Corso — — Jak morskie fale przelewają się ludzie. Płyną bajeczne okrycia kobiet, mienią się w słońcu niby barwne motyle roje, drżą w narkotycznem powietrzu wesołe słowa, jasne i beztroskliwe... zlewają się w uśmiechy, w fontanny srebrnych okrzyków, w jakąś swawolną melodję, pełną nieokiełznanej radości i wesela, — a nadewszystko, krzyżują się i łączą w wymownej zaczepce spojrzenia. Pierwsze wiosenne corso — W dziurkach męskich żakietów i marynarek bieleją pierwiosnki i narcyzy, w rękach płci pięknej pstrzą się całe bukiety, tu i ówdzie odchyla się od dekoltu pąk cieplarnianych róż. Pan Alfons Capik, w gronie kolegów zwany zdrobniale „Capusiem“, w nowym wiosennym garniturze, z prymulką w butonierce i bambusową laską w ręce, chłopak jak bożek, świeży, rumiany, zbudowany niczem Apollo, z oczyma jak to błękitne niebo ponad miastem, szczeremi, jak u dziecka, jak u podlotka naiwnemi — wszedł w gwarny tłum na promenadzie i płynie z falą. Płynie, nie idzie. Chodzą tylko ludzie i to starzy, w porach roku jak — lato, jesień i zima, ludzie mający terminowe długi, tonsury wielkości kurzego lub strusiego jaja — i to nie wszyscy, na wiosnę zaś nawet starzy wznoszą się ponad ziemię, młodzież natomiast buja w powietrzu, nieba skrzydłami dotykając, śmielej niż orły. Jakoż nie bujać, gdy wiosna sieje słodkie czary, gdy dusza rodzi podobne słońcu szaleństwa, a wulkan piersi wprost rozrywa? Jakżeż nie szaleć, gdy futro na wywczasy złożyło się w lombardzie, gdy z grubych obsłon wyjrzały pyszne kobiece kształty, cudne kibicie, gdy kwiaty pękać poczynają? Pan Alfons Capik odczuwa powab wiosny, świat się w nim stwarza najpiękniejszy, życie szaty przywdziewa uroczyste, coś w sercu mu się rodzi, wielkie jak żywioł, sto skrzydeł wyrasta mu u ramion i pragnie lotu, nie wiedzieć dokąd, gdzie, w jaką zawrotność. Drugi raz młodość w ten sposób doń przemówiła, akurat z wiosną. Jako przyszły profesor, dziś zdawał kolokwjum — zdał świetnie. Jeszcze jedna taka wiosenka, a będzie koniec, swój chleb... Jakżeż się dziś nie cieszyć, gdy tyle przyczyn szczęścia? Pomyślny wynik egzaminu, pierwszy miesiąca, t.z. ojciec za sprzedanego cielaka nadesłał „flotę“ jako miesięczną „gażę“, no i ta wiosna... Wiosna! Tam pewnie w rodzinnych Dołach wypędzili już bydło na świeżą trawę... Eh! co tam trawa i bydło! Tu w mieście inna wiosna, koncerty, promenada, i coś takiego, co się wymówić nie da. Co ta rozkoszna wiosna ma w sobie? Dwa lata temu w taki wiosenny czas uciekł z duchownego seminarjum. Miał powołanie na księdza, wszystkim było wiadomem, i on to czuł, i coś zmyliła drogi owa fatalna wiosna... Nie mogli się nadziwić, że on to zrobił. On taki cichy, pobożny i nieśmiały, w sam raz na porządnego księdza, że on mógł uciec... Przeszło jednakże, zapomniano. Nie był tu winien Capik, nikt, ani rektor, winowajczynią była wiosna. Ona skusiła, szepnęła mu, że — więźniem, gdy tuż za murem seminarskim cudowny świat, w bród złotych blasków, słońca i coś, jak słodki sen... Uciekł i nie żałował tego kroku dotychczas. Zapisał się na filozofję, kilka półroczy wliczono mu w studja, miał więc przed sobą jeszcze jeden rok. Że szło mu gładko, dzisiejsze kolokwjum było tego należytym dowodem. Bowiem Capik miał talent do języków, a głównie do łaciny, którą w chłopięcym będąc wieku już studjował w ministranturze. Szczęśliw, jakby los wygrał, wszedł w tłum ochoczy, delektując się nie tyle może słońcem i tą powodzią rozdyszaną, ale rewją kobiet... Kochał je niemal wszystkie, nie przez to, że były ślicznie ubrane, czarownie uśmiechnięte, wonne, ale że były kobietami... Że wiało od nich wiosną i słońcem, a przedewszystkiem tem czemś nieokreślonem, co się powodzią wzbierało w jego piersiach na wzór górskich strumieni. Idzie i patrzy w oczy, lgnie wzrokiem do lic cudnych. Tak, nieomylnie wszystkie napełnia jedna radość, sny się cieleśnią w ich źrenicach, dwóch wiosen wytęsknienia — młodości i natury... Naraz czyjeś chabrowe oczka spojrzały nań promiennie, niby morze słodyczy. Przeszedł go dreszcz od stóp do głowy. Niebo się przed nim otworzyło, więcej niż niebo. Przelotne, jedno krótkie spojrzenie, a jak wymowne! Ile w niem szczęścia, ile bajecznych krain, ile uroku! Wlot im oczyma odpowiedział, że są rozkoszne, więcej niż ziemskie, niebiańskie. Właścicielka chabrowych oczu przeszła jak złuda. Capik wrócił się za nią. Uległ poprostu jej magnetycznej mocy. Dążył jak cień, pijąc wzrokiem jej kształty. — To Wenus, słowo honoru... — szepnął do siebie zachwycony. Chabrowe oczy spojrzały poza siebie — szukają go — — znalazły... Uczuł nie jeden dreszcz, lecz słodkie mrowie. Serce zabiło mu w płomieniach, — Raczyłaś mię wyróżnić... aby ci los po krocie razy tę łaskę wynagrodził... O dobra, rajska, boska! A-a-a! Co za urocze stworzonko — anioł — — marzenie... Gdyby cię poznać, głos twój usłyszeć i patrzeć w ciebie wiecznie, u stóp ci leżeć i śnić przy tobie... U nieśmiałego z natury Capika było to prawie wprost szalonem życzeniem. Zaczepkę kobiety w celu poznania jej uważał za szczyt odwagi, niemal heroizm. W tym kierunku nie miał za grosz talentu. Śmiali się zeń koledzy, nazywając (C) capusiem, pokpiwali z jego nieśmiałych, często tchórzowskich zapędów, nie uszedł również języczków i koleżanek mimo, choć niemal wszystkie darzyły go więcej niż sympatją, a traktowały jak dzieciaka. Miał taką sławę, że żyć nie może bez kobiety, a gdy się znajdzie w jej towarzystwie — topnieje, tracąc poprzedni rezon. Mniemanie to było potrosze przesadzone, coprawda rozumiał sprawę, tylko nie nabrał jeszcze rutyny i był za wielkim idealistą. Dzisiejsza Wenus oczarowała go niezwykle. — Jak Boga kocham, fenomenalna wprost dziewczyna! Ach, co za chód, nóżki... jaki w niej szyk... Ruch każdy to poemat... A suknia.. ruchome rysy postaci... cała figurka... Z jakiejś ty gwiazdy, boginio? Szczęście i czar rozsiewasz i każesz kochać do szaleństwa! — podziwiał ją olśniony, postępując o kilka kroków w tyle. Cała wiosna zbierała mu się w piersiach i napełniała je pragnieniem, by jak najdłużej chłonąć oczyma tę zorznej złudzie podobną postać. Capik był skory do uwielbień, lecz ta rusałka zasługiwała na to w takich granicach, jak chyba żadna. To było również niezwyczajne i godne głębszej uwagi, że pierwsza nań spojrzała przyjaźnią oczu, które mówiły: przystojny jesteś i świat dziś dziwnie ckliwy... Co więcej, raczyła się oglądnąć... Mełł to w mózgu na pytel, podniecał się i czuł, że w eter się zamienia. Niosły go nerwy, mające właściwości sokolich skrzydeł. Gdyby tak złuda z chabrowemi oczyma, co stać się mogło, była na próbę rzekła do niego: „Przeskocz pan ratusz“ — byłby nietylko wieżę przesadził, ale łuk machnął choćby przez Tatry. Nic już wokół nie widział, tylko ją jedną. Rzuciła na niego wszechwładny urok, tem potężniejszy, że w ów podniecający dzień wiosenny. W chłodzie i głodzie trudno byłoby oprzeć się temu, a cóż dopiero dzisiaj, po egzaminie, i po pierwszym! Bezmierna radość i zachwyt przemieniły go w zapaloną pochodnię. Nabrał jeszcze krwawszych rumieńców i błękitniejszej mowy swoich oczu. Ziemska bogini doszła spacerem końca alei i zawróciła. Znowu zderzenie się ich spojrzeń... u niej uśmiech zaigrał pośród ustek z malin rzeźbionych i... jakby na kładce dotknęli się ostrożnie i wyminęli. Capik pobłogosławił natłok na ten rozkoszny moment. Więc i on wrócił, przyśpieszył roku, aby się raczyć jej bliskością. Tkwił głodnym wzrokiem w śnieżności klasycznej szyi, toczonej z alabastru umiejętnością arcymistrza. Nie widział dotąd tak doskonałych kształtów i cery tak subtelnej. Tonął w podziwie. Gdy tłum miejscami się przerzedzał, wówczas Capik chłonął śpiesznie oczyma całą jej postać rusałczaną. Bajeczne nóżki, były w jego pojęciu prawzorem kształtu. Wśród popielatych pończoszek żywe piękno zdało ukrywać się przed światem, niepomne, że i tak wznieca czar zachwytu. Jakaś niezmiernie słodka febra przeszła mu ciałem od kolan gdzieś ku głowie. Pierwszy raz w życiu zauważył, jak niesłychanie ważnem dopełnieniem kształtu człowieka są nogi. Szczególnie tak czarujące, jak tej bogini. Nie wątpił ani na chwilę, że każdy sceptyk dostałby na ich widok szaleństwa. Ze wszech sił panującemu nad sobą Capikowi, udzielił się narazie gwałtowny zawrót głowy. Niewinność jej nie pozwalała się nawet w pragnieniu profanować. Wprawdzie nie napadały go jakieś nieczyste żądze, ale ów dociekliwy wzrok uważał również za coś zdrożnego. Bowiem on ją już kochał, tak, jak się kocha piękne, święte dziewice. Nie uszły jego uwagi ukłony liczne, jakiemi darzyli ją młodzieńcy, różnej kategorji, w tem często oficerowie. Niektóry ukłon był poważny, inne złączone z tajemniczym uśmiechem, przesadne, w każdym razie budzące zazdrość w sercu Capika. Ona przyjmowała owe hołdy zalotnie, pełna zadowolenia, wszystkim łaskawa. — Zresztą, ktoby się jej nie kłaniał — pomyślał Capik w duchu. — Każdy uwielbia piękno, a ona piękna jest wcieleniem... Co jakiś czas sylfida zwracała nieco głowę to w tę, to w ową stronę, a wówczas Capik czuł, że jego szuka potajemnie. Gorzał z radości. — Najświętsze słowo, żem jej utkwił w pamięci — szepnął do siebie. — O, ty królewno moja... Znów się skończyła granica corsa. Nieznajoma zatrzymała się chwilkę na chodniku. Zakłopotany Capik przystanął z boku. Tym razem obdarzyła go tak śmiałem i ujmującem spojrzeniem, że Capik miał sięgnąć ręką po kapelusz. Aliści miast wrócić jeszcze, skierowała się w boczną ulicę. — Idź na kraj świata, lecz jeszcze nie do domu — modlił się Capik pełen słusznej obawy. Począł iść za nią tem silniej onieśmielony, im bardziej tłum się przerzedzał. Bogini oglądnęła się kilkakrotnie i umiechnęłauśmiechnęła. Za jakiś czas zwolniła kroku. Nie ulegało wątpliwości, iż była skłonna nieodmówić towarzystwa tuż idącemu młodzieńcowi. I on to czuł, walczył ze sobą, lecz brakło mu odwagi. — Tak na ulicy.. nuż się obrazi... w każdym razie nie wypada... — tłumaczył się swym nerwom. Dziewica stanęła przed wystawą. Capikowi krew buchnęła do głowy. — Co teraz zrobić! — przystanąć, czy ją wyminąć? Nim miał czas powziąść decyzję — przeszedł. Ledwie postąpił kilka kroków, chwycił go wściekły żal. Przepadło! Już było poniewczasie, żeby się wrócić. Gdy się obejrzał, spostrzegł, że szła tuż za nim. Teraz zmieniła się pozycja na niekorzyść Capika. Nie mógł jej teraz śledzić i podziwiać, lecz mógł utracić nie wiedzieć w której bramybramie. Wyrzucając sobie brak przytomności, jął zwalniać. Pragnął poprzedniej sytuacji. Wyśniona postać już się z nim porównała, przez kilka sekund zdali się razem iść i... znów go ona wyminęła. Serce zabiło mu jak młotem. Dobiegł mu uszu jej ledwo dosłyszalny, słodziutki śpiew. Zgóry osądził, że musi bosko śpiewać. Znowu płynęła poprzed jego oczyma, jak symfoniczna tęcza. Naraz stanęła w bramie wspaniałej kamienicy, Capik zbliżał się jednak, otumaniony nowym kłopotem. Wszystko co żyło w nim, oblał teraz rumieniec. Co teraz?... Ostatnia chwila sposobności... Niedoświadczony amant już się z nią równał i byłby minął ją napewno, gdyby nie dobry los. Na tyle było w nim odwagi, że jeszcze spojrzał na nią, drżący, cały w płomieniach. — Chodzi pan za mną jak detektyw, dlaczego? — przemówiły wiśniowe usta czarodziejki. Dech uwiązł w piersiach Capika. Stanął, na gwałt szukając słowa. — Przepraszam... zdaje się pani... Wcale nie jestem detektywem... — odrzekł naiwnie. — Nie posądziłam pana naserjo... — Przepraszam, nic nie szkodzi... — Chciało się panu tak iść za mną? — rzuciła prędko, aby zapobiec przewidzianemu zamilknięciu. — No... owszem... mam czas, do tego... — urwał, budując jakieś okrężne zdanie. — Nudziło się panu, nieprawdaż — ulżyła mu w ciężarze. — Hm... niekoniecznie — odważył się zaprzeczyć. — Chciałem podziwiać w pani wiosnę... — dodał szarmancko, uradowany tem natchnieniem. — Ha, ha! We mnie? — Tak proszę pani — odrzekł poważniej. — Dlaczego nie podziwia pan wiosny na plantach i w ogrodach, w powietrzu? Wszak wszędzie czuć jej powiew... Mobilizował myśli. — No tak... ale pani jest jej, że tak określę, uosobieniem. Malarze biorą zwykle za symbol wiosny kobietę, oczywiście jak najpiękniejszą... — Czy pan może malarzem? — Niestety, nie. Uczęszczam na filozofję — zwierzył się skoro. — To pan akademikiem. Na którym roku, jeśli można zapytać? — Proszę bardzo, na trzecim... — I chce się panu uczyć? — podtrzymywała rozmowę. — Trudno, jak trzeba, to trzeba... Gdyby w tej chwili zażądała, gotów był spalić wszystkie skrypta, tak go olśniła. — Pan się zapewne teraz wróci? — Gdzie? — Rozumie się, do miasta, na corso... Pojął co mu groziło. — Pani tu mieszka? — Właśnie. Idę na podwieczorek... Capik posmutniał. — Szkoda, że pani już odchodzi... — Więc co mam robić? — Dzień taki śliczny, trzeba go wykorzystać... W słowach drgała mu prośba. Zawahała się. — To prawda, mamy prawdziwie wiosenny dzień. Zresztą, czy ja wiem... — Niechże się pani wróci, jeśli śmiem prosić... Chabrowe oczy spotkały się z błękitnemi. Jedne zastanawiały się, drugie prosiły. — Ostatecznie zjem podwieczorek w cukierni... — No, widzi pani! — zawołał z ulgą. — Gdy człowiek zechce, to wszystko może. Moment uważnego spojrzenia ze strony symbolu wiosny... — Z kim jednak mam przyjemność? — Pardon! zapomniałem się przedstawić: Alfons Capik. — Jak proszę? — Capik Alfons. — Czy pani znane to nazwisko? — spytał, widząc zdumienie panny. — No nie, ale śmiesznie się pan nazywa — odrzekła śmiało, ukazując białe ząbki. — Nazwisko, proszę pani, nie stanowi o człowieku. Byli książęta pochodzący z Ciołków... — Pewnie, co tam nazwisko. Zatem zrobię dla pana wyjątek i wrócę się do miasta. — Jestem pani ogromnie wdzięczny! — szepnął z nietajoną radością. — Bagatelka. Wszystko mi jedno gdzie będę na podwieczorku. — Oczywiście. Zawrócili do miasta, obydwoje szczerze kontenci. — Pierwszy raz zawarłam znajomość na ulicy — zmieniła temat. — Doprawdy, aż mię wstyd... W Capika wstąpiła swoboda. Żadna znana mu dotychczas kobieta nie miała w sobie tyle sympatji i tak ośmielającego wpływu. — Poco zważać na takie rzeczy! Od czegóż człowiek ma wolną wolę? Poto, by postępować wedle swojego upodobania. Żyjemy w XX wieku, w wieku osobistej wolności... — Tak, ja wiem, a jednak nie wypada — rzekła rozpłomieniona. Capik dostrzegł tę zakłopotaną niewinność, oceniając ją, jak szczere złoto. — No, już się stało. Gdy o to idzie, ja dałem powód i biorę na siebie całą odpowiedzialność — powiedział po rycersku. Na zdawkowej rozmowie, przy coraz częstszem spotykaniu się oczu, doszli przed pierwszorzędną cukiernię. — Zechce mi pan towarzyszyć, ja tu wstępuję? — Z prawdziwem szczęściem, jeśli pani pozwoli. Oczywiście zgodziła się bez namysłu. Weszli do wnętrza. Przed Capikiem raj się otworzył. Ani marzył o takiem szczęściu, jak dzisiejsze. Nie mogło mu się w głowie pomieścić, że los tak cudne zsyła zdarzenia, On, co przed chwilą podziwiał ją, jak niedostępną gwiazdę, co bał się myśleć o niej śmielej, on teraz z nią w cukierni! Z tą najpiękniejszą pod słońcem kobietą, przez wszystkich podziwianą, on teraz w słodkiem jej towarzystwie. Ona wybrała jego i pierwsza zagadnęła. To było nie bez ale... Złamała formę, wprost poświęciła się, aby go poznać... Capik szalał z radości. Ogromny potok począł się wlewać w jego piersi, to — miłość... Miłość prędka jak błyskawica, w której szumiało tysiąc uczuć, począwszy od zachwytu, do najgorętszej wdzięczności. Teraz dopiero odczuł jak życie jest urocze, ile czarów posiada, jakie krociowe skarby... Jeszcze cudniejszą wydała mu się wiosna, większą niż egzamin zdobyszązdobyczą, a ona królewną z bajki... Zjawił się garson. — Czem mogę służyć? — Narazie proszę o likier i ciastka — zamówiła bogini. — Napije się pan ze mną? — zwróciła się do towarzysza. — Z prawdziwą przyjemnością. Proszę o dwa likiery. — Wiśniowe, ananasowe? — Jakie pani wybierze? — Niech będą ananasowe — rzekła niedbale, jak czystej krwi księżniczka. Zajęli miejsca pod palmą, przenosząc się myślami w podzwrotnikowe kraje. — Zwykle przed herbatą lubię się napić likieru — rzekła niebiańska towarzyszka. — To bardzo zdrowo i zaostrza apetyt — oznajmił Capik, jak stary praktyk. — Właśnie dlatego. Zamilkli na kilka sekund, w czasie których śliczna znajoma zapaliła papierosa. — A pan nie pali? — Należę do nie palących, lecz pani nie odmówię.... Postąpił jak rodowity gentleman. Każde jej słówko stawało się czemś więcej niż rozkazem. Wprost koniecznością z niebios płynącą. Wziął papierosa z delikatnych paluszków o różowiutkich paznokciach, zapalając go niedołężnie. Sąsiadka nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Rozmowa poczęła się ożywiać, tem bardziej, gdy pojawiły się ciastka i likier. Nie poprzestało na dwóch kieliszkach, albowiem rozanielony kawaler wszedł w stan, w którym troskliwość i gościnność idą z sobą w zawody. Pragnął uraczać ją bez końca, byle tylko patrzeć jej w oczy i poić się rozmową. Raz mu się przywidziało, że ta cudowna chwila — to sen a nie rzeczywistość. Wówczas dla przekonania uszczypnął się dotkliwie w okolicę górnego uda i o szczęście! wcale się nie obudził.. Było to więc najawie, nie śnił... Przy czwartej kolejce smakowitego likieru, Capik był w posiadaniu imienia zalotnej świtezianki. Stasia... imię jak nektar i cudny akord. Ona poczęła go nazywać panem Fonsiem, co oznaczało iście przyjazny awans... Rzeczywiście ci młodzi ludzie wyszukali się na corso, jak w korcu maku. Bezsprzecznie łączył ich pierwej jakiś tajemny fluid, aż wreszcie zetknął z sobą... Tak kierowała astralna władza ich krokami, że się musiały zejść. Było w tem widać wyższe zrządzenie, czego dowodem, że on nie inną i ona nie innego, lecz że oboje się spotkali... — Panno Stasiu, jeszcze po jednym kieliszeczku — prosił dobrocią oczu. — Proszę, na pomyślność naszego poznania, na szczęście i na uczczenie naszej szczęśliwej chwili... Panna Stasia poczęła droczyć się i grymasić jednak uległa. Przyniesiono nowy stos ciastek wreszcie herbatę. Gorący napój z krainy wschodzącego słońca, spotkawszy się z likierem, stworzył im w głowach dziwnie słoneczną atmosferę. Zacieśniała się przyjaźń coraz mocniejsza i wymowniejsza. Gdy milkły usta, oczy dokazywały cudu płomiennych zwierzeń. — Naprawdę, ja już pijana.. Czuję, że w głowie mi się kręci — szepnęła panna Stasia upalnym głosem. — Zdaje się tylko pani... Kilka kieliszków, to przecież furda! Uśmiechnęli się do siebie, jak dwa żarne od słońca kwiaty. Zkolei panna SasiaStasia sprowadziła rozmowę na nieśmiertelne tory miłości. Piersi Capika doznały wielkiej ulgi. Dawno chciał zboczyć na ten temat, lecz jakoś nie miał o co zaczepić. Wszak on ją kochał już bez granic, z każdą minutą stawała mu się droższą, bogatszą w coraz to inne zalety, nieporównaną. Czuł, że wybierając temat, z oczu mu czyta i pragnie go wyręczyć. Co za jedyna i wymarzona dusza... Idealna!... — Ile razy pan kochał się w życiu, panie Fonsiu? — Spytała w toku. — Proszę jednak powiedzieć prawdę, bo... kłamać nie wolno — pogroziła mu ślicznym paluszkiem. Pytanie było dlań nakazem szczerej spowiedzi. — Uwierzy panna Stasia, że jeszcze nigdy! — oświadczył jak pod przysięgą. Panna Stasia na głos się roześmiała. — Nigdy? To nie do wiary! — Słowo honoru pani daję! — potwierdził z ręką na sercu. — Tak się jakoś składało... byłem zajęty nauką... — Przecież najwięcej kochają się studenci — przerwała szybko. — Być może, ale co do mnie, jestem bardzo wybredny w wyborze ideału... — Jakimże zatem powinien być pański ideał? Objął ją szczęśliwemi oczyma. — Przedewszystkiem piękny, dobry, czytający mi w duszy, taki, jak... pani... — dopowiedział, rumieniąc się po uszy. Panna Stasia uwierzyła napewno, że ten poczciwy, czerstwy jak wielki dzieciak chłopak, nie umie kłamać. Pierwszy raz może w życiu spotkała typ prawdziwego młodzieńca. Od początku rozmowy bawiła ją jego nieśmiałość, która mimo jej usiłowań, nie dała się obnażyć. I tem ją sobie zjednał i zaciekawił. Należał do wyjątku, który działa przez swój bezwiedny powab. Spuściła oczy z udanem zażenowaniem. — Jak ja? Znamy się dopiero od dwu godzin, skąd pan może tak sądzić? Zwykle wszyscy mężczyźni mówią podobnie... A my naiwne, wierzymy... Pan mię przecież jeszcze zupełnie nie zna — dodała nie bez słuszności. — Przeciwnie, czasem poznaje się kogoś w jednej godzinie, odczuwa! — szepnął z nastrojem. — Możliwe, że nieraz dusze wlot się poznawają. — To już zależy od szczerości człowieka. Szczerość jest w oczach księgą... Pani posiada bezbrzeżnie dobre i szczere oczy.. — Nie dla każdego. Może dla pana uczyniłam ten wyjątek... W Capika uderzyło słońce całym zasobem żaru. — Panno Stasiu, czemże ja na to zasłużyłem? — wyrzucił z siebie z serdeczną falą. Wiedziała nie od teraz, że mu już w głowie zawróciłazawróciła. — Może w przyszłości pan zasłuży... Utkwiła w jego twarzy gorące oczy. Ta świeża, bez zarostu prawie twarz, prosiła się o warne pocałunkipocałunki. — Spotka się pani ze mną jutro, pojutrze? — spytał błagalnie. Zastanowiła się z cudowną minką. — Może... Nie wiedział jak jej podziękować za tę szczęśliwą obietnicę. Czuła, że płonie cały, że jej zalotne oczy prażą go ogniem. Taki był piękny w tym pożarze nieskalanego serca, tak niesłychanie działający na jej namiętne zmysły, iż mało brakowało, aby rzuciła się na niego orkanem pieszczot i ust łaknących jego rumianej twarzy. Do pocałunków ciągnęły jędrne wargi i oczy jasne, wstydliwe. Zmysłowa jej natura pragnęła szału z tem wielkiem dzieckiem. — Pan przecież nigdzie nie wyjeżdża? — skradała się ku niemu jak łasica. — Ależ bynajmniej — zaprzeczył święcie. — Gdyby nawet miało co zajść, tobym pozostał... Pijane szczęście wzięło go w sidła. — Mieszka pan sam, czy z kolegami? — Sam jeden, po kawalersku — odrzekł bez cienia zdrożnej myśli. Wymienił ulicę i numer domu. Oczy panny Stasi stały się żywsze. — I nie nudzi się panu bez towarzystwa? — Przyzwyczaiłem się sam mieszkać, mam spokój, nikt mi w nauce nie przeszkadza... — Pewnie, tak najwygodniej... I uśmiechnęła się, zasłaniając oczy rękami. Jakby zapytać o coś chciała, a brakowało jej śmiałości. — Z czego się pani śmieje, panno Stasiu? — zapytał Capik, nie rozumiejąc skąd ten niespodziewany uśmiech. — Ach, nie zgadłbyś, panie Fonsiu... Swoją drogą, nic znów takiego... Niech mi pan powie, jak wygląda kawalerski pokój, bardzo jestem ciekawa... — Zwyczajnie, jak każdy pokój... Jeden jest piękniej umeblowany, inny skromniejszy. Mój naprzykład jest bardzo pojedyńczy. — To znaczy — jaki? — Mniej w nim jest sprzętów, ot — szafa, półka na książki, łóżko, kanapa, dwa krzesła, stolik i umywalnia — wymienił jak z rejestrurejestru. — Przechodzi pan przez inne pokoje? — Nie, mój pokój posiada wejście z korytarza. Myślała nad czemś przez chwilkę. — Wie pan czemu się śmieję i pytam o to? Rozmawiałyśmy nieraz z koleżankami na temat kawalerskiego mieszkania... Każda mówiła inaczej... a żadna nie miała o tem pojęcia. Szło nam przedewszystkiem o to, że coś tam mu i być, gdy pannom z dobrego domu nie wypada, powiedzmy... odwiedzić znajomego, który jest kawalerem... Jedne domyślały się nieprzyzwoitych obrazów na ścianach, znowu że brak porządku i t. d. i t. d. Dla prostej ciekawości chciałabym kiedy się przekonać, która z nas miała słuszność... Na ustach Capika wykwitł niewinny uśmiech. Już miał jej służyć zaproszeniem, lecz się połapał, że taka propozycja mogłaby ją obrazić. I to mu z oczu wyczytała subtelna panna Stasia. — Nic łatwiejszego, proszę pani... — Ja wiem, lecz coby sobie ktoś pomyślał? — Nie musi o tem wiedzieć — rzucił pierw ząpierwszą pokusę. Panna Stasia poczęła tak sprytnie lawirować, że Capik chcąc jej zadość uczynić, zaprosił ją do siebie jeszcze na dzisiaj. Teraz zaczęła się upierać, wstydzić, wreszcie uległa jego naleganiom. Już sam nie wiedział, czemu tak pragnął tego. Niepowstrzymana ciekawość panny Stasi nagliła do pośpiechu. Zawezwano do stołu płatniczego. Capik aż zbladł, usłyszawszy rachunek, pochłaniający niemal całą miesięczną jego „gażę“. Wprawdzie panna Stasia sama chciała zapłacić, ale rycerski gest Capika nie był skłonny do ustępstw. Bladość jednak zeszła zeń wkrótce, kiedy pomyślał, co znaczy marny pieniądz wobec tej cudnej anielicy. — Naprawdę, jam pijana — szepnęła panna Stasia na ulicy — proszę mi podać ramię. Capik ledwo uwierzył w ten dar bezcenny. Niezgrabnie, tak jak umiał, podał jej ramię, drżące ze szczęścia, uczuł jej ciało ciepłe i niewymownie słodkie i równocześnie wyrzut sumienia, że z jego winy do znała zawrotu głowy. — Proszę się nie obawiać, to zaraz minie na powietrzu — pocieszał ją troskliwie. Samemu jednak było tak jasno w głowie i duszy, jak w środku słońca. War go oblewał. Słodyczne ramię Stasi tuliło się do niego, raz nawet odczuł jakby jej pierś... Myślał, że padnie, lub dreszcz go skręci, oszalały wrażeniemwrażeniem. Niespełna po półgodzinnej rajskiej podróży, wdrapali się po schodach na czwarte piętro kamienicy, mieszczącej w sobie taką ciekawą osobliwość, jak kawalerski pokój... Z każdego piętra zrobiono sobie przystanek i chwilę miłego targu. Pannie Stasi stała na drodze wstydliwa bojaźń, że chciała nawet wracać. Im bliżej byli drzwi, tem krwawszy oblewał ją rumieniec i silniej nastawała pokusa. — Ach, panie Fonsiu, gdyby pan słówko szepnął komu... Chybabym się otruła! — Jak pani może nawet pomyśleć... — wyrzekł gwałtownym szeptem. — Przysięgam pani... Zgrzytnął klucz w zamku i nareszcie... otwarł się Sezam. Mdła atmosfera ruszyła noskiem panny Stasi. W jednej chwili objęła okiem cały Capika apartamentapartament. — A-a-a... — poczem po chwilce: — Wcale przyzwoicie pan mieszka. Ani gorszących obrazów... zwyczajny sobie pokój. Dla ostrożności proszę drzwi zamknąć, może ktoś wejść... — Tu nikt nie wchodzi, panno Stasiu, z wyjątkiem stróżki rano. Uczynił przecież w myśl jej życzenia. Panna Stasia poczęła czynić przegląd mieszkania, ledwo wstrzymując się od śmiechu. Mieszkanie było banalne, z powietrzem przedpogrzebowego przytułku. Nie okazała jednak tego po sobie, owszem, udawała ciekawą. — Takie proste mieszkanie bywa najmilsze. Po co jakieś dywany, obicia, bogate meble, to wszystko tylko próżnym wymysłem... Zapatrywania panny Stasi Capik podzielał w zupełności. — Proszę otworzyć okno, taki stąd piękny widok — poprosiła nieśmiało. W momencie brzęknęły szyby, wpuszczając do wnętrza strumień świeżego powietrza. — Może pani siędzie przy oknie? — Dziękuję, wolę sobie pochodzić... zresztą zaraz uciekam... — Ależ... niechże chociaż kwadransik pani zostanie. Nie uwierzy panna Stasia, jak się szalenie cieszę tą wizytą... Należę dzisiaj do najszczęśliwszych ludzi! — Gotów się jeszcze pan zakochać! — dążyła Wenus do przyśpieszenia tej romantycznej chwili. Spojrzała na niego tak ślicznie i filuternie, że topniał w tym uroku. — Ja... ja się już kocham... — Tak? A w kimże? Chwila była niezwykła, cudna jak wiosna, dziwnie płochliwa. Raj rozlał się nad nimi, serca mówić poczęły, pałały oczy. — W pani! — wybiegło z ust Capika, gdyż nie utrzymał słowa. Likier wypuścił je z uwięzi. Miast ulgi, ołów mu spadł na piersi — co ona powie, czy mu uwierzy... — Tak prędko? — Zdaje mi się, że lata całe znam już panią... — Umie pan kochać? Jak to się kocha? Proszę pokazać... Capik — ogłupiał. Niespodziewane to pytanie zwaliło się na niego i rozprószyło myśli... — Jakżeż... to nie da się pokazać... to w sercu żyje... Śmiech wzbierał w Stasi i jakaś dziwna, bolesna niecierpliwość. — Dobrze już, dobrze. Ja pana również polubiłam. Czy pan lubi całować? — zmieniła nagle temat. Zadrżał. — Dlaczego pani pyta? — Ot, tak... chciałabym wiedzieć... — Może... — Nie próbował pan jeszcze? — Nigdy... — Albo pan kłamie, albo ma w sobie rybią krew... — W rękę-m całował... — Jak? Proszę na mej pokazać... Capik uszom nie wierzył. W tej chwili coś pchnęło go za plecy, chwycił dłoń panny Stasi i ucałował aż mlasnęło. — Zdaje mi się, że my jesteśmy obydwoje pijani... Bawimy się jak dzieci... Capikowi posmakowała widać rączka panny Stasi, nabrał bowiem niezwyczajnej ochoty. — Bawmy się tak bez końca, wszak wiosna!... Pozwoli pani na drugi całus? Zauważyła, że podejrzenie o krew rybią było niesłuszne. — Początkowo w rękę, a później może chciałby pan w usta, co? — sama myśl podsunęła. — Och gdyby... gdyby!... Dziwił się sobie, skąd nabrał takiej śmiałości. — No... ponieważ lubię pana, pozwalam na jeden całus... Odczuł, że to już miłość, że ona jego pokochała. Wprost stracił władzę z nadmiaru szczęścia. Miast porwać ją w ramiona, stał przerażony szczęściem, lgnąc wzrokiem do jej twarzy. Przezorna panna Stasia, widząc na co się zanosi, wygięła się jak łania i podsunęła usta. Capik przymknął powieki i pocałował ją jak ciotkę, bez jakichkolwiek akcesorjów. Sam jednak całus otwarł mu wszystkie niebieskie bramy. Nie śmiał o drugi prosić, by nie nadużyć łaskawości. — Wszystkiemu winien pan, no i ten likier... Ach, co ja robię!... Faktycznie głowa mi pęka... — Jezu, główeczka panią boli? — spytał, jak najtroskliwszy kochanek, — W tej chwili ból uczułam... Zdjęła kapelusz, ażeby łatwiej móc objąć głowę. — Niechże pani usiędzie... Usiadła nie na podsuniętem jej krześle, ale na jego łóżku, twardem jak serce skrytobójcy. — Proszę o szklankę wody... Wlot jej usłużył, pełen ogromnej trwogi, by nie zemdlała. Na szczęście minęło niebezpieczeństwo. — A może kompres? — Nie, nie, dziękuję. Trochę mi lepiej. Poco ja tyle piłam? Capik drżał jak osika. — Panno Stasieńko!... Boże... — Trochę mi duszno... Więc położyła się na kołdrze, poczem rozpięła nieco bluzkę. Nie wiedział czy ma zasłonić oczy, czy wyjść z pokoju. Z białej koszulki wyjrzały kraje gołych piersi. — Proszę siąść przy mnie i ścisnąć mnie za skronie; ot tu, na pulsach... Przymknęła oczy. — Ach, tak... jeszcze, jeszcze mocniej... Podrażnione nerwy dygotały w Capiku w jakiejś upalnej malarji. Odsunął natrętne oczy od obnażonych piersi, chociaż wracały uporczywie. Nie wyobrażał sobie droższego skarbu nad te efebie, cudne pącze. Tak były białe, że mleko zdało się je wypełniać, lub śnieg niepokalany. Po chwili podniosły się na niego biedne chabrowe oczyoczy. — Panno Stasiuniu, czy boli jeszcze? — Już mniej... mniej... Proszę pocałować mię w skronie, jak pan może najmocniej, choćby do krwi, aż ból pan stłumi... Pochylił się ponad nią jak mógł najdelikatniej i począł rytmicznie ją całować. — Moja najdroższa panno Stasiu, moja... Czuł, że drży cała jak w gorączce i pierś faluje jej gwałtownie. — Och, mocniej, mocniej! Opasała mu szyję ramionami i przyciągnęła go ku sobie. Legł prawie na jej piersiach, dziwnie oszołomiony. Wydało mu się, że nie gdzieś w przepaść, ale, że w przestwór leci. — A teraz w usta i oczy, w szyję... Lecz Alfons Capik już nie słyszał. Utracił zmysły na kilka sekund, jakby wpadł w środek oceanu niewysłownej rozkoszy. Usta chwyciło lękliwe zadyszenie, spazm nim potrząsnął. Westchnął głęboko, jakby przez miesiąc nie oddychał. — Zgniotę panią — przypomniał sobie bojaźliwie. — Nie, nie!... Chwyciła go za głowę, sama poczęła pieścić, tulić się doń gwałtownie, wciskać się w niego, jakby ją nagle szał ogarnął. Wywiał jej z pulsów fikcyjny ból, natomiast opętała ją zawrotna żądza. Niemal dzikie pocałunki zmieniły się w kąsanie, w piekący ukrop. Krew w niej zawrzała. Capik otumaniony tą niesłychanie upajającą chwilą, doreszty stracił rozum. Słaniające się myśli załamywały ręce, nie wiedząc coby począć. — Kocham cię... twojam... cała ci się oddaję Foniusiu!... — dyszała spazmatycznie bogini wiosny. — Ty mój... wszystko ci wolno!... W niego jakby piorun ugodził. Oślepiła go jej bezgraniczna miłość, jej rozbudzone, ogniste piersi, usta nektarem uwilżone, — czuł i rozumiał, że na śmierć trzeba ją zapieścić, upić się mą, zmysły stracić z rozkoszy, bez względu co przyjść może, — jednak coś ręce mu wiązało, odejmowało władzę — wpadł w jakieś ogłuszenie... Ogromne szczęście przygniotło go jak góra. Siedział bez ruchu. — Czyś pan z kamienia? — wyła przez nią namiętność. — Gwałtu! ja ci tu skonam!... Capik wyrwał się z objęć, gotów do płaczu z bezradności. Płonął, to znów naprzemian bielał. Stasia podobna żagwi, opuściła bezwładnie ręce dysząc zmęczenie. Leżała tak przez chwilę, nabiegłą krwią, cudna z temi dzikiemi blaskami w oczach, bezradna, wprost cierpiąca.. Naraz chwyciła w dłonie swe nagie piersi, wpiła w nie palce niby szpony, drapieżnie, póki znieść mogła. — A — ach! syknęła— syknęła z bólu i zeskoczyła na podłogę, W milczeniu, nie zwracając oczu na zdumionego kawalera zapięła bluzkę, poczem bez pomocy zwiersiadłazwierciadła wdziała kapieluszkapelusz. Uzupełnienie toalety nie trwało pół minuty. — Czy pani już odchodzi? — bełknął niedowierzając w tak nagłe jej odejście. — Tak! — Jeszcze chociaż chwileczkę — szepnął błagalnie. — Proszę odemknąć drzwi! — Naprawdę, nie pojmuję... Sama przekręciła klucz w zamku i otworzyła. — Pan się nazywa Capik? — spytała w progu ironicznie. — Przepraszam panią, jeślim ją czemś obraził... — Pan się powinien nazywać co najmniej capem, lub idjotą... przez cztery wielkie „I“... — rzuciła nienawistnie i jak zwodniczy sen zbiegła po schodach. W otwartych ustach „Capusia“ zastygło oniemienie.