Przemiany — XLIX
Traducido del latín por Bruno Kiciński
Z Kum płynie Enej, święty spełniwszy obrządek,Na jeszcze nie nazwany od mamki przylądek.
Tam osiadł i Makarej, trudy uprzykrzywszy,Doznanego Uliksa towarzysz szczęśliwszy.Tu on zostawionego na Etny ostrowiuSpotkał Achemenida niespodzianie w zdrowiu,I w orszaku Eneja; więc zdumion zawołał:»Jakiż bóg czy przypadek ocalić cię zdołał?Skądże widzę Greczyna na trojańskiej łodzi?Dokąd, Achemenido, wasza nawa godzi?«Wtem już nie we zwierzęcej kosmatej łupieży,Już swój i już nie w kolcem zapiętej odzieży,Rzekł, spytany: »Niech wpadnę w twe łapy, Cyklopie,I w twoją dziką paszczę, co krew ludzką żłopie,Jeśli mi dom mój droższy lub Itaka nasza,Lub jeśli ojca więcej czczę, niż Eneasza!A lubo mu poświęcę i siły i prace,Jednak długu wdzięczności nigdy nie wypłacę;Bo mogęż być niewdzięcznym, mając w nim obrońcę?Że mówię, że oddycham, że patrzę na słońce,Jemum winien, żem nie wpadł w Cyklopowe szczęki.Dziś, choćbym życie stracił, straciłbym bez mękiI znalazłbym grób w ziemi, nie w wnętrzu olbrzyma.Ach, cóż się ze mną działo, gdy śmierć przed oczyma,Gdym was widział na morzu! Chcę wołać, lecz trwogaWstrzymała mię, bym na się nie obrócił wroga.Krzyk Uliksa i na was obfitym był w szkody:Widziałem, jak część góry staczał olbrzym w wody
I jak silnem ramieniem, jakby z skorpiona,Leciała jedna skała za drugą rzucona.Drżąc, by od skał lub fali okręt nie zaginął,Zapomniałem z przestrachu, żem na nim nie płynął.Zaledwie wyście pierzchli przed śmiercią i męką,On, wściekły, obiegł Etnę, drzewa macał ręką.Ślepy leciał ku brzegom, wznosząc krzyk straszliwyI dłoń krwawą, tak w gniewie przeklinał Achiwy:»O, niech mi kiedykolwiek błogi los przyniesieLub ciebie lub którego z twoich, Uliksesie:Wnętrze jego i członki rozszarpię na części,A gdy drgające ciało w zębach mi zachrzęści,Gdy spiekłe moje gardło odwilży posoka,Nie żal mi wtedy będzie spalonego oka«.To i więcej powiadał; ja pobladłem z trwogi,Patrząc na straszną postać, na wzrok jego srogi,Na członki pokrwawione, na okrąg bezokiI na brodę nasiąkłą od ludzkiej posoki.Już i śmierć niewątpliwą przed oczyma miałem,Lecz sama śmierć nieszczęściem byłaby mi małem;Bladłem przed większem jeszcze: już, już mi się zdało,Że mię chwyta, że w brzuch swój wpycha moje ciało.Ów obraz, pełen grozy, sercem mojem miotał,Pomnąc, jak on dwóch naszych o ziemię druzgotał,Jak lew nad nimi leżąc, targał ich wnętrzności,Szarpał ciało i chciwie szpik wysysał z kości,Jak wpół żywe ich członki do żołądka tłoczył.Stałem, zimny, a przestrach oczy mi zamroczył,
Gdy on, jeden za drugim pożerając kawał,Niestrawiony wpół z winem napowrót oddawał.Takiego się nieszczęsny spodziewałem losu;Kryłem się, najmniejszego bojąc się odgłosu,I lękałem się śmierci i śmierci pragnąłem.Głód spędzałem ziołami i żołędźmi społem,Sam, nędzny, bez nadziei i na śmierć skazany.Wtem w dali ujrzę okręt, dawno niewidziany:Biegnę nad brzeg, znakami przyzywan zdaleka,Rozrzewniam; tak łódź Trojan ocaliła Greka.Teraz mi twoje wzajem opowiedz przygodyI wodza i tych, co się puścili na wody«.On na to: »Syn Hippota, władca Tuskiej głębi,Eol, który w więzieniach harde wiatry gnębi,Dał je, zawarte w worach, królowi Itaki.Znakomitą był łaską podarunek taki,Bo nasz okręt szczęśliwie przez dziewięć dni płynąłI już bliski ojczyzny, byłby tam zawinął:Wtem towarzysze nasi, łakomi na zbiory,Myśląc, że złoto znajdą, rozwiązali wory.Zaraz wywarte wiatry, prąc w żagiel rozdęty,Napowrót w port Eola zagnały okręty.Stąd aż przed Lestrygonów stanęliśmy grodem,Gdzie władał Antyfates, sławny Lama rodem.W gronie dwóch towarzyszy do niego przybywszy,Zaledwie z jednym uciec zdołałem, szczęśliwszy;Zbrodnicze usta króla swą krwią zbroczył trzeci.Za uciekającymi Antyfates leci,
Swych zbiera, miota skały i sosny ku wodzieI zatapia nam mężów i zanurza łodzie;Okręt tylko, co z nami i z Uliksem płynął,Powszechnego nieszczęścia ucieczką ominął.Nakoniec po niezmiernej towarzyszy stracieStajem na wyspie, którą tam przed sobą macie.Synu wdzięków bogini, z Trojan najcnotliwszy!Nie będąc ci już wrogiem, bój z tobą skończywszy,Przestrzegam cię: z daleka mijaj Cyrcy brzegi!Stanąwszy na niej z wodzem i z mymi kolegi,Jeszcze od Antyfata nie zbywszy postrachu,Iść do nieznajomego nie śmieliśmy gmachu.Los nas wybrał: Polita, mnie i EurylochaZ Elpenorem, co w winie zbytecznie się kocha.I z ośmnastu innymi do Cyrcy wysłani,Ledwie stajem w przedsionkach pałacu tej pani,Wtem biegnące naprzeciw lwy, wilki, niedźwiedzieTrwożą nas; lecz nic złego nie było w czeredzie:Ran nie niosły i owszem, merdając ogonem,Zdawały nam się łasić sercem ucieszonemI szły z nami na zamku progi marmurowe,Skąd nas sługi przed swoją przywiodły królowę.Tam na wspaniałym tronie dumna Cyrce władaW świetnej szacie, po której płaszcz złocisty spada.Tam nimfy i Nerejdy nie tem są zajęte,By szarpać runa wełny lub snuć nici kręte,Ale trudnią się roślin i kwiatów wyborem,Zmieszanych w koszach, różnych składem i kolorem.Cyrce ich dzieło kończy; sama zna dokładnie,Na jaką każde ziele korzyść jej przypadnie,
Jaki złączone z drugiem użytek dać zdoła,I waży rozdzielone i zawija zioła.Zaledwie nas przybyłych powita bogini,Twarz rozchmurza i zadość prośbom naszym czyni.Natychmiast do napoju z jęczmiennego słoduDodaje sera, wina i starego mioduI soki, co słodkością tęgość płynu sycą;Sama puhar zdradziecką podała prawicą.Ledwie, wyschli z pragnienia, spełniliśmy czaszeI bogini swą różdżką tknęła głowy nasze,— Wstyd mówić, co opowiem — mowa nam ustałaI szorstka szczeć zaczęła wyrastać nam z ciała;Zamiast słów kwiczem tylko, twarz ku ziemi kryjemI usta nam się długim zakończają ryjem;Szyja nabrzmiała sadłem, czem puhar trzymałem,Tem ja odtąd po ziemi ślady nakreślałem.Mało tego: jeszcze mię czarodziejska dziewaRazem z towarzyszami zagnała do chlewa.Jednego Eurylocha nie zmieniły czary,Bo on jeden od siebie odepchnął puhary.Gdyby nie on, musiałbym dotąd kwiczeć w trzodzie,Boby Uliks, nie wiedząc, nie pomógł w przygodzie.Dawca miru, Merkury dał mu kwiat od siebie,Biały z czarnym korzeniem, moli zwany w niebie.Nim bezpieczny i ufny w niebiana przestrogi,Śmiało mądry Ulikses wstąpił w Cyrcy progi;Zdradziecki puhar z różdżką odrzuciwszy razem,Czarodziejkę dobytym przestraszył żelazem.Stąd zgoda, stąd ślub poszedł; w posagu od żonyZwrot jego towarzyszy był mu przyrzeczony.Cyrce na nas z ziół lepszych leje soki zdrowe
I prętem odwróconym uderza nas w głowę,Słowami od rzeczonych przemawia sprzecznemi,Jej słowa czarownicze podnoszą nas z ziemi:Opada z nas szczecina, znikają kopyta.Wraca z barkami ramię i ręka odkryta.Ściskamy płaczącego wodza, płacząc samiI przemawiamy naprzód wdzięczności słowami«.