Dzień Trzeci

Pedro Calderón de la Barca (1600–1681)

Traducido del español por Edward Porębowicz

Dwoje bram – trudna straż

Sztuczka — pani — była śmiała.

Ha, cóż! widząc, żem zgubiona,Bo już Laura wyznać miała,Kto był u niéj, — przelękniona,Że się wyda sprawa cała,Chciałam oszczędzić relacyiWybrykiem istnéj warjacyi,Wiedząc, iż to prawda szczera,Że fortuna śmiałych wspiera.

To słuszna.

— Jeszcze z téj racyiMogłam wyjść w tak wielkiéj bucie,Że Lisardo na ulicyStał czekając na wyklucieLosu swéj awanturnicySiedzącéj tam na pokucie,A ja wiedząc, że jest prawyRycerz, byłam bez obawy,Bowiem w razie ostatecznymObowiązkiem mu koniecznymByło bronić mojéj sprawy.

Wypadło nad spodziewanieWszystko to, co miałam w planie.Przeszłam gładko jak po lodziePozostawiwszy w przechodzieTakie straszne zamieszanie,Że mi Lisardo nie zdradził,Kto go do Laury sprowadził,Ani mię Feliks nie schwytał,Ani się sprawy dopytał.Tak horyzont się wygładził.

Żeśmy dotąd całe — zgoda —Lecz gdy dojdzie sprawek onych,Otóż nam będzie nagroda!

Jakaż może wypaść szkodaZ niebezpieczeństw już minionych?I owszem; ta sztuczka świéżaTak we mnie odwagę wzwyża,Kiedy nam poszło tak gracko,Że dumam nad nową schadzkąZ Lisardem.

— Pst, ktoś się zbliża.

Marcelo!

— Jakaż nowinaWiedzie pana brata w gości?

Od skargi się rozpoczyna,A puka do roztropnościTwojéj; — a oto przyczyna:Wczoraj, kiedy się ściemniło,Gdyś wyszła z domu Fabiusza,

Wszedłem widzieć się z mą miłąLaurą i tam — mrze mi dusza —Ujrzałem...

— Cóż? Cóż tam było?

Mężczyzna.

— Ach!

— Nie inaczéj.Laura dziś mi się tłomaczy,Wtém jakaś — zważ kłopot nowy —Dama wychodzi z alkowy.

A! słuszny powód rozpaczy.

Lisardo coś wie, lecz czuje,Że nadużył zaufaniaI domowi czci ujmuje,Więc rzec cośkolwiek się wzbrania.Tłomacząc, że nie pojmuje,Skąd weszła. Niech co chce będzie,Gdy się każdy wyznać wzdraga,Laura w zazdrosnym zapędzieTeraz mię szyderstwem smaga,W rozpustników stawia rzędzie.Ja, by z gniewu jéj zaszydzić,Niby nie dbam o te sprawy.Nie chcę słyszeć, nie chcę widziéć;Ale — tu się muszę wstydzić —Jestem przecież tak ciekawy,Co robi o każdéj porze,Że tu plan ci mój wyłożę.

Mogęż twoją być wspólniczką?

Udać ci trzeba, siostrzyczko,Że po pewnym ze mną sporzeTak ci pobyt ta dolega,Że dla gniewu i dla sromuMieszkać chciałabyś w jéj domu,Tak będę miał u niéj szpiega,

Co mi wyda pokryjomu, —Bo już z męki oszaleję —Co się codzień u niéj dzieje,Kto ów człowiek jest nieznany.A tak poinformowany,Będę wiedział, skąd wiatr wieje.

Mam swe ale — lecz wybornie!Zaraz do niéj się sprowadzę.

Nie dziś jeszcze; bo przekornie,By dowieść, w jak małéj wadzeMię ma, wesoła pozornieWyszła w téj przybranéj roliNad stawy do Hontigoli.

A więc pójdę jutro z rana.

Życie mi wracasz, kochana,W mojéj serdecznéj niedoli.

Trzebaż milszego wezwania,Gdy tą samą chęcią dyszęNowe marząc zawikłania?...

Ale wyjdźno; kroki słyszę.Któż tam wchodzi bez pukania?

Pani Laura z Celią wchodzi.

Laura mi samotność słodzi?

Nie strasz się, Marcelko miła,Coś mi tyle zawiniła.

Nie przeczę, bo się nie godzi.

Tak jak ty — najmilsza — wczoraWyzyskałaś me poddanie,Dzisiaj twe wyzyskać pora.

Stąd się uczcie, moje panie:Za jedne łaskę — półtora.

Człowieka, co mi tak wielkąSprowadził w dom wczoraj burzę,Don Feliks widział, Marcelko.

Jezu mój!

— Już nie powtórzę,Jak się to wszystko zebrało,Bo nieszczęściu wystarczało,By niem było, aby zarazPrzywiodło na mnie ambaras.Przyszłam w chęci wyrównaniaSporu do jego mieszkania,Nie zważając — ja dziecinna —Na szacunek, jakim winnaSwéj godności; gdym tam weszła,Rozpoczęłam od wymówek,Tak jednak, by w téj potrzebieNie narazić mnie ni ciebie.Wtem śród wzajemnych przemówekJakaś kobieta z alkowyWybiegła: Niza z pewnością.

Tak, tak, Niza niezawodnie.

Płacę więc zazdrość zazdrością.

Ha, patrzcież — i takie zbrodnieUchodzą! — Cóż Feliks na to?

Rzucił się, chciał ją dogonić;Nie dałam; — zaczął się bronić,Aż w końcu wynikło z tego,

Że znać nie chce méj obrony,Ani ja chcę słuchać jego.By dowieść na podrażnienie,Że gniew jego lekko cenię,(Ach ileż kosztuje duszyKłamać uciechą katuszy!)Nad hontigolskie jezioroWyjechałam w szczebliotliwéjDziewcząt rzeszy; lecz te niwyI ta woda zbladły, skoroObaczyły, że mi mroczyTaki smutek tęskne oczy.I już ni widok królowej, —Która niech nam w czas majowyŻyje, by dojrzały z kwiatuFrancyi w Kastylii owoce, —Jak jéj zieloną karocęW słonecznego majestatuBlaskach przywiodła AuroraNad kwietne brzegi jeziora;Ni widok téj dumnéj wodyCo udaje OceanuNurt, gdy w szumne korowodyBuja w kształt złotego łanu,Co go zlekka wiatr uderza,I widząc kto ku niéj zmierza,Odmienia się w srebrne piany,Odmienia się w kryształ szklany;Ani potem widok łodzi,Wozu mórz, bo się ją wodziJak rumaki, by nie zniosłyCugiem — dwoistemi wiosły,Jak się poddańczo schylała,By po rzuconym pomościePrzeszli na nią świetni gościeZa tą, co jak słońce pałaW spłomienionéj kształcie róży,Któréj sama Zorza służy;Ani orszak dam bogaty,Co jak zaplecione kwiaty

Naokół róży, lub w lesie,O których wieść stara niesie,Rękoma pozaplatany,Kroczy hufiec Dyany;Ni widok, że tak wspanialeSzła łódź owa po krysztale,Po fali rozkołysanej,Że gdy podeszła do wyspyI do kwiatowéj altany,To na tę kwiatami ludnąŁódź patrząc już było trudnoRozpoznać z drugiego brzegu,Gdzie jest łódź, a gdzie altana;Gdy obie w te kwiaty zbrojneJak dwie bojowe armatyWydały sobie tam wojnęJaśniejące i swywolne —Cieszyć mię nie były zdolne.Bo cała ta pompa złotaI te szumiące kryształyI owa kwiatów ochota,I te zefiry, co wiały,I owe liście grające,I to pośród kwiatów słońce,I ten ptaków szczebiot głośny,Smutne się zdały zazdrośnéjO Feliksa; patrz, czy małoSmuci się, kogo to wszystkoRozesmucić nie zdołało!On tłómaczeń już ode mnieNie usłyszy, boć nikczemnieCieszyć go w mojéj żałościJeszcze widokiem zazdrości.Zakończę sprawę doraźniéjUżywając tu przyjaźniTwojéj i jeśli ma NizęU siebie, orzech rozgryzęI dopatrzę wreszcie jądraTwoją łaskawą pomocąUkryta, gdzie się osłaniaWchód do twojego mieszkania.Zapytasz, jak mogę nocąNie strzedz penatów rodzica,

Uganiając jak wietrznica?Ojciec mój dzisiaj wyjedzieW okolicę, gdzie go wiedzieKonieczność jakiejś afery,Nie wróci, aż za dni cztery.Przez ten czas, moja dziewczyno,Stanę u ciebie gościną;A że mi będziesz gościnna,Tuszę, boś mi już coś winna,Boś rozsądna, luba, grzeczna,Przyjaciółko ma serdeczna!

Odmówić nie w mojéj mocy,Gdy mię już twa dobroć pęta,Kiedy bierzesz do pomocy,Moje własne argumenta.Jedna tylko jest przeszkoda:Własna chęć środek ci podaUsunąć go. Masz otwartyMój dom — co mówię! twój własny.

Cóż jest tym twoim szkopułem?

Mój brat równie w sercu czułemTak jest zazdrością rozżarty,(Co tam — niech go złość kolebie,Pierwsza nam miłość od siebie) —Że prosił, abym udała,Iż wskutek pewnego swaru,Chcę go zbyć mego ciężaru.I ażebym zamieszkałaU ciebie, służąc mu szpiegiem.Więc gdy chcesz u mnie noclegiemStanąć, jakże dom zostawię?

Już znajdę radę w téj sprawie.Udaj zaraz dąsy swojeI odejdź, własne pokojeOddawszy na moje plany.Prędzéj będzie przekonany,Że jest w domu sam, swobodnie.

Dobry sposób — niezawodnie,Nie pomyśli ni przez chwilę...

Jak zrobimy?

Słuchaj, tak:Ty mi, Sylwio, daj mantylęI powiedz mu, że do LauryPójdę dla owego sporuUdanego dziś z wieczoru.

Słuchaj, Sylwio, jedno słowo:Pójdziesz zaraz do Lisarda:Niech przyjdzie widzieć się ze mnąW jéj domu, gdy będzie ciemno.Ty zostaniesz pokojowąLaury, a ty, Celio, moją,Bo kiedy tak rzeczy stojąPersonał z domem się zmienia.

Czy to zaraz?

Bezwątpienia.Bowiem po decyzyi świeżéjTe rzeczy idą najchyżej.

Marcelo, gdy pod straż bierzeszMój dom, czci mojéj w nim strzeżesz.

A ty w moim strzeżesz mojéj.Niechaj się żadna nie boi.Ciekawam, jak też wypadnieNasz żart.

O, to zgadnąć snadnie:W awanturę się odmieni,Co nas zgubi lub pożeni.

Cóż to za papier?

A cóżby?Papier — ot — papieru listek,Jeno zapisany wszystek.To rachunek z mojéj służby.

Cóż to znowu, cóż to znaczy?

Ot, czy mówić potrzebuję?Za służbę panu dziękuję.

Chcesz więc odejść?

Nie inaczéj.A czemu?... Jezu mój złoty!Bom sekretami karmiony,A pan...

Co?

Otumaniony.

Ach, nie wiesz... moje kłopoty!

Czyż nie winien jak na tuza,Chociaż ma i swoje kwasyI sekreta i niewczasy,Pan rachować na Harbuza?Pomyśl, czy mi to przyjemnie —Boć i ja o godność dbam, —Że tak chodzisz, jeździsz sam,Zawsze sam, zawsze beze mnie,Jakąś tajną, krętą drogą,Że jesteśmy, miły panie,Niby miłość i śniadanie.Zakwefiona dama wpada

Do cię — Harbuz, precz uciekaj.Gdy ty do niéj — w bramie czekaj,Bo iść z panem nie wypada.Tak wiecznie masz na mnie fukać?Niedola na moje mać!I to ma się służbą zwać?Idę indziéj szczęścia szukaćI bardziéj ludzkiego pana,Bo — niech mię tu grom położy —Nigdzie miéć nie mogę gorzéj.Znajdę choćby luterana,Choć chudego palestranta,Choć jakiego chudeusza,Co nic nie ma prócz gieniusza,Liczykrupę albo franta,Poetę, co pcha swój wózekZ komedyami ciasną dróżką;Będzie panem tam i służkąW własnéj osobie Harbuzek.Znajdzie się synek mamaszyLub szczebiotliwy papinka,Albo miękliwy malinka,Choć ten mię najbardziéj straszy —

Wszystko to, co mi się zdarza,Tak ci, Harbuzie, nie nowe,Że nie przeszło mi przez głowęPowtarzać; — któż na to zważa?Wszak byłeś świadkiem intrydze:Naprzód tak pełną obcesuNa drodze do Aranjuesu,Potém ją w jéj domu widzę,Tam kłopotu mię nabawiaTa przedziwna awanturaTak podobna do tej, któraDon Feliksa w zazdrość wprawia.Dzisiejszego do mnie rankaSama wpada, zostać prosi,Mnie samego złość unosi.Myślę: Feliksa kochanka?...Schodzi nie wiem skąd — jak z chmury,Jak przypadła, tak ucieka,A, toć rozdrażnią człowieka

Takie cudaczne figury.W głowie mi się robi pustkaZ dociekań; i cóż ci mamRzec nad to, coś widział sam?

Patentowana oszustka,

O tyle, że jéj nie szkodzi,Że poglądam jak na cudaMyśląc: prawda-li, czy złuda,I że nas tak za nos wodzi,A my się jéj damy rządzić.Bo gdy za damę ją miałemFeliksową, to wiedziałemPrzynajmniej, co o tem sądzić.Lecz gdy tamta między namiZjawiła się i człowieczyChyba rozum nie zaprzeczy,Że nie są sobowtórami,Na wszystko się teraz ważę,By zdjąć maskę méj kobietce,Już i cześć jéj ważę letce,Gdy Feliksa nie obrażę.

Hm, hm, ja prawdę wywlekamZ kłębka.

Wiesz, kto jest? No, powiedz?

Niech mi duszę porwie łowiecPiekielny...

Mów, niech nie czekam.

Czyli nie jest intrygantka,Czyli nie jest szpieg i plotka,Czy nie jest fałszywa kotkaI czy nie jest z cicha frantka?Wątpliwości niéma cienia,Że jest — na wszystko przysięgę,Lub miej mię pan za ciemięgę, —Że jest...

Dokończ-że,

Dueńa.

Głowa wiatrem nadymana.

Seńor, proszę was na słowo.

A ty skąd tu, białagłowo?

Cóż powiesz, moja kochana?

Pewna dama, któréj oczyI któréj znacie mieszkanie,Prosi was na posłuchanieDzisiaj wieczór, gdy się zmroczy.

Hej ty kryjnosku z kryjnoskówCzekaj! (Chce biedz).

Stój, gdzie wiatr cię pędzi?

Puść mię pan, bo ręka swędziWyciągnąć z niéj parę wnioskówO tamtéj drugiéj wietrznicy.

Język ci się w wiatrak zmienia,

Niech-no przyjdzie tu, DueńaZaszczepiona na łotrzycy!

Słuchaj; na zachodnim końcuHoryzontu blady pasŚwiatła niknie; że już czas

Odejść, noc powiada słońcu.Ja pełen lubéj nadzieiŚpieszę się; przynieś mi tarczęI postój.

Ha! już nie starczęCierpliwością; niech z JudeiŻyd czeka. Gdzie tak zelżywieZamknięto pana jak żaka,Gdzie ojciec nie bez kułakaA gach drugi w perspektywie,Sam nie pójdziesz,

Pójdę sam.

Dokąd-że i o tym czasie?

A mój drogi, co tu gra się. —Nie wiem, co już myśléć mam —Za czarodziejstwo w Ocańa!...Czy masz parę chwil do zbytu?

Ach, mam; od zmierzchu do świtu.

Tak?

Ogień, co mię pochłania,Nim buchnie bardziéj zażarcie,Ułożył się i przyczaił.

Nic ci więc nie będę taiłI wszystko wyznam otwarcie.Bo jeślim się dotąd wzdragał

Zwierzyć ci me podejrzenia,To przeto, że zatajeniaWłasny honor twój wymagał.Lecz skoro rzecz inny bierzeObrót, a ty jesteś, któryJesteś, mojéj awanturyCały sekret ci powierzę.Pójdź-że, gdzie cię zrobię świadkiemNajdziwniejszego zdarzenia.Pośpieszajmy bez straceniaCzasu...

Takim jesteś rzadkimLekarzem, że śmierć rozbroisz,Frasunki spędzasz w minucie,Gdy tak miłosne otrucieMiłosną dryakwią goisz.

A ja co?

Domu pilnować!

Bądź zdrów, Harbuz, z twoją weną!Zostawać i czekać jenoI gębę sobie skneblować!Na cóż ja się godził jadaćChleb lokajski i tak biedzić?Ot, by słuchać, żeby wiedziéć,Ot, by wiedzieć, żeby gadać,A tak mię w psim stawia rzędzieI téj mi pociechy skąpi.Nie — odtąd pan już nie stąpiSam; z Harbuzem tak nie będzie.Obrażą się i lokajePodobnem niezaufaniem.Ot, i teraz pójdę za nim,Przebiorę się i przyczaję,Żeby nie przydybał czasem.Jeśli nie da wyjść na zwiady,Słuchać, węszyć, dawać rady,Od czegóż jestem fagasem?

Niech się pan pokrzepi chwilę,Będziem wnet w Ocańa przecie.

Co za ból! Nigdy tak w świecieNie cierpiałem. Choć się silę,Nie wytrzymam; z konia otoZsiadłem, może ból rozchodzęI ulżę zwichniętéj nodze,Idąc ten kawał piechotą.

To szczęsne zrządzenie boże,Że nam klacz tu niedalekoPadła; tak pan pod opiekąMoją dojść do domu może,Gdzie się pan już wy wczasuje,Poturbowany tak srodzeUpadkiem.

Tu w prawéj nodzeBól nie do zniesienia czuję.Przytłoczył ją, kiedym padał,Koń swym ciężarem widocznie.

Niech pan siądzie i odpocznie.

Nie, lepiej, abym nie siadał,Bo tak noga nie zachłodnie.

Tak jest, dobrze pan powiada,Lecz zważ pan, że noc zapada,A my się snujemy żmudnie,Podczas, gdy ciemności rosną,Więc choć iść piechotą lepiej,Bo się pan wzmocni i skrzepi;Wróciwszy, gdy wszyscy posną,Trudno będzie porą nocnąChorą nogę poratować.

Idź-że więc konia przyprowadźI ściągnij popręgi mocno —I jedźmy; już dwa pagórkiTylko, choć wyznam, mój drogi,Wolałbym nie zjeżdżać z drogi,Żeby nie przestraszać córki,Przybywszy tak niespodzianie.Tak mię bardzo kocha bowiem,Że może przypłacić zdrowiem,Gdy mię ujrzy w takim stanie.

Ani wątpię, że boleśnieTo poczuje.

Moja duszka!Pewno ją zerwiemy z łóżka!Bo iść spać musiała wcześnie.

Z pewnością.

Jak mię to boli,Ze przestraszę ją i wzruszę!Lecz czuję — powrócić muszę,Ot co: podjedziem powoli,Zachowując się najciszéj,By nie budzić, i do bramyPryncypalnéj zapukamy.Być może, że nie usłyszy,Bo daleko jéj sypialnia!

Nie wątpię, że się seńoraRozrzewni. Lecz śpieszmy — pora!Na Boga, niech pan nie zwalnia.

Nie dziw się méj troskliwości,Jestem, choć to wiek nie rany,Tak w jéj cnocie zakochany,Jak są młodzi w jéj piękności.

Zabawna, bardzo zabawnaTwoja awantura sławna.

Opuszczam szczegółów mnóstwo,Opisując moje bóstwo,Bowiem boję cię się znużyć.Już czas musi ci się dłużyć.Odejdź; — mój zamysł waryacki.

Rzec mi, że idziesz na schadzkę,Dodając, że z owéj schadzkiGrozi ci niebezpieczeństwo,I kazać, bym poszedł sobie?...Daremnie; tego nie zrobię,Bo nie jestem z rzeszy owej,Co to zbywa przyjaźń słowy.Ja daję dłoni pierwszeństwoPrzed językiem. Luby druhu,Pośpiesz-że utonąć w puchuI miłości i zachwytu, —Ja tu czekam aż do świtu.

Tak mi rozbroiłeś duszę,Że opierać się nie kuszę.

Gdybym tak, co mówią, wiedział,Jak wiem, że idą, wiedziałbym,I co mówią i gdzie idą.Lecz się mogę spotkać z biédą...

Co to?

Jeśli mię nie mamiSłuch, ktoś się czai za nami.

Dajno mu powąchać swojéjSzpady.

Kto idzie?

Już nikt,Bo nie idzie ten, co stoi.

Kto jesteś?

Człowiek uczciwy.

A więc przechodź, pókiś żywy.

Jestem nieprzechodni, panie.

Szpadą przejdę cię, kapcanie.

Zabij.

Aj, Jezus, Maryja,Niech pan, niech pan nie zabija.Harbuz jestem; znasz Harbuza?

Chciałeś się nabawić guza?Co tu robisz, czego chcesz?

Widzieć, gdzie się pan wałęsa.

Bierz za to.

I bierz, i bierz (bije).

Daj pokój, nie tłucz mu mięsa,Niedaleko tu na skręcieÓw dom, którego szukamy.

Więc tu jest mieszkanie damy,Co czeka na twe przyjęcie?

Tak jest.

Przystojna powiadasz?

Jak anioł.

I z ojcem mieszka?

Tak.

Mów! Ciekawość mię pali,Tu cię zamknięto w téj sali?I z nią to rozmawiałeś,Gdy schroniła się przede mną?

Z nią.

Zważ, może źle dojrzałeś.Czy to ta sama ulica?Noc mamy niezwykle ciemną,Bo ani skrawka księżyca.Przypatrz się: Domy te same?

Ależ tak. Ot, okiennica.Tutaj znak mam dać, tę bramęMi otworzą.

Zapamiętam.

To okno — ta brama. — Nieba!Łaski; gniewu nie opętam,Lauro, tegoż było trzeba!O ty po dwakroć fałszywa!

Cofnij się, znaku czekają,Po którym mię poznać mają.

Powiedziałeś jednakowo —

(n. s.) Krzep się biedna moja głowo! —Ze dama, pod któréj bramąStoim teraz, jest tą samą,Co się skryła za firankę,Gdym przyjmował mą kochankę,

Toż tak.

I że tamta druga...

Aha!

Cicho, to jéj sługa.

Czy to don Lisardo?

Tak.

To Celia.

Dam panu znak,Czekaj pan, gdy drzwi otworzę.

To służąca mi powiada,Że bramę otworzyć schodzi.

Wprzód powiedz koniecznie (n. s.) — Boże! —

Nie rozumiem, o co chodzi.

Czy...

Bądź zdrów, już na mnie czeka.

Ta dama...

Niech pan nie zwleka.

Pomówimy, skoro wrócę.

Drzwi przed nosem mi zatrzasła.

Nie szkodzi; czy to pan z masła?Drzwi drewniane lecz okute,Więc i czci to nie powala.Żelazo honor ocala.

Co się w mojéj głowie dzieje!Myśl się mąci — oszaleję.Skąd u Laury niespodzianieTamta druga ma mieszkanie,Co przeszła tak rezolutniePodżegając nasze kłótnie?Więc nie Laura być powinna.Lecz jakże? tu mieszka inna?Czemum nie prosił Marceli,By dziś była przyszła jeszcze.Jużbyśmy zaraz wiedzieli,O czem wspomnieć biorą dreszcze.Ot, wstydu tylko przymnażam,Gdy tak stoję, tak rozważam.Zazdrości! ha, nie dociekaj,Nie wahaj się i nie zwlekaj,Idź rozstrzygnij losy moje.Laura jest — albo nie Laura.Jeśli nie ona, cóż stracę,Jeżeli się uspokoję,Cóż stracę, jeśli to ona?Życiem i duszą przypłacę,Gdy już uciekły mi z łona?Uderzę i drzwi rozwalę.Nie, nie, — to nazbyt zuchwale;Lisardowi słowo dałemPrzyjaźni. Lecz co po całymSzacunku i zaufaniu,

Co po słowa szanowaniu?W zazdrości wszystko się kończy.Niema honoru, przyjaźni,Milknie cześć i milknie serce.

Aj, panie!

Precz, bo uśmiercę.

Nie zabijaj, jeśli łaska.

Z drugiéj strony ktoś w drzwi trzaska.

Co się dzieje! Koniec świata,Tamten drugi też kołata.Cóż dziwnego — ależ wali —Skoro oba zwaryowali.

Otwórz, Celio, otwórz, Lauro.

O mój Boże, pan powraca.

To Fabiusz.

Takiegoż sromuDoczekałem w własnym domu?

Ha! Już go tam szpadą maca.

Drzwi przeklęte strzaskam.

Amen.

Niech cię, pani, nic nie straszy.Ten, co tu pukał do bramy,Pewny jest; bać się nie mamyCzego.

Lisardo, opieceWaszéj cała się polecę,Oraz rycerskości waszéj.W twym domu będę bezpieczna.

Dobrze, lecz iść nam koniecznaZ przyjacielem mym, co czeka.

Z Feliksem?

Tak.

Czekaj, proszę!...

Boisz się tego człowieka?Prędzej, prędzej, męki znoszę.Feliks?

Kto tam?

Me nieszczęście!

Cóż to? — Jak się niepokoję! —

Zaledwośmy ja i paniZnaleźli się sami dwoje,Kiedy najniespodziewaniéjOjciec jéj wraca i pięścieNa drzwiach stępiwszy, drzwi łamieI wypada na mnie z bronią,Na szczęście światło zagasłoI ciemności nas osłonią.

Weź ją i unieś do domu;Gonić was nie dam nikomu,Zasłoniwszy swą osobą.Harbuza zostawię z sobą.

Harbuz z biedą się nie zwadzi.

Niech ją lepiéj odprowadzi,A my tu zostańmy oba.

Jakże tak damę zostawić?Nie, nie; z praw rycerstwa przecieNaprzód obrona kobiecie.Więc jeśli ci się podoba,Bądźże, Feliksie, tak grzeczny;Składam ją — sądzę — w bezpiecznéjRęce?

Tak, racyą masz może.

Ha, nareszcie w mojéj mocyMam cię dziś, Lauro!

— O Boże!

Ginę z gniewu.

— Ginę z trwogi.

Choćbym się winien nie żalićTwych łez, nie będę tak srogi.Jestem szlachcic, — chcę ocalić.

Gdzie nieszczęśliwsza nade mnie?

Z kogo los szydzi jak ze mnie?

Choć starcowi brakło sił,Siły jeszcze na skazanieHańby honorowi stanie.

Wstrzymaj, panie, twe zapędy,Bo mi nikt nie przejdzie tędy.

Ha, bezczelny! Szpadą sobieDrogę przez twą pierś wyrobię.

Masz, nieszczęśliwy Harbuzie,Skończyłeś szpiegi na guzie.

Feliks pewno już daleko.Nim poznają mię w téj hecy,Lepiéj może podać plecy.To nie podłość, lecz przezorność.

Zaczekaj, łotrze, zaczekaj.

Jaka zdrada i potwornośćZostawić tak... O ja bieden!

Jeszcze tutaj został jeden.

Więc nie czekaj, Lelio; — zabij!

Zatrzymaj się!

— Ktoś jest taki?

Nie zabijajcie sieroty!Jestem — niewczesny ciekawiec.

Rzuć szpadę! Ja was, łajdaki!...

Ależ chętnie, panie złoty!

Kapelusz, pochwę i szablę.Kapotę, ineksprymable.

Czy jesteś sługą nędznika,Co się wdarł tutaj?

— Tak, panie.I z tego wdarcia wynika,Że się mu pisze wcieranie.

Jak się zwie i skąd się bierze?

Lisardo — i jak żołnierzeWszyscy, jest obieżyświatem,A don Feliksa kamratem.

By nie zacząć od najlichszych,Nie zabijam cię.

— I słusznie.

By tę napaść wytłómaczyćI łotra w oczy obaczyć,Do Feliksa idę prosto.Jak kruchy honor i cnotaW domu, który ma dwa wrota!

Hola! Świateł tutaj. Prędzéj!

Niosę, niosę. A niech zczeźnie,Jak tu szukać światła we śnie?

Don Feliks z nią idzie; słyszę...Skryjmy się słuchać w tę niszę.

Teraz, ha teraz, niegodna,

Wyczerpałaś chyba do dnaMą cierpliwość.

— Mówi do niej.

Nic cię teraz nie obroni.Jesteś niewierna, okrutna,Zdradna, kłamczyni wierutna,Już mi chyba teraz w oczyNie powiesz, że mi się mroczy!

Ha, teraz widzę, już po mnie.

Tak, niezawodnie, to ona.Co dziś przyszła zakwefiona.

W méj mocy rada nieradaPoznasz, jak się płaci zdrada.Więc na to tyle cierpiałem,I na to tyle kochałemZ niehamowanym zapałemTę, co mi serce dziś kraje?

Czy nie słyszysz? Sam wyznaje,Że ją kochał. Ha, tyranie!Cierpliwości mi nie stanie.

Gdzie biegniesz?

— Krew mi się ciskaDo serca. Chcę słuchać zblizka.

Światła!

— Idę, proszę pana.

Gdy je przyniesie, co pocznę?

Nie odpowiadasz mi? Prawda,

Cóż odpowiesz, o widocznePrzeniewierstwo przekonana?

Gdyby znaleść gdzie ukrycie,Bo inaczéj stracę życie.

Nie uciekaj; dość mi zemsty.Ha, jak mię ta myśl zachwyca,Że wiesz, iż znam, żeś wietrznica.

Ciągle mię za tamte bierze.Niechaj miarka się przebierze;Nie mruknę, aż wniosą świecęI obaczy tę wietrznicę.

A, wyjdę z tego zamętu.Drzwi mego apartamentuTutaj: o asylum świete!

Pani Laura?

— Nie, nie Laura.To ty Sylwio?

— Tak jest, pani.

Jestem wreszcie u przystani.Zamknij te drzwi i uciekaj,Prędzej, prędzéj chodź, nie czekaj.

Niosę; ot co szybkość znaczy!

Postaw tu i stań przed drzwiami.

Co powie, gdy mię obaczy?

Jestem, Lauro, chyba z ludziSam jeden, co dla infamiiTakiéj ma dość cierpliwości.

Cóż to znaczy? To mię złości!Patrzy i ani się miesza!

Sam, co własną galantowiW jéj domu kochankę łowi.Mów, że cię krzywdzę, kochanie!

Ha, jaki to wybieg szczytny!Doprawdy, że jesteś sprytny,Mój bardzo cnotliwy panie,Bo widząc, że cię złapano,Gdy mię za rękę trzymałeś,Sądząc, że przemawiasz do tej,Co tu była wczoraj rano,Mnie się się teraz przypytałeś!

Ha, ha, tego tylko brakło,Byś ratując cnotę zblakłąPrzedstawiała się niewinnąTwierdząc, żem rozmawiał z inną!

A więc czemu się przerażasz,Jeśli prawda?

— Znów powtarzasz?Więc gdzie jest, gdzie jest ta druga?

Jeżeli dom z dwiema wrotyPrzyprowadza o kłopoty,To trudniéj ustrzedz pokoje,Które mają furtek dwoje.Uciekła.

— Lauro, na Boga,Idź, niech cię przede mną nie mam.Oszaleję, nie wytrzymam,

Bo mi rozum się rozplecie.Sam cię tu przywiodłem przecie.Wszak wiesz... twój ojciec... na dworze,U ciebie Lisardo... Boże!Słów mi brak.

— Otóż się mylisz...Ja na dzisiejszą noc całą —Już nie taję — powiem śmiało,Wzięłam Marceli mieszkanie,Chcąc wiedzieć, co się tu stanie.Ona...

— Prawdaż to? Mam wielkąChęć dowiedzieć się, — Marcelko!

Czego bracie? — (n. s.) Udać muszę,Bo inaczéj zgubię duszę.

Prawdaż to, siostrzyczko miła,Żeś Laurę dziś gościłaW nocy u siebie?

— Ja Laurę?Skądże? Prawda — jutro ranoByłam iść zdecydowanąDo niéj; ale ona u mnie?..!

Jak mi kłamiesz nierozumnie!Czym cię dzisiaj nie prosiła,Byś mi skryć się pozwoliłaW twem mieszkaniu — ty wzajemnie...

Chyba chcesz żartować ze mnie.Nie rozumiem, co powiadasz.

Widzisz, próżno się wykradasz

Wybiegami. Wszak MarcelaZ domu ruszyć się nie śniła,I do ciebie nie chodziła.

Cóż to? Nie poznaję ciebie!

Ha! Pierwsza miłość od siebie.

Gdy mię twa czelność ośmiela,Wyznam już wszystko. MarcelaU mnie...

— Pukają do bramy.

Otwórzcie mi, don Feliksie.

A, teraz prawdę poznamy,Bo twój galan, Lauro, wraca.

Lepiéj tak; mękę mą skraca.

Tak, tak; prawdę się wyśledzi.

Ach kto Lisarda uprzedziO mojéj strasznéj obawie?

Feliksie, późno się jawię,Broniłem, by cię nie gonił.Gdzieżeś moję damę schronił?

Tutaj stoi; ale raczéjNiż w twych rękach ją obaczę,Niż doznam, że się oddałaTobie, duszę wydrzyj z ciała.

Nigdy dotąd nie sądziłem,By szlachciców było znamięZawodzić tych niegodziwie,Co się zdali na ich ramię.Dama, którą ci zwierzyłem,Gdzie jest, proszę?

Twoja dama,Którą-m przywiódł? Toż ta sama.

Nie.

Ha! Cóż to jest, mój panie?Cierpliwości mi nie stanie.Dosyć tego.

O, ja biedna!

Jakaś się tu mimowiednaOmyłka zdarzyć musiała.Feliksie, tłómacz się jaśniej.

Plącze się tu coraz ciaśniej!Trzeba rozpleść. Don Lisardo,Czy to ta, o którą chodzi?

Ta sama. Cóż cię przywodziKazać jej, aby się kryła?

Przypatrz-że się, jak MarcelaZ domu ruszyć się nie śniła.

Ha! pierwsza miłość od siebie.

Przekleństwo! téj szpady ostrzeZada śmierć niegodnéj siostrze.

Lisardo, broń mię, bo zrani.

Siostrą jego jesteś pani?

Ha! Pomszczę się i nad tobą.

Wiesz, kto jestem i co znaczySzlachectwo; swoją osobąZasłaniam ją.

Nie inaczéj,Wiesz, kto jestem, ja i w domuMym spojrzeć na nią nikomu,Jak mężowi — nie pozwolę.

Więc przyjmij mą szczerą wolę;Chcę nim być.

To jego dom.Wejdźcie!

Ha! co to takiego?

To jest, don Feliksie, honor.

Ładny taniec się rozpocznie:Będzie gorąco i skocznie.

Gdzie jest pewien don Lisardo,Wasz towarzysz?

Tutaj stoję,Nigdy twarzy się nie bojęOdkryć.

Przepiękna zaleta!Lecz nie lubi też kryć grzbieta.

O zdrajco!

Wstrzymajcie, panie,Gniewu niepohamowanie.Jeśli czujesz się skrzywdzony,Do mnie żal twój obróć, proszę,Bo ja winę tu ponoszę.Laury zaś, jako méj żony,Bronię.

Gdy Laurę za żonęChcesz wziąć, wszystko złagodzone.

Za tę łaskę składam dzięki.Nie odrzucaj mojéj ręki,Lauro; domy o dwu wrotachW naszych miłosnych kłopotach,Dziwnemi powikłaniamiSprowadziły rozterk cały,Toż o domu z dwiema drzwiamiTu komedya się zamyka.