O dyable (Gorki, 1903)

Максим Горький (1868–1936)

Traducido del ruso por Stanisław Miłkowski

Gdy podczas jesieni w naturze wszystko więdnieje i poczyna zwolna zasypiać, tracić życie, człowiek równie odczuwa jakiś rodzaj osłabienia, wycieńczenia. Jesień wywiera na niego bardzo dotkliwe wrażenie. Nieustannie zasnute chmurami niebo, ciemne noce, smutny świst i jęk wiatru, długi cień z zajściem słońca, wszystko harmonizuje z wewnętrznem usposobieniem człowieka, który równie traci jasność wzroku, siłę i rozkosze życia, odczuwa strapienie i truje się dawnemi, przykremi wspomnieniami, w tej dobie pozbawionej uśmiechu natury. Po cudownych, boskich marzeniach wśród lata zalewającego każdy dzień morzem światła, zakrada się bolesne, trwożne przeczucie, zbliżającej się śmierci. Jakąż zatem wartość, jaki cel ma ludzkie życie? Wszak nie obdziela nawet siłą, obronienia się od smutnych myśli, jakie obudza późna jesień. Chętnie odsunęłoby się go na stronę, byle tylko jak najprędzej pozbyć się goryczy. Przedstawia się to jako jedyny środek, aby uniknąć strapienia i troski, a zdobyć sobie nadzieję i wiarę w samego siebie. Niewątpliwie droga to trudna, usłana kolcami. Kto po niej dążyć musi, prawie zlewa się krwią i mimowoli myśli o dyable, o tym dyable, z którym nas oswoił Goethe. Może kto z czytelników zechce o nim coś posłuchać… Szatan się nudził. Jest on za mądry, aby pewne wypadki życia wyśmiewał, a są nawet takie, z których dyabeł nie ośmieli się szydzić. Mianowicie nie podlegają ironii jego własne, wspaniałe, szlachetne czyny. Wydaje się większym impertynentem niż mądrym. Przy starannem studyum przekonać się możemy, że równie jak i my ulega pewnym słabościom i nieraz błahym drobnostkom drogocenny czas poświęca, a raczej go marnotrawi na błahostki. Ale pozostawmy na boku krytykę dyabła i nie niszczmy jak swawolne dzieci najlepszej zabawki, aby zbadać ją wewnątrz pod względem urządzenia.

Świst wichru, szumiący i huczący pomiędzy grobami, a niszczący kamienie nagrobków, akompaniował tej piosence. Ciężkie, czarne chmury przesuwały się po mętnem niebie i nieustający deszcz, zlewał nizkie mieszkania zmarłych. Odarte, obnażone z liści drzewa cmentarza, wyciągały swe nagie konary ku niebu. Tu i owdzie ocierały się o ramiona krzyżów, przejmując słuchacza nieznaną, tajemniczą trwogą. Dyabeł ciągle nucił swoją melodyę, nie zważając ani na wicher, ani na ulewę. — Aj! Aj! Tak to ci umarli, muszą odczuwać wianie wichru, — pomyślał dyabełek. Do tego przyłącza się w pewnym względzie i wilgoć, a nie musi to być rzecz bardzo przyjemna. Właściwie jednak nieboszczyki nie obawiają się wcale reumatyzmu. Rozmowa z takim zmarłym musi być bardzo interesująca. Jeżeli się nie mylę, gdzieś tutaj niedawno pochowany został mój dobry znajomy, autor i literat. Za życia obadwa zastanawialiśmy się to nad tem, to nad owem, dlaczegobyśmy nie mieli teraz odnowić znajomości. Literaci tak w wielkich, jak i w małych rzeczach są zawsze pełni pretensyi, prawdopodobnie mój przyjaciel, skutkiem swej śmierci jest zupełnie zadowolony. Poszukajmy miejsca jego spoczynku. Zaczął oglądać i badać groby i dopiero po długich usiłowaniach, udało mu się spostrzedz wielki grobowy kamień pokrywający grób literata. — Hola! — krzyknął dyabel, uderzając nogą w kamień. Hola! Otwórz się! — Na co? — dał się słyszeć głos z wnętrza, z głębi. — Bo tego potrzeba. — Nie chcę powstać! — Dlaczego? — Kto ty jesteś właściwie? — Dawny znajomy. — Ha! Ha! bajki mój kochany. — Wstawaj? — To może jesteś cenzorem? — Bynajmniej. — Pewno żandarmem? — Także nie. — To krytykiem? — Jestem dyabłem. — Tak! Zaraz się pojawię. Powoli nieznana ręka wcale niewidzialna, odrzuciła kamień i ukazał się w otworze grobu szkielet. Zwykły szkielet, podobny zupełnie do szkieletu, jakim posługują się przy wykładzie medycyny lekarze. Był on niezmiernie brudny, obłocony i pomiędzy wielu członkami i częściami, brakowało trzymających go ścięgnów i żył. Niebieskawy płomyczek fosforu świecił z jego oczodołów. Drżąc otrząsł oblepiające go kawały ziemi, uderzając się po kościach. — Życzę ci zdrowia! — rzekł dyabeł. — Nie mogę o tem myśleć pomimo chęci — odparł autor. Jego cichy szept, głuszył oniemal wstrętny trzask kości. — Przepraszam cię najuprzejmiej za moje tak szczególne pozdrowienie, — rzekł przyjacielsko dyabeł. — Nic nie szkodzi, powiedz mi raczej, dlaczego mię pan wezwałeś na świat. — Zapraszam pana na maluczką przechadzkę, więcej nic. — Ach tak. Z wielką przyjemnością, najszanowniejszy panie, chociaż, mówiąc prawdę, wiatr jest nieznośny. — Przecież nie obawiasz się pan przeziębienia? — pytał dyabeł. — O nie, za życia doskonale byłem przeziębiony. — Tak, tak, przypominam sobie. Przy pańskim pogrzebie wiatr był silny, a nawet było mroźno. — A nadto i życie samo mię oziębiło. Powoli postępowali między szeregami grobów, a oczy trupa błyszczące rozświetlały im drogę. Deszcz padał a wicher wstrząsał żebrami zmarłego i odbijał się głucho od jego piersi. — Udajemy się do miasta? — pyta dyabeł. — Czy tam jest co interesującego dla pana? — Życie, mój drogi panie, — odpowiedział spokojnie, nienamiętnie autor. — Czy ono tylko ma główną wartość dla pana? — Naturalnie. — Dlaczego? — Jakże ja to mam panu wyjaśnić? Każdy człowiek sądzi wszystko wedle zużytego przy każdej rzeczy trudu i pracy. Jeżeli np. zaniósłby jaki kamień z góry Ararat do domu, to w takim wypadku kamień ten byłby dla niego drogocennym. — Głuptasek! — odpowiedział dyabeł. — Ale szczęśliwy tą swoją naiwnością — dokończył chłodno autor. Dyabeł z pogardą wzruszył ramionami. Wyszli nareszcie z cmentarza i przed nimi ukazała się szeroka ulica z domami po obu stronach. Wszędzie panowała ciemność, tylko gdzieniegdzie przeświecały okna i latarnie, jedyne świadki jak na ziemi braknie światła. — Powiedz mi, jeżeli łaska, — zaczął dyabeł po niejakiej przerwie, — jak się czujesz w grobie? Teraz, skoro się już przyzwyczaiłem, to ni źle, ni dobrze; zawsze głupi jak zwykle człowiek, zabijając trumnę, wbił mi nie wiem dla czego, gwóźdź w skronie. Wprawdzie jest to tylko drobnostka, zawsze jednak bardzo nieprzyjemna, nawet przykra. Być może było to intencyjne, aby okazać symbolicznie, jak ja przez swoją czynność i działanie zniszczyłem ludzkie myśli — potem zjawiło się robactwo, niech ich dyabli wezmą, które powoli, monotonnie poczęło konsumować moje ciało. — Nic dziwnego — rzekł z uśmiechem dyabeł, całe twoje ciało wypełniała żółć, rzeczywiście smakowity kąsek dla robactwa. — Moje ciało było drobne i chude. — Więcej w tem jest przymusowego dla nich obowiązku toczenia ciała, niż przyjemności. Nakładca np. daleko prędzej bywa stoczony przez robaki i z wielką lubością zjedzony. — Powiedz mi też teraz, czy w tym jesiennym czasie jest bardzo wilgotnie w grobie? — Czasami; ale się do tego łatwo przyzwyczaić. Największą sprawiają mi dystrakcyę idyoci błąkający się po cmentarzu, gdy oglądają mój grób. Nie wiem jak już dawno pokrywa mię ziemia, bo wszystko obok mnie nie zdradza żadnego ruchu, i nie znam zupełnie ani zmiany dnia, ani nocy. — Spoczywa pan w ziemi blizko cztery lata, wkrótce upłynie piąty — bąknął dyabeł. — Tak? W tym czasie odwiedziło mię trzech ludzi. Niezmiernie oni mię udręczyli. Jeden z nich poważył się mojemu istnieniu stanowczo zaprzeczać. Przeczytawszy napis na grobie oświadczył krótko, że taki napis podobnemu literatowi nie przystoi i nie odpowiada. Nazwisko tego autora jest mi zupełnie nieznane — dodał. W czasie mojej młodości, jeden człowiek tego nazwiska mieszkał na odległej ulicy utrzymując zakład pożyczkowy... Jak się to panu podoba? A przytem przez ciąg 16 letniej mojej działalności literackiej dzieła moje drukowano w gazetach, a oprócz tego trzykrotnie wydano je za mojego życia w osobnych książkach. — Po śmierci pańskiej dwa razy — dodał dyabeł. — Wyobraź sobie! Jednego razu zjawiło się przy moim grobie dwóch ludzi: Jeden z nich rzekł: Aha to ten. Drugi mu powtórzył: Tak, to ten sam. I jego dość dużo dzieł czytaliśmy. Czytają je prawie wszyscy. — Tak, tak, przypominam sobie, odznaczał się on stylem trudnym do naśladowania. Wieluż to literatów leży już w ziemi. — Rzeczywiście Rosya posiada dużo pełnych talentu ludzi. — Co też on w tych dziełach głosił? Jak zwykle opowiadał o ideałach, o dobrem… — Poczem odeszli — dodał autor, wzdychając. — Wiem bardzo dobrze — zaczął na nowo, że poczciwe słowa nie ogrzeją ani grobu, przytem nie życzę sobie nic słyszeć, bo mię draźni. Z przyjemnością odpędziłbym tych ludzi. — Wcaleby nie szkodziło — rzekł dyabeł z uśmiechem. — Doprawdy, to wcale nie w tonie, w dzisiejszym XX stuleciu tak nagle zmarłych oceniać i osądzać przez żywych — to istotne szyderstwo. Cóż powiedzą na to materyaliści? Dyabłowi zaczęło się przykrzyć. Jakże dumnym pyszałkiem był ten literat, ten pisarek! Już za życia starał się on grać pierwsze skrzypce, na każdym weselu zazdrościł nowożeńcom, na każdym pogrzebie zmarłym. Przyjaciel dyabeł starał się nadać inny kierunek ich wycieczce, mianowicie nakłonić go do odwiedzenia dawnego ziemskiego mieszkania, nagle jednak powziął złośliwy zamiar, tak złośliwy jak tylko sam dyabeł wymyślić potrafi. Znaleźli się właśnie już w mieście i zatrzymali się na rynku. Deszcz nie ustawał; czarne chmury opuszczające się z firmamentu jak olbrzymie strzępiaste płaty zdawały się lecieć na dachach domów i rozpatrywać ciekawie w kałużach błota i strumieniach płynących rynsztokami. Prawdziwie nieznośny posterunek na odkrytym placu wśród ulewy. — Powiedz mi też — bąknął dyabeł, czy nie obudza w tobie ciekawości, co się stało z twoją małżonką i jak się jej powodzi, jeżeli jeszcze żyje! Czy wcale do niej nie tęsknisz, nie pragniesz ujrzeć? — Doprawdy nie wiem czy mogę mieć podobne życzenie? — odparł powoli literat. — Sapristi, toś ty naprawdę człowiek wcale nieżyjący. — Nie tak jest jak myślisz — rzekł autor, wstrząsając kośćmi. — Zgadzam się na pańską propozycyę, ale pod warunkiem, aby mię żona wcale nie widziała. Ewentualnie nic mi na tem nie zależy, bo jestem przekonany, że choćby mię spostrzegła, toby mię nie poznała. — Naturalnie — odparł dyabeł. — Mówiąc seryo, moja żona bardzo mię kochała i bardzo jej było przykro, gdy zbyt długo bawiłem za domem. W tej chwili zdawało się, że się stora podniosła w górę i nagle przedstawił się obecnym pięknie, gustownie umeblowany salon. Literat spojrzał mocno zdziwiony. — Przecudny kącik! Gdybym za życia miał tak wytwornie urządzone schronisko, niewątpliwie nie należałbym jeszcze do liczby umarłych. — Zupełnie w moim guście — rzekł z ironią dyabeł i wcale nie drogie mieszkanko, bo tylko kosztuje 3000 rubli. — Hm! Hm! Nie wiele. Moje największe dzieło przyniosło mi 815 rubli, pracowałem nad niem cały rok. Któż to tutaj mieszka? — Twoja małżonka — odpowiedział dyabeł. — Tak, a to znakomicie. Czy to moja żona, ta pani co tam siedzi? — Właśnie czeka na przyjście swego małżonka. — Bardzo wyładniała i ubrana z elegancyą, a jej mąż? Wspaniała postać, ale z bardzo pospolitą twarzą. Wydaje się być bardzo uczciwym, ale i głupim. — Czy ma wzdychać za tobą? — zapytał dyabeł literata ze złośliwą radością, ale ten nie słyszał, cały zatopiony w spojrzeniu. — Bardzo zadowolona para, nie znająca zdaje się żadnych kłopotów. Czy się kochają? — Ha! Ha! Ha! Nawet bardzo. — Ktoż on jest? — Cukiernik. — Tak, cukiernik — wymówił przeciągle literat i umilkł. Dyabeł przypatrywał mu się z ironicznym uśmiechem. — Więc wszystko wedle twojego gustu? — zapytał. Literat pozostał długo milczącym i wreszcie zapytał, z trudnością wymawiając wyrazy: — A moje dzieci? Mój syn, moja córka, czy jeszcze żyją. Syn był moją duszą, moją radością, pragnąłem wyrobić w nim żelazny, stały, nieugięty charakter. — Znajduje się dość ludzi z charakterem, życie potrzebuje ludzi doskonałych, ukończonych — rzekł dyabeł nucąc wesołego marsza. — Moje biedne dzieci, cukiernik dla nich nie może być dobrym nauczycielem. Smutnie potrząsnął głową i fosfor jego oczów przygasł. Dyabeł coraz większą okazywał wesołość. — Patrz, patrz, jak oni się całują, jak on ją obejmuje uściskiem. Wesoła para. — Czy mąż jej bogaty? — On taki był ubogi jak ja, tylko pańska żona jest majętna. — Moja żona? — Naturalnie, z dochodów od pańskich dzieł. — Tak — przerwał szkielet, więc całe życie dla drugiego pracowałem, dla cukiernika. Jeszcze smutniej i boleśniej opuszczając głowę, dodał: — Odprowadź mię do grobu. Deszcz nieustannie padał, księżyc dotąd nie zdołał wydostać się z pośród chmur, wicher ryczał. Szkielet szybko zmierzał do swojego grobu, dyabeł towarzyszący mu nucił wesołą piosnkę.

Czytelnik, jest, ma się rozumieć, niezadowolony, zagniewany na literaturę i na literatów, których dążeniem, usprawiedliwienie celów, jakie mają przed sobą, a jakie nie są zdolni spełnić wedle chęci. W tym razie jeszcze i dlatego czytelnik niezbyt kontent, że mu nie opisuję piekła, o którem chciałby się także cośkolwiek dowiedzieć. Ale doprawdy nie jestem w stanie coś powiedzieć, bo właściwie piekła niema, jak niema i czyśca, jak to sobie łatwo można wyobrazić. Przeciwnie istnieje coś innego, daleko straszniejszego; lekarz wypowiada zdanie o człowieku i «umarł» i wnet otwiera się przed nim, jaskrawo oświetlony przestwór, przestwór wypełniony jego błędami. Leży w trumnie, a jego życie ucieka od niego jakby koło bez wozu. Porusza się bardzo powoli i ukazuje przed nim od pierwszego kroku na świecie aż do ostatniego tchnienia. Wszystko, co wam o sobie w życiu zakrywał, cały fałsz i przeciwieństwo, widzi wszystko i na nowo nad wszystkiem rozmyśla, nad wszystkiem co zajmowało jego umysł i każdy popełniony błąd — całe życie aż do najdrobniejszych szczegółów przesuwa się przed jego wzrokiem. Męki te zdwajają się skutkiem tej świadomości, że na tej samej drodze, którą wszyscy postępują, wszyscy inni także idą, popychając się, szalejąc, kłamiąc… Staje się tedy dla niego jasnem, że ludzie wszystko to czują, aby jak on później przeświadczyli się, jak haniebnem było ich życie. Bo też gdy ludzie widzą, że spieszą ku przepaści, nikt ich przed tem ostrzedz nie może. Nie zostaną powstrzymani, uprzedzeni nawet ruszeniem palca, a brak pomocy, sprawia im tylko bolesne duchowe męki… Wszak to przyjemne, nieprawda? Życie od nich odbiega raz i drugi… umysł a raczej mózg nie przestaje pracować i nigdy nie uspokaja się, nigdy ich męka nie opuści, nigdy!