Przemiany — XVII

Ovid (43 a. C. – 17 d. C.)

Traducido del latín por Bruno Kiciński

Wzmacnia się cześć Bakchusa przez karę bezprawia,Wielkość nowego boga Ino wszędzie wsławia;Ona jedna z sióstr tylu jest obcą żałobiePrócz tej, której doznała na rodziny grobie.Dumna ze swego szczęścia, czuła radość słodką,Będąc króla małżonką, będąc boga ciotką.Widząc to, Juno rzekła: »Mogłoż jedno dzieckoW delfiny zmienić majtków za ich myśl zdradziecką,Syna na rozszarpanie oddać własnej matceI trzy siostry w spokojnej prześladować chatce;A Juno będzie skargi czcze wznosić przed światem?Tenże kres mej potęgi? Dosyćże mi na tem?

Sam wskazał, co mam czynić: pójdę wroga śladem.Czego wściekłość dokona, Penteja przykłademAż zanadto dokładnie poznali ziemianie:Niech Ino równym szałem przejęta zostanie!«Drogę wąską, spadzistą gęsty cis zacienia;Wiedzie w państwa podziemne przez kraje milczenia.Tu gnuśny Styks mgły zieje, błąkają się mary,Zaledwie grobowemi uczczone ofiary.Tu mieszka mróz i bladość, a tłum duchów nowychSzuka drogi, wiodącej do grobów styksowychI do ogromnych zamków czarnego Platona.Tysiąc bram jest przed miastem, żadna nie zamkniona.Jak w morzu wszystkie rzeki ziemskie i strumienie,Tak mieszczą się w tym grobie wszystkie razem cienie;Nie znać ciżby, choć zgraja ciągle przybywała,Snuły się martwe duchy bez kości, bez ciała.Część na sąd, część śpieszyła w królewskie podwojeCzęść w rozrywkach wznawiała dawne życie swoje.Czegóż nie zdoła zemsta i gniewy zawzięte?Z niebios zstępuje Juno w to miejsce przeklęte;Świętą stopą dotknione piekło dało jęki,Trzykroć zaszczekał Cerber z potrójnej paszczęki.Juno trzech sióstr przyzywa, córek czarnej Nocy,Bóstwa groźnej, okrutnej, niezbłaganej mocy.Na żelaznych zaporach siedząc przed więzieniem,Węże z włosów stalowych czesały grzebieniem.Wstają, poznawszy bóstwo po chodzie i twarzy.To miejsce nazywają siedliskiem zbrodniarzy;Tu sępom na pożarcie Tytjos ciało daje,

Dziewięćkrotne ogromem zalegając staje;Próżno Tantal spragniony za wodami goni,I wabiący go owoc wymyka się z dłoniSpadającą opokę ciągle Syzyf dźwiga,Iksjon, wpleciony w koło, i pierzcha i ściga.I wy tu, wnuczki Bela, za mężów zabicieWyciekającą wodę nalewać musicie.Gniewnie spogląda Juno na nich i Iksjona,A z niego na Syzyfa spojrzeniem zwrócona,Rzekła: »On jeden z braci maż znosić męczarnie?A ten, którego żona mną gardzi bezkarnie,Król Atamas szczęsnego doznaje pożycia!«Odkrywszy jawnie powód zemsty i przybycia,Każe Juno Furyom gród Kadma obalićI serce Atamasa wściekłością zapalić.Łączy w mowie rozkazy, prośby, obietnice.Woli bóstwa z pokorą słuchają dziewice.Tyzyfona odrzuca i węże i żmije,Na twarz jej spadające i kryjące szyję,I tak w swych sióstr imieniu do Junony rzekła:»Nie traćmy słów! Ty porzuć nienawistne piekłaI wróć w milsze powietrze szczęśliwego nieba.Królowo, kiedy każesz, nam słuchać potrzeba«.Juno z radością wraca. Nim weszła w niebiosa,Z dłoni Irydy boska zwilżyła ją rosa.Wtem krwawą Tyzyfona pochodnię porywa,W świeżej krwi umaczanym płaszczem się okrywa

I wijącym się wężem przepasuje szaty;Idzie, z nią trwoga, przestrach, smutek w łzy bogaty,I wściekłość, w swym zapędzie nie znająca tamy.Staje przed zamkiem króla; zatrzęsły się bramy,Odrzwia klonowe spadły i słońce uciekło.Zbladł Atamas, ujrzawszy nadchodzące piekło,Zbladła Ino i z mężem pragnie wyjść z mieszkania;Lecz jędza staje w progu i wyjścia im wzbrania.Rozwiódłszy ręce, węzłem jaszczurczym splecione,Gdy włosy wstrząsła, świszczą węże poruszonePo ramionach, po skroniach z przeraźliwym sykiemI trucizną miotają i łyszczą językiem.Jędza z głowy dwa węże jadowite zrywa,I natychmiast je ciska jej dłoń zaraźliwa.W Atamasa, w Inonę padły szpetne gadyI po ich łonie zgubne rozpostarły jady;Nie wpiły im się w ciało, nie zadały rany,Ale zatruły żądłem umysł obłąkany.Jędza przyniosła z sobą jad płynny, ohydnyZe ślin paszczy Cerbera, z trucizny Echidny,Mieszczący zaród zbrodni, wściekłą zapalczywość,Błąd, ślepe odurzenie, łzy i morderstw chciwość;Wszystko to z sobą starte świeżą krwią zalewaI w kociołku z cykutą na ogniu zagrzewa.Na przelękłych małżonków jędza jad ten rzuca;On wdziera się im w piersi i niszczy im płuca.Jędza tak szybko kręci gorejącą smołą,Że się ognia zrobiło jedno wielkie koło.Spełniwszy rozkaz, wraca w Plutona siedliskaI odpasawszy węża, precz od siebie ciska.Gdy w sercu Atamasa jad wściekłość roznieci:

»Bracia — woła — w tym lesie rozciągajcie sieci:Przed chwilą z dwojgiem szczeniąt lwicę tu widziałem«.I biegnie w ślady żony z szalonym zapałem.Igrał malutki Learch na matczynem łonieI z uśmiechem ku ojcu wyciągnął swe dłonie.Porywa go Atamas, jakby z procy miotaI słabe członki syna o skałę druzgota.Nagle matka, tak strasznem rażona widokiem,Czy rozpaczą przejęta, czy jędzy urokiem,Wściekła, z rozpierzchłym włosem, w dzikiem przedsięwzięciu,Młodego Melicerta trzymając w objęciu:»Hej, Bakchusie!« — zawoła. Z Bakchusa wspomnieniaJuno dzikiej radości doznaje wzruszenia.W morze wystaje skała, w spód jej fala bije;Podmyta, przed deszczami słone wody kryje,A czołem w górę sterczy. Tu, wściekłością śmiałaI silna obłąkaniem, Ino się dostała;Stąd bez trwogi wraz synem rzuca się w bałwany;Rozstąpiło się morze, zabielały piany.Wenus cierpień swej wnuczki dłużej znieść nie może;Z przymileniem do stryja rzecze: »O wód boże!Coś w podziale wziął państwo najpierwsze po niebie,Neptunie, o dar wielki śmiem upraszać ciebie:Błądzących po wód twoich niezmiernem przestworzuPrzyjm za bogi. Wszak Wenus nie jest obca morzu,Wszakże na boskiej głębi byłam niegdyś pianąI od piany u Greków imię mi nadano«.

Wysłuchał Neptun. Ino kształt śmiertelny traciI z swym synem dostojnej nabywa postaci;Z twarzą zmienia nazwisko: Leukotoi ona,On bierze po przemianie imię Palemona.Towarzyszki Inony za królową biegłyI ostatnie jej ślady przy skale postrzegły.Nie wątpią o jej zgonie; w rozpaczy z tej stratyPiersi biją, rwą włosy, rozdzierają szaty,Przeklinając Junonę niesłuszną i mściwą.Obraza się bogini mową obelżywą.»Żem mściwa, z waszej kary pozna ziemia cała«.Rzekła i groźba skutkiem stwierdzona została.Bo gdy jedna z sług, szczerą przejęta żałobą,Mówi: »I w morze pójdę, królowo, za tobą«,Chcąca w przepaść się rzucić, zaraz w skałę wrosła;Druga, chcąc się bić w piersi, gdy ramię podniosła,Uczuła, że wzniesione ramię skamieniało.Tamta, nad morskie tonie wychylając ciało,Tak bez życia nad morzem stwardła wychyloną.Inna, kiedy w rozpaczy za drogą InonąRwie włosy, włosy z ręką skamieniały razem.Każda, jaki kształt miała, w tym została głazem.Inne, w ptactwo zmienione, dotąd w tej zatoceSwem skrzydłem prują morze przy zgubnej opoce.