Przemiany — XXXIX

Ovid (43 a. C. – 17 d. C.)

Traducido del latín por Bruno Kiciński

Jest jezioro; brzeg jego, jak morski, pochyłyMirtowe naokoło gaje uwieńczyły.Dryope tu przybyła, losów nieświadoma,Z wieńcem dla nimf, własnemi uwitym rękoma.

Nad rok młodszego synka trzymała na łonie,Co chciwie pokarm matki przez usteczka chłonie.Przy samej wodzie, pyszny tyryjskim szkarłatem,Lotos w jagód nadziei wonnym błyszczał kwiatem.Ten dla syna zabawy zerwała Dryope.I ja w tym samym celu śmiałą zbliżam stopę;Już sięgam, a wtem krople krwi ściekają z drzewaI gałązka się chwieje, choć wiatr nie powiewa.Bo jak z ludu podania nam znanego słynie,Miała się nimfa Lotys zamknąć w tej roślinie,Przelękła zuchwałemi Pryapa zaloty;Lecz zatrzymała imię po zmianie istoty.Tajnem to siostrze było. Wzrok dziwem rażonyMając, chce odejść, nimfom oddawszy pokłony.Wtem noga więźnie w ziemi, iść próżno się sili,Już tylko wyższem ciałem w owej włada chwili;Zwolna korą od dołu aż na łono rośnie.To widząc, gdy chce z głowy rwać włosy żałośnie,Z głowy, w wierzch drzewa przeszłej, liście tylko chwyta.Syn jej Amfis, tak zwany przez dziada Euryta,Uczuł, jak piersi matki twardną i po darmuUsiłuje z nich dobyć kropelkę pokarmu.Byłam świadkiem, bolałam nad karą zbyt ostrąI nie mogłam ci pomóc, nieszczęśliwa siostro!Pnia i lubych gałęzi nie przestając ściskać,Chciałam albo z nią umrzeć albo ją odzyskać.Mąż i ojciec przybiegli trwożliwemi stopy,Pytają; ja wskazuję na drzewo Dryopy.Całują ciepłą korę, objąwszy pień drzewa,Każdy z nich go przytula i łzami oblewa.Już cała drzewem była, twarz tylko została

I łzy zrosiły liście, powstające z ciała.Dopóki usta głosu przepuszczały brzmienie,Takiemi słowy swoje tłomaczy cierpienie;»Jeżeli nieszczęśliwi mogą znaleźć wiarę,Przysięgam, że niewinna tę odnoszę karę.Jeśli zmyślam, niech stracę tę z liści zasłonę,Niech suchą topór zetnie i niech w ogniu spłonę.Lecz maleństwo z drzewnego oderwijcie wątku!Niech pod mem drzewem mamka daje ssać dzieciątku.Gdy będzie mogło mówić, niech matkę powita,Niech powie: »Matka moja w tem drzewie ukryta«.Lecz stawy niech omija, kwiatów niech nie zrywa,Bo może w każdem drzewie bóstwo się ukrywa.Mężu, ojcze! ostatnie uściski już bierzcieI jeśliście łaskawi, liści moich strzeżcieRównie od stad szczypania, jak od twardej kosy,A że chylić się do was wzbroniły mi losy,Raczcie wznieść się aż do mnie. Matka was zaklina,Póki mogę całować, podajcie mi syna.Więcej mówić mi trudno: zachodzi na szyjęŁubka miękka, już głowa w wierzchołku się kryje.Powiek mi nie ściskajcie: bez waszej pomocySama kora w wieczystej pogrąży mię nocy«.Usta zamilkłszy, znikły, lecz po zmianie ciałaDługo Dryope w drzewie znak życia dawała.