało się na niej przerażenie. Spojrzałem i zobaczyłem wędrowca, leżącego na ziemi nieruchomie. Pierwsze promienie wschodzącego słońca oświetlały jego niebieskawej barwy twarz. Usta miał otwarte, oczy z przerażenia wyszłe z orbit. Odzież jego była podarta, całe ciało znajdowało się w nienaturalnem położeniu. Student zniknął. — No, cóż się tak patrzysz? Chodź prędko! — rzekł żołnierz ciągnąc mię za ramię. — Czy nie żyje? — zapytałem nie mogąc powstrzymać się od bolesnego wzruszenia. — Jeżeli go kto udusił, to musiałeś to widzieć. Czy nie student? — Któżby inny? Czy nas to obchodzi? Ślicznie się urządził, nie zwracając na to uwagi w jakiem niebezpieczeństwie pozostawił swoich towarzyszy. Oto macie adepta nauki, obywatela przyszłego, a może uczonego? Gdybym to przewidział, byłbym go uderzeniem pięści rozciągnął na ziemi. Taki łotr! Pomyśl tylko, w jakiem znajdujemy się niebezpieczeństwie. Czy ty to rozumiesz? Bo dziś jeszcze odkryją zwłoki, a my, skoro nas pochwycą, będziemy do śledztwa pociągnięci. Nie mamy przy sobie nic podejrzanego chyba tylko rewolwer. — Rzuć go na ziemię. — Rzucić? Nie. Rewolwer jest przecie cennym przedmiotem. Któż się tam dowie, że on miał rewolwer. Nie, ja go wcale nie rzucę. W każdym razie można za niego dostać przynajmniej trzy ruble. Jest w nim jedna kula. Jaka szkoda, że tu niema studenta. Z wielką przyjemnością wpakowałbym mu ją w serce. Wiele też pieniędzy zabrał on wędrowcowi? Nie, nie, to łotr, zbrodniarz skończony. — Biedne dzieci nieboszczyka — rzekłem. — Niema co ich żałować, córki pójdą za mąż. No przyjacieluprzyjacielu, spieszmy się. Dokąd pójdziemy? — Nie wiem, dla mnie jest obojętne gdzie, byle iść. — Mnie także. Czy mamy iść na prawo, czy skierować się na nowo w stronę morza? Poszliśmy na prawo. W oddaleniu widniał pagórek, oświetlony blaskiem promieni słonecznych. — W co się tak wpatrujesz? Czy cię strach zdejmuje, żeby zmarły nie powstał i nie pobiegł za nami? Nasz towarzysz, uczony, doświadczony w tym razie udusił go na prawdę, rzetelnie. Śliczny towarzysz! Ach Boże, z każdym rokiem ludzie coraz gorsi, zdawałoby się, że wracają czasy pierwiastkowej zwierzęcości. Szeroki, cichy step ciągnął się w dal. Na niebie jaśniało słońce, czuć było wzmagające się ciepło, a cały obszar ziemi przybierał takie rozkoszne widoki, że dziwić się przychodzi dlaczego człowiek, wobec tej cudownej piękności natury, może dopuścić się szkaradnego czynu, zbrodni morderstwa! — Czy wiesz, że jestem głodny? — rzekł żołnierz, kręcąc papierosa. — Cóż dzisiaj będziemy jedli? — zapytałem. — Pytanie bez odpowiedzi... Tymi wyrazami zakończył mój towarzysz opowiadanie swoje w szpitalu. Oto wszystko. Byłem zaprzyjaźniony dość ściśle z żołnierzem, i maszerowaliśmy razem do Karska. Był to człowiek wesoły, doświadczony, typ zwykłego w Rosyi włóczęgi. Szanowałem go jednak. Aż do Małej Azyi szliśmy razem. Tutaj zupełnie pożegnaliśmy się i dopiero spotkali w szpitalu, gdzie leżał od kilku miesięcy. — Czy przypominasz sobie wędrowca? — pytam. — Jakbym go widział, a właściwie jakbym go słyszał. — I to wspomnienie nie czyni na tobie wrażenia? Roześmiał się. — Jakież może czynić wrażenie? Nic nie mógłbym poradzić, aby się ta zbrodnia nie dokonała. Nikt temu zgoła nie winien, bo mówiąc szczerze wszyscy ludzie nie są ludźmi, ale bydlętami!