Doba pierwsza
Traducido del español por Karol Baliński
Kochankowie nieba
O! głowo ty moja, głowo!Z twoją władzą umysłową!Jakżeś ciasna, ciemna, mylna,Bezpojętna i bezsilna,Gdy nie możesz ni troszeczkiPojąć tej lichej książeczki,Którą przypadkiem, bez celu,Wyjąłem z pomiędzy wielu. —Nad nią jedną dni już tyleMyślę, męczę się i silę,Próżno myślę, próżno ślęczę,Na nic trudy i zgłębiania,Próżno silę się i męczę,Na nic wszystko! ani zdania!
Kiedy tak,... więc już uznajęCałą, mych zdolności małość;Lecz jeszcze mi pozostajeWola, praca i wytrwałość.Więc choćbym miał tę książczynęCzytać, męczyć, całe życie,Nie ustąpię, nie pominę,Aż zrozumiem należycie.Lub wezwę mistrza jakiegoSławnego z nauk, z rozsądku,Niech objaśni mię: dla czegoWciąż powraca do początku?Dobrze mówię: do początku,Boć to właśnie wyraz pierwszyOwych tajemniczych wierszy:„Na początku było Słowo.“Jeżeli Słowo jest mową,Dźwiękiem głosu, czy wyrazem,Toć już nie może zarazemByć początkiem, w żaden sposób —Boć mowy nie ma bez osób!...A tu nie powiada czyja!...I dalej tak rzecz rozwija: —„A Słowo było u Boga,Słowo samo Bogiem było,Wszystko z Niego się zrodziło;Słowo było na początku,Wszystko wyszło z tego wątku —
Bez Słowa nic się nie stało!“Cóż za labirynt zaklęty!I gdzie tu do wyjścia droga?Takie głębie i zamęty,Że ja, co już lat nie małoPrzemęczyłem, prześlęczałemNad księgami uczonemi,I świeckiemi i boskiemi,Nic a nic nie zrozumiałem!Nic a nic, z tej książki całejTakiej lichej, takiej małej!
„Na początku było słowo“....
Na początku!... i na jakim?...Czy gdy Jowisz, Neptun, Pluto,Dzieląc świat berłem trojakiemWładzę swoję ztąd wysnutąWznieśli nad świata budową?...Ten stał się panem na niebie,Drugi piekła wziął dla siebie,A trzeci zagarnął morze,A ziemię dali Cererze,Czas oddali Saturnowi,Ogień zaś MerkurjuszowiPowierzyli i Wenerze?...Nie! nie!... to nie o tej porze,Nie o tym mowa początku; —
Boć to prosto rzecz rozsądku,Że gdy niebo, ziemia, morze,Ogień, wiatry już istniały,Toć z czegoś powstać musiały!...Był więc już wprzódy początek,Zkąd te twory wzięły wątek.A więc nie o tym początkuJakimś następnym, podrzędnym,Tutaj mowa o bezwzględnym,Przed którym nic nie istniało,Z którego wszystko powstało,Wszystko zgoła, bez wyjątku.Jest więc już inna przyczyna,Nim się ten podział zaczyna,Jest już wprzód inny początek,Zkąd te twory biorą wątek....Tak;... a tym początkiem: siła,Która to wszystko sprawiła.Rzecz to jaśniejsza od słońca —Lecz ten wywód niema końca!Bo gdy przyczyna z przyczyny,Początek z początku płynie,Toć u szczytu tej drabiny,Na ostatniej jej wyżynie,Na wierzchołku tego wątku,U kresu tego zapasu,Choćby go najbardziej mnożyć,Muszę nareszcie położyć
Przyczynę już bez przyczyny,Początek już bez początku,Czas — bez czasu!...Tu kres myśli, jej potęgaDalej już na włos nie sięga. —A w tej księdze z każdym krokiemCoraz głębsza tajemnica;Wszystko ciemnieje przed wzrokiem,Rozum coraz mdlej przyświeca;Pod tych zagadek nawałemPojęcie i sąd upada,Co krok to nowe bezdroże; —Oto dalej cóż powiada?!„I Słowo stało się ciałem.“ —Słowo ciałem! — jak być może,Żeby Słowo, co w początkuW Bogu było, Bogiem było,Słowo co wszystko stworzyło,Żeby mogło stać się ciałem!O nieba!Nieba! serdecznie was proszę,Dajcie mi klucz tych tajemnic,Niech już raz wyjdę z tych ciemnic,Z tych męczarni, które znoszę!O ty! bóstwo niepojęteW swem istnieniu przedświatowem,Niezbadane w swoim bycie!Bogiem ty jesteś czy Słowem,Ty, coś jest samemu sobie
Początkiem i skończonością,Z którego wszystko poczęte,A przedwiecznie było w Tobie,Ty coś jestJeśliś jest życiem, światłością,Daj mi światło, daj mi życie!
Krisanto!
Krisanto!
DziwneDwa jakieś głosy tajemne,Czy jakieś uczucia ciemne,A całkiem sobie przeciwne,Twory bez duszy i ciałaCo fantazja wybujałaSama stworzyła i roi,Walczą z sobą w piersi mojej. —
Słowo o którem tu mowa,To Jowisz, — jego to słowa
Słuchają wszyscy bogowieW całego świata budowie.
Jowisz? więc to wyrażenieMa oznaczać jego tchnienie.
Słowo, co po całym globieŚwięta Ewangielja głosi,To Słowo wszystkiego w sobiePoczątek i koniec nosi.
Koniec zarazem z początkiem?Tego nie pojąć rozsądkiem.
On wziął na samym początkuRządy nieba sam, najwyższe,A reszcie bogów, w porządkuDał władzę nad tem, co niższe.
Boć sam jeden nie mógł przecieZarządzać wszystkiem na świecie.
Słowo było przed istnieniemPrzed nieba, ziemi stworzeniem,Bo samo się w sobie stałoWprzód nim z siebie czas wydało.
Czcij Jowisza przed wszystkiemi,Boga nad bogi naszemi.
Czcij Boga niepojętego,Przedwiecznego, jedynego.
Jowisz chwała nieskończona!
Bóg, pan ziemi i niebiosów!
Drzyj przed gromem jego ciosów!
Szukaj zdroju z Jego łona!
O! jakże okropne ciemnie,Jaki zamęt czuję w sobie!Dwa jakieś duchy w tej dobie,Zły i dobry, walczą we mnie.Obu wprost przeciwne zdania —Ten burzy, co tamten stawi,Jeden mię ku wierze skłania, —Drugi zwątpienie obudza...Ach! jak ta walka utrudza!I któż mię od niej wybawi!
Karpoforo mi nagrodziTe wszystkie trudy i znoje!
Jak dziwnie głos ten przychodziW straszne udręczenia moje,Jak szczęśliwie trafia w porę,W sam czas w moich wątpliwościach!A choć całkiem przypadkowoZabrzmiało to wielkie imię,To jednakże ja to słowoZa proroctwo sobie biorę.Bo ten Karpoforo w RzymieMistrzem był, i najsławniejszym
We wszelkich umiejętnościach,I ze wszystkich najbieglejszym,A dziś ciężko podejrzanyO wspólnictwo z chrześcijany,Uszedł cesarskiej pogoni,I tu, jak mówią, się chroni,W skalistych grotach się kryje,Gdzie tylko dziki zwierz żyje.On mi światła nie poskąpi,On mi rozjaśni tę ciemnię,Lecz póki to nie nastąpi,Myśli straszna, co tajemnieDręczysz mię wciąż przez dni tyle,Dozwól odpocząć na chwilę,Opuść mnie, odstąp odemnie —Niech ożyję! —
Mój pan sobieZ wiatrami rozpoczął waśnie.
Niech wejdą wszyscy dworzanie.
Krisanto! synu! co tobie?
Jakto? ty tu byłeś panie?
Nie byłem, lecz wchodzę właśnie,Wbiegam cały przestraszonyTwoim krzykiem — i to w chwili,Gdy tak jestem obarczonyWażnemi państwa sprawami.Oto z woli NumerjanaCesarza mego i pana,Mam rzecz skończyć z chrześcjanami,Co się w te góry schronili,Których głową i podporąI mistrzem, jest Karpoforo.Dla tego to tyle razyPowtarzam one wyrazy:Karpoforo mi zapłaciWszystkie te trudy i znoje.Lecz cóż znaczą krzyki twoje,I ten smutek w twej postaci?...Z kim gadałeś?
Z nikim panie.Tak mię zajęło czytanie,I przyszła mi chętka nowaW głos mówić czytane słowa.
Ten smutek co wzrok twój chmurzy,Porzuć synu, bo źle wróży. —
Czyż człowiek sam z sobą możeRozmawiać tak zapalczywie,Że aż przestrasza prawdziwie,Jak nas przestraszył w tej porze.
Z takiem uczuciem musiałem...
Wymówka tu nic nienada. —Źle jest kiedy życiem całemJedna namiętność zawłada. —Że czas trawisz nad książkami,To nic złego, to mię cieszy;Lecz ten pociąg zbytkiem grzeszy,Gdy rozrywa węzeł z nami.Pamięć twoja o nas ginie,Pozrywałeś związki bliźnie; —Nicżeś nie winien rodzinie,Ojcu, krewnym i ojczyznie?
Jak być może by młodzieniec.
Istny niebios ulubieniec,Obdarzony szlachetnością,Urodą i walecznością,W najpiękniejszej życia dobieŻył zamknięty w samym sobie,I w odludnem pomieszkaniuNajwonniejsze wieku chwile,Darów tyle, skarbów tyle,Marnotrawił na czytaniu!
Czyż nie jesteś Rzymianinem,Czyż nie jesteś moim synem!Patrz, z łaski ImperatoraPosiadam najwyższe względy,Urząd nad wszystkie urzędyRzymskiego Gubernatora;Czyli, bo to idzie za tem,Rządzę dzisiaj całym światem.Bo jako pierwszy senator,Jako Rzymu GubernatorMam władzę, bo mi jest dana,W całem państwie Numerjana.Czyż niewezwał mię łaskawieZ Alexandrji, zkąd pochodzę,I zkąd blask rodu wywodzę,Bym pospołu z nim, piastowałCiężar berła i korony?
A kiedy przed nim się stawię,Jak publicznie mię przyjmował,Jaki mi hołd uczyniony!W zapłatę trudów i męstwa,Za zasługi, za zwycięstwa,Pióro dzierżę i miecz nagi,Najwyższej znaki powagi.I na cóż ta moja chwała?I na cóż ta świetność cała,Ten przepych prawie bez granic?By syn mój, dziedzic jedyny,Wszystko to miał sobie za nic!
Panie, twoje posądzenieWielkim mię przejmuje smutkiem.To moje odosobnienieNie jest niewdzięczności skutkiem.Ja z natury pragnę ciszy,A wstręt mam ku wszelkiej wrzawie,Samotny, bez towarzyszy,Nie nudzę się, owszem, bawię.Pocóż każesz mi uganiaćZa tem co jak najmniej cenię?Przestań, panie, mnie nakłaniaćDo tego co mi niemiłem;Smutek mój przeminie z czasem,A gdy minie, to z hałasem
Rzucę się w te świata blaski,Po zaszczyty i po łaski,Na które nie zasłużyłemŻadnym własnym moim czynem,Jeno żem jest twoim synem. —
Czyż nielepiej w życia wiośnieUżywać rozkoszy świata,Niż marnować młode lataTak samotnie i żałośnie? —
Najlepiej w całym tym sporzePrzypowiastką, rzecz wyłożę.W pewnem mieście malarz lichyKupił mizerne domisko,Jak gdyby na pośmiewisko,I rad z siebie, pełen pychy,W skok do przyjaciela wpada,Przywodzi go i powiada:(Przyjaciel też to był taki!)Krótko mówiąc ladajaki.Cóż? mówi — wszak nędzna buda?Ale ja z nią zrobię cuda.O! bo ja się znam na dziele!Niechno tylko go pobielę,A następnie pomaluję
Własną, moją ręką, wszędzie,Po mojemu, jak pojmuję,Zobaczysz, prześliczny będzie!A ów śmiejąc się odrzecze:„Będzie, mówisz? ha! nie przeczę;Jam jednak tego pewniejszy,Że gdybyś wprzód malowidłoDał, a następnie bielidło,To byłby jeszcze piękniejszy.“Otóż takie moje zdanie,Pozwól mu malować, panie,A na takie malowidłoLepiej przypadnie bielidło;Boć i lichy malarzynaDobry, gdy w porę poczyna.
Więc, jak żądasz tak się stanie.Wolę twoją tak wypełnię,Że sam wkrótce przyznasz panie,Iż zmieniłem się zupełnie. — (odchodzi.)
Klaudjuszu, serce mnie boliWidzieć syna w takim stanie.Ten smutek, to zadumanie,Boję się, aby powoliNie wzrosły aż do szaleństwa.
Dwojaki łączy was związek,Przyjaźni i pokrewieństwa,Masz więc święty obowiązekWywiedzieć się o przyczynie,Zkąd ten jego smutek płynie,Bym mógł działać w tej potrzebie.Z mej strony zapewniam ciebie,Że choćby się pokazało,Że przyczyną tego całąJest miłość, — co w jego porzePono najprędzej być może,Nie zrazi mię to odkrycie;Bo patrząc na jego życie,Na ten smutek utajony,Może byłbym ucieszony,Wiedząc, że boleść dziecinna,I że przyczyna nie inna....
Pewien kapłan ApollinaMiał po bracie dwóch chłopaków,Wielkich urwiszów, łajdaków;A wiedząc, jak miłość zmieniaTchem swoim wszystkie stworzenia,Jaką im słodycz nadaje,Rzekł im tylko, ot, dwa słowa:Zakochajcie się hultaje!I nic zgoła nie rzekł więcej.
Otóż, miłościwy panie,Takie jest i moje zdanie.A choć to rzecz niegotowa,Postaram się najgoręcejUczynić twej chęci zadość,Sprawić panu taką radość. —
Wstrzymaj się w twoim zapale,Ja tego nie pragnę wcale,Bo to całkiem inna sprawa,Że się po czynie, przystawa,A inna, chcieć by się stało.Różnica tu jest niemałą. —
A ja przyrzekam ci, panie,Z mej strony wszelkie staranie,By dojść jaka jest przyczynaTej boleści twego syna,A potem, wciąż z nim przebywać,Zabawiać go i rozrywać. —
Otóż to jest, czego życzę.A gdy z woli NumerjanaCesarza mego i pana,Mam iść za chrześcjanami,
Zbiegami, bezbożnikami,W ich kryjówki tajemnicze,Jednę ulgę biorę z sobą,Że ty nad nim każdą dobąCzuwać będziesz.
Nieprzerwanie,Wciąż będę przy jego boku,Nieodstąpię ani kroku.
Aureliuszu!
Jestem panie.
Czy z pewnością znasz te góryI kryjówkę Karpofory?
Z pewnością zaręczyć mogę,Że go schwytam.
A więc w drogę!Prowadź, tylko mądrze, skrycie. —Wszyscy, których z nim ujrzycieNiech giną! śmierć bez litości!
Bogowie, co z wysokościNiebieskiej, jasno widzicieZ jak gorącą, usilnością,Nabożeństwem i miłościąStawam w waszej czci obronie,Tępiąc ten bezbożny, nowy,Straszny zakon Chrystusowy,Niech wasze wszechmocne dłoniePolepszą stan mego syna!To mi nagroda jedyna.
Idźże zaraz EskarpinieDo Krisanta z temi słowy:Żeby zaraz w tej godzinieDo podróży był gotowy.Bo go wezmę, pojedziemy,Wesoło się zabawiemy.
Gdzież to ma być ta zabawa?Bo to dziś niełatwa sprawa.
Na Salaryjskim gościńcu,Tuż za Rzymem, jest świątnica.Co piękności ma stolica,Wszystkie w świątyni dziedzińcuZbiegły się, sławne wdziękami,Świetne rodem, przymiotami,I tam obrały siedlisko.Każda z nich tu pełni służbyDo chwili miłośnej drużby,Gdy już za serca potrzebąIdąc, inne śluby wyzna.Jest to wdzięków zbiegowisko,Jest to piękności ojczyzna,Jest to wszystkich bogiń nieboA gdy Minerwa zarazemPod mądrym swoim rozkazemMa i lasy, więc w gęstwinie,W cudnym gaju, na ustroni,Ołtarz ku jej czci jedynieOfiarne kadzidła roni.Tamto, każdego wieczora,Najpiękniejszych nimf gromadyZdążają, — i jest to pora,W której wolno jest młodzieżyZalecać się, jak należy.Otóż rozważywszy ściśle,Tam go dziś wprowadzić myślę.
Ja tej myśli nie pochwalę,I nie potwierdzam jej wcale,Bo to dla mnie oczywista,Że piękności te zaklęte,Wciąż strzeżone i zamknięte,W których wysokim urzędzie,Myśl, choćby najbardziej czysta,Jeszcze niegodną ich będzie,Nie mogą bólu ukoić,Takich smutków uspokoić.Więc lepiej je zaniechajmy,A wprost do Rzymu zdążajmy,Kędy są lepsze piękności,Przystępne, z ciała i kości. —
Mowa niegodna człowieka!Kochać się w takiej kobiecie,Której przeczysta powiekaTylko przyszłe losy waży,Wyśledza wyroki Boże;To mi szczęście! i na świecieWiększe szczęście być nie może!
Ależ ja tylko mówiłem,Że byłoby lepiej, panie
Bo to widzą nawet ślepi,Że jest dobrze — i jest lepiej.Znać ciemno się wyraziłem,Przykład niech za dowód stanie.Pytała raz matka synka:Wybieraj chłopcze co wolisz,Tu są jaja, a tu szynka.„Daj szynkę matko, lecz wprzódyZjem jajko jeśli pozwolisz.“ —Cóż? czy niejasne dowody?Rzeczą jest mądrą i zdrową,Mieć razem i to i owo. —
Jak mogły bogów wyrokiPopełnić błąd tak głęboki,Połączyć przez związki dziwneSkłonności tak wręcz przeciwne!
Co widzę? Cintia! tak, ona!Cintia moja ubóstwiona!Ach! nie pragnę szczęścia więcejJeno czcić ją potajemnie,Kochać ją coraz goręcej,Chociażby nigdy wzajemnie! —
Niesiesz arfę?
Tak jest, pani.
Dajże mi ją, niechaj na niejW tym pełnym rozkoszy gajuW jego szmaragdowym maju,W jego rubinów purpurze,W którą ubrały go różeI rozlicznej barwy kwiaty,Ścieląc kobierzec bogaty,Różnobarwny, różnowzory;Niech na tym kobiercu wiosnySpróbuję nóty miłosnejDo piosenki, której słowaWczoraj Cintia napisała.
Jakaż tej pieśni osnowa?O czem mówi?
Treść jej cała
Jest to słowik na jaworze,Co sam z sobą w rozhoworzeWyśpiewywa swoją dolę,Miłości rozkosz i bole.
Gdy Minerwy służebnice,Pełne wdzięków uczennice,Wybiegły tam ku zabawie,I rozbiegły się po łące,Po niskiej, poziomej trawie,Jakby róże woniejące,I znikły całą drużyną,Między tych gajów gęstwiną,Które w swoim blasku nowym,W mnóstwie wdzięków niezliczonemSą kwiatów niebem zielonem,Gwiazd namiotem lazurowym;Ja tymczasem tu usiędę,I w tej ciszy nieprzerwanejZ Owidjusza czerpać będęLeki na miłości rany. —
Chloro, słuchaj, będę śpiewać.
Dobrze; któżby śmiał przerywać.
Słowiku, co pełen lubościPieścisz się rozkoszą miłości,Jakąż zazdrością przejmujesz mnie!mię!Lecz nie! bo śpiew twój radośnyJutro śród skargi żałosnejW rzewnej rozpłynie się łzie!
Jakże ja ci podziękuję,Nisido, za twoje pienie?!Od dziś tak dumną, się czuję,I sama wyżej się cenię.A duma to nie jest pusta,Jest ona uzasadniona:Pieśń to już nie ladajaka,Kiedy ją śpiewaczka taka,Tak gienialne nócą usta.
Tyś to gienjusz niesłychany,Piękna Cintio! niezrównany!I wierz mi, bo to rzecz pewna,Że na siebie jestem gniewna,Żem wiecznie nie zamilczała,Żem arfy nie roztrzaskałaRaczej, niżeli daremnieKusić się i tak nikczemnie
Zbiorem niedołężnych dźwiękówKazić pieśń tak pełną, wdzięków.Lecz gdzież to zdążasz w tę stronę?
Korzystając z samotności,Chciałam tu sobie w cichościCzytać, a w tem niespodzianieUsłyszałam twoje granie.Magnes to, którego siłaAż tu mnie doprowadziła.Lecz przez twego śpiewu wdzięki,Jakże muszą być zaklęte,Czarowną mocą ujęte,I szemrzących źródeł dźwięki,I wstrzymane tam u góryHarmonijne ptasząt chóry!Czy nie mogłabyś raz jeszczePowtórzyć twojego śpiewu?Pozwól, niech się nim napieszczęŚród radości i podziwu —Jeśli to nie jest natrętnie....
Owszem, owszem, bardzo chętnie.
Jak wesoło, z jaką chlubą.Śpiewasz miłośny słowiku!
Jak się pieścisz z twoją lubą,Rozkosznisiu, w twym gaiku.Zazdrością przejmujesz mię!Lece nie! bo śpiew twój radośnyJutro śród skargi żałosnejW rzewnej rozpłynie się łzie.
Przestań już, przestań, Nisido!Bo w tem miejscu takie pienieW każdym wznieca oburzenie,A ciebie kryje ohydą,I godność twoją poniża,I bogom samym ubliża.Czem jest zazdrość? czem kochanie?Że śmiesz o nich tutaj śpiewać,I spokój tych miejsc przerywać.Czyż nie wiesz, że to DianieLas ten dany jest w ofierze,A bynajmniej nie Wenerze.Czyż nie widzisz nieszczęśliwa,Że to jest zbrodnia prawdziwa,Obraza Minerwy chwale,W świątyni bóstwa mądrościNócić hymn na cześć miłości!Ale nie dziwię się wcale,Pojmuję wszystko w tej dobie,Gdy Cintię widzę przy tobie.
Czemuż to tak? niech się dowiem.
Kiedy pytasz, to ci powiem.Boś ty cały dzień od ranaW świeckich książkach zakopana;Niemi żyjesz, niemi dyszesz,Wiersze czytasz, wiersze piszesz,Puste, czcze niemiłosiernie,Lecz tobie miłe niezmiernie.Cóż? może nieprawdę mówię?Może mnie o dowód spytasz?Więc na uczynku cię złowię —Pokaż książkę, którą czytasz.
Książka to jest naukowa,Owidjusza to są słowa,O lekach na ciężkie rany,Na ból przez miłość zadany.Niechże się Darja przekona,Jak mylnie jest uprzedzona.Ja czasu nie marnotrawię,Ja uczę się, a nie bawię.Kto lekarstwa wyszukuje,
Ten się zbroi przeciw złemu,I bolu ten nie miłuje,Kto chce walczyć przeciw niemu.
Słowa przez Cintią rzeczoneI mnie służą za obronę.Rozczarowania i żaleŚpiewałam, nie hymny wcale.
Leków i rozczarowaniaSzukacie zarazem obie;A to samo już odsłania,Że ból już czujecie w sobie.Bo kto odczarowań czeka,Świadczy, że jest zczarowany,A kto w lekach się zacieka,Że cios już mu jest zadany.Któż się troska o doktory?Żaden zdrowy, tylko chory;Niesłychana do tej dobyPragnąć leków bez choroby.Więc słusznie wam się naganiaŚwiatowa wasza nauka,I tej, co rozczarowania,I tej, co to leków szuka.
Zatrudnienia przypadkoweSą to rzeczy dodatkowe;Po za niemi się ukrywaCel główny i myśl prawdziwa.Pójdźmy dalej; w całym świecie,Czyż mi kogo wynajdziecie,Coby całej swojej siłyNie łożył na przedmiot miły,Na jakiś cel ulubiony,Ponad wszystko wyniesiony.Ten to różny pociąg duchaTworzy tę różność zawodów,Co jak ogniwa łańcuchaTworzą treść państw i narodów.Z tej to różnicy wypływa,Że duch Nisidy spoczywaCały w śpiewie, mój w pisaniu,A twój w onem uwielbianiu,Z jakiem lubujesz się sobieW własnych wdziękach, w każdej dobie.Lepszeż to jest zatrudnienieNad własne doskonalenie?Któż z nas tedy wyżej stoi?I zkąd powód pychy twojej?Byłże poranek na niebie,Któryby nie zastał ciebieZ pochyloną dumnie skronią
Po nad zwierciadlaną tonią,Wpatrującą się ciekawieW własnej postaci odbicie,Oddającą sobie skrycieCześć taką, jak bóstwu prawie!Teraz wróćmy do zasady,Do początku naszej zwady.Otóż Darjo, twoja winaWiększa od naszej nierównie,Bo jest tu skryta przyczyna,Która tobą rządzi głównie.Kto się tak pilnie przyglądaWłasnym wdziękom w każdej dobie,Ten niezawodnie pożądaWzbudzić w kim miłość ku sobie.
Obwiniasz mnie nadaremnie —Gardzę takiemi zamiary.Tak daleko są odemnieMiłosne myśli i mary,I tak je nisko uważam,Nie przez cnotę, lecz dla pychy,Tak daleko jest, powtarzam,Miłość od tej piersi cichej,Że z wszystkich Jowisza trudów,Z wszystkich jego ręki cudów,Rzecz najbardziej niepodobna
TuTa byłaby bez wątpienia,Gdyby z miłości płomieniaChoćby tylko cząstka drobna,Choćby w najmniejszej iskierce,Wkraść się mogła w Darji serce.Bo w jednem tylko zdarzeniuMiłość rozpali to łono,Gdy w dumy mojej pragnieniuZostanę zaspokojoną. —
Mów jaśniej, bo nie pojmuję.
Gdy kto tak mię umiłuje,Że z miłości ku mnie skona,Wtedy dopiero zwalczonaMiłości siłę poczuję;Ku niemu po jego zgonieSerce to żarem rozpłonie.
Wymysł dziki! niepojęty!Jakież miłości zachęty?I cóż mu z twojej nagrody,Kiedy musi umrzeć wprzody?
Duma to tylko szalonaDo szczytu doprowadzona,Pycha straszna, któż nie przyzna?Bo czyż był kiedy w przeszłości,I czy być może mężczyzna,Któryby umarł z miłości!
A więc, w takim rzeczy stanie,Gdy prawdą, jest twoje zdanie,Pójdę dalej moją drogą —Nie będę kochać nikogo,Lub tego tylko jedynie,Kto z miłości ku mnie zginie.
Z tak dumną mówić nie można,Wszelka tu odpowieźodpowiedź próżna.A więc najlepiej zrobimy,Gdy do swego powrócimy:Ja, jak wprzódy do czytania —Ty Nisido do śpiewania.Niech gada, cóż to nam szkodzi,Duma jej już w szał przechodzi.
A więc wracajmy bez gniewuTy do książki ja do śpiewu.
A ja? cóż uczynię przecie?Gdy wy pracować będziecie,Chcąc dowieść, jak wzgarda waszaObchodzi mię i przestrasza,Obok nad zdrojem usiędę,I w niemw nim przeglądać się będę.
Słowiku, co pełen lubościRozgłaszasz słodycze miłości,Jakąż zazdrością przejmujesz mię!Lecz nie! bo śpiew twój radośnyJutro śród skargi żałośnéjW rzewnej rozpłynie się łzie.
I cóż? czyż cię nie zachwycaTa prześliczna okolica?
Ach! któryż artysta, który,Sprosta tym cudom natury!Ze wstydem to ci wyznaję,Pierwszy raz zwiedzam te gaje.
Ten las u świątyni progów,Toć to ziemski Olimp bogów.
Albo ta łąka zielonaPod tym lasem rozciągniona,Albo to miejsce w dolinie,Gdzie jakieś nimfy, boginie,Których dźwięk taki uroczyZabrał nam serca i oczy.Jedna wiersze czytająca,Druga pieśni śpiewająca,A trzecia wdzięcznie schylonaBez myśli, a zamyślona,Dawała do zrozumienia,Że kobieta mieć nie możeNic lepszego do czynienia.Jak być piękną w każdej porze.
I prawda! — ja w życiu całemRównie pięknej nie spotkałem.
A gdyby też, ot, w tej dobie,Była ci rzecz dozwolonaWybrać którą z tego grona,To którąbyś wybrał sobie?
Niewiem; bo tych dziewcząt trojeZabrało pod władzę swoję
Trzy wielkie siły, przez które,Jak gdyby przez czar uroczy,Despotycznie biorą górę,Więżą myśl i słuch i oczy.Tej śpiew słodycz w serce wlewa,Ta co czyta myśl porywa,Ta milczy ufna w swej sile.Lecz jej piękność mówi tyle!A więc rozważywszy ściśle,Żadnej ubliżać nie myślę.U tej wielbię wdzięków siłę,U tej głosu dźwięki miłe,U tej dowcip i natchnienie —Jak należy wszystkie cenię;Lecz gdyby wyrokiem niebaWybierać było potrzeba,Nie dbając co ludzie rzekną,Wybrałbym...
Którąż?
Tę... piękną.
Doskonale! doskonale!Taki wybór i ja chwalę.
Bo choć sztuka ma znaczenie,Choć naukę wielce cenię,Najważniejszą, cnotą przecieJest zawsze: piękność w kobiecie.I dowiodę tego łatwo.Kłócił się lis z kuropatwą.Lis przechwalał się z mądrości,A kuropatwa z piękności.„Tyś tak głupia kuropatwo,Że każdy łowi cię łatwo.“Na co ta lisowi rzecze:„Mądrości tobie nie przeczę,I że w porównaniu z tobąNie mądrą jestem osobą.A jednakże u każdegoPrawdziwego myśliwego,Co się dobrze zna na cenie,Większe niż ty mam znaczenie.“
Chloro, weź arfę, bo słyszęJakiś szelest za drzewami,Rzućmy prędzej to zacisze,Ktoś tu skrył się za krzakami,Wstyd mi, ci ludzie tam staliI skrycie podsłuchiwali.
Klaudiusza z dala poznałam,Lecz udam, że nie widziałam,Pójdę niby zamyślona,Cała w książce zatopiona,Dumać w samotnej ustroni.Czy też on za mną pogoni?Jeżeli nic nie wybawiaZ bolu, który miłość sprawia,To na cóż zda się czytanieOwych lekarstw na kochanie?
A ja tu zostanę sobie,Nie nudno mi w tej zaciszy,Bo mi wszędzie, w każdej dobie,Piękność moja towarzyszy.
Krisanto, wybór twój razemZasmuca mnie i raduje;Okazałeś tym wyrazem,Że ci się nie podobałaTa, która wiersze czytała,I to mnie smutkiem przejmuje;A gdybyś był ją pochwalił,I wybrał z tych dziewcząt grona,
Byłbyś mnie gniewem zapalił,Jad zazdrości wlał do łona. —Gdy więc żal przez cię wzbudzonyTak jest z wdzięcznością złączony,Łączmyż razem nasze losy,Niech nas wiodą serca głosy.Ja biegnę za bóstwem mojem,Ty uderz do twojej damy,Co jeszcze duma nad zdrojem,A potem tu się spotkamy.
W tak szczególnym jestem stanie!Takie w myśli zamięszanie,Taką dziwną czuję trwogę,Że poznać siebie nie mogę!Od chwili, w której ujrzałemPiękność tę tak doskonałą,Nieznanym płonę zapałem; —Babilonem głowa moja!Serce zburzone jak Troja!
Toż samo ze mną się stało.Gdy tę piękność zobaczyłem,Całkiem przytomność straciłem.
Ty głupcze! jestżeś ty w stanie,Ty, czuć moje niepokoje?
Ja tego nie mówię, panie,Czuję tylko własne moje.
Porzuć tę błazeńską sztukę!Precz! przez wszystkie bogi w niebie!Bo cię tu na śmierć zatłukę!
Idę już, bo w tej potrzebieNie mogę sobie zawierzyć,Czy mógłbym zazdrość uśmierzyć.
Przebacz, że pytać się ciebieOśmielam, kto jesteś, pani?Czy Aurorą na tem niebie,Czy Palladą tej przystani,Junoną tych gór skalistych,Czy Florą tych łąk kwiecistych?
Bo chciałbym wiedzieć sposoby,Których używać należy,Mówiąc do twojej osoby.Lecz nie, po co? mówiąc szczerzej,Już pytania nie powtarzam,Bo kiedy głębiej rozważamPiękność twoję niesłychaną,Doskonałość niezrównaną,Widzę jasno żeś bogini,A z bliskości tej świątyni,Co twojej chwale oddana,Zgaduję, żeś jest Diana.
Gdy ty dla mówienia ze mną,Kto jestem, pragnąłbyś wiedzieć,To z otwartością wzajemnąMuszę tobie odpowiedzieć,Że jam wcale nie ciekawaWiedzieć, kto ty jesteś, panie;Bo na takie zapytanie,Bez względu, kto je zadawa,Odpowiadam tylko wzgardą,Tak dumną jestem i hardą.Wierz mi, bo mówię to szczerze,Więc chciej odejść kawalerze,Chcę być samą w tej ustroni,Jak byłam nim wszedłeś do niej.
Wyznaję, że zasłużyłemNa karę tak sprawiedliwą,Za błąd, który popełniłem,Pytając, kto jesteś pani;Bo ktokolwiek jesteś zgoła,Piękność twoja tak prawdziwą,Blask taki bije ci z czoła,Że każdy w powinnej daniMusi tobie się ukorzyć,Hołd miłości musi złożyć.
Głos taki jest mi tak dziwny,Tak mi się zdaje przeciwny,Że choćbym kiedy kochała,A wiem, że to być nie może,To nawet, nawet w tej porze,Jeszczebym go nie słuchała,Jeszczeby ta pierś zdumionaPozostała niewzruszona.
Więc wcale cię nie obrażę,Że się powtorzyć odważę,Gdy głos ten tak obcym czujesz,Że choć słyszysz nie pojmujesz.
Przeciwnie, bo choć to słowo,Ten głos, dla mnie rzeczą nową,Choć go wcale nie pojmuję,Lecz zuchwalstwo odgaduję.I chociaż już zapomniałamZaraz, gdy słyszeć przestałam,Powtorzone takie słowoZnów mnie obrazi na nowo.
Jakto? jużeś zapomniała?
Tak jest.
To rzecz niepojęta!O dolo moja przeklęta!Głos miłości!... toć to strzała,Cios śmiertelny, najdotkliwszy,Wszak to piorun najstraszliwszy!
Tak, lecz piorun nic nie szkodzi,Jeżeli w próżnię ugodzi,Gdy mu nic w drodze nie stanie.
A to jak?
A to tak, panie.Gdy grom wpadł jednemi drzwiami,A drugie są otworzone,To nie drażniony oporem,Nie wstrzymany przeszkodami,Pójdzie sobie prostą drogą,Wyjdzie tym drugim otworem,Nie uszkodziwszy nikogo —I domostwo ocalone....Tak samo piorun miłości,Gdy otwarte miałam uszy,Nie zapalił mojej duszy,Zostawił mię w spokojności.Bo przeleciał sobie duchem,Wpadł jednem, znikł drugiem uchem.
A jeżeli wyjścia niema?To grom w miejscu się zatrzyma,I póty nie pójdzie dalej,Aż wszystko zniszczy i spali.Więc serce moje zranioneZe szczętem będzie spalone,Bo żadnego wyjścia niemaDla gromu, co wpadł oczyma.
Gdybyś był słyszał, mój panie,Naszą, rozmowę tajemną,I moje szczere wyznanie,To zamiast rozmawiać ze mnąWolałbyś gdzie w oddaleniuByć pogrzebanym w milczeniu.
Cóż to było?
Już nie pomnę;Myśl to którą w duszy noszę,Postanowienie niezłomne,Rzucone śmiało i dumnie.
Niechże wiem, powtórz mi, proszę.
Że ten tylko, ten jedynieW sercu mojem nie zaginie,Kto umrze z miłości ku mnie.
A temu, który tak skona,Miłość twoja zapewniona?
Może być pewnym wzajemnie.
A więc przyjm słowo odemnie,Bo przysięgam tobie szczerzeŻycie złożyć ci w ofierze.
Zostawże mię w spokojności,Póki nie umrzesz z miłości.
Gdzież pierś, coby w jedną chwilęCzuła w sobie ciosów tyle!Gdzież serce, co na raz zmieściTyle walk, tyle boleści!Mnież to, mnie, jedna dziewicaTak czaruje, tak zachwyca,Że już dla niej zapomniałem,Czego tak chciwie szukałem!Jakiż szał i letarg razem,I jakiż to czar uroczySwoim niebiańskim ukazemWlała mi w duszę przez oczy!Cóż to za bóstwo nie rade,Bym doszedł tajemnic wielu,Zawartych w tej księżce dziwnej,
Stawia mi w drodze zawadę,Podsuwa pociąg przeciwny,Żeby mię odwieść od celu.Lecz nie! nie! namiętność żadna,Niech jak chce gwałtowną będzie,Nie będzie tak samowładna,Całego mnie nie posiędzie!Cóż, że jednej gwiazdy siłaDo pokłonu mię zmusiła,Toć się przez to nie złamałem,I nie złamię się w pokłonie,Gdy przed drugą schylę skronie.Wolny jestem sercem całem!Więc wbrew pięknościom, co kuszą,Do wznioślejszych wracam bojów,Co mocniej miotają dusząOd miłosnych niepokojów.A gdy teraz Klaudjusz całyZajęty swoją miłością,Udarował mię wolnością,Odszedł wraz z swoim służącym,Pójdę pomiędzy te skały,Co tak wieńcem siniejącymLas ten w krąg pozamykały.Tam w pieczarach chrześcijanieKryją się, biedni zbiegowie,Zbliżę się do nich, a możeDowiem się o Korpoforze.Karpoforze.
Bo tylko on sam jest w stanieSkończyć moje udręczenia,Wrócić spokój mojej głowie.Otóż i pustynia głucha,Ni śladu żywego ducha,Jakiś labirynt tajemny,Coraz bardziej dziki, ciemny.Natura pracy tak małoW tem miejscu zadała sobie,Jakby jej się podobałoPokazać, że w każdej dobiePiękna, choć jej się nie chciałoUżyć stroju ku ozdobie. —Promień słońca ledwie możePrzedrzeć się w tę ustroń ciemną,Taka puszcza i bezdroże,Ani śladu ludzkiej nogi,Nikt tu nie błądził przedemną.Lecz dojść muszę choć bez drogi.Ha! tam u brzegu strumyka,Co ze skał bijąc na skałyBłyska, miga i przemyka,Jasny, lśniący, śnieżnobiały,Widzę — kościotrup prawdziwy...Niby trup — a jednak żywy.Ruch zaledwie dostrzeżonyZnać daje, że ożywiony,I odróżnia go od głazu
Na tle tego krajobrazu.Zacny starcze! co w tej stronieUschłej pod śmierci powiewem,Sam jesteś żyjącem drzewem...
Biada mi! jakiś poganin!
Nie bój się, bo choć Rzymianin,Ja ci nic złego nie zrobię.
Czegóż chcesz dziwny młodzianie,Nie lękam się, jest coś w tobie,Co obudza zaufanie.
Wskaż mi, proszę cię serdecznie,KtóraKtóra tu z tych skał straszliwych,Co do koła nas ze swemiPaszczami rozdziawionemiStoją łaknące odwiecznie,Jak grobowce ludzi żywych:Która tu podziemna noraJest schronieniem Karpofora?Bo chcę z nim mówić koniecznie.
Ufam ci, mówię bezpiecznie,Jam jest.
Ojcze! daj prawicę.
Z całej duszy, chłopcze mężny.Twój uścisk, twoje źreniceOdmłodziły serce moje,Jak winogradu powojeWieńczące pień niedołężny.A kto jesteś?
Moje imięKrisanto; — ojciec mój w RzymieJest najpierwszym senatorem,I miasta gubernatorem.
Cóż ciebie do mnie sprowadza?
Stojący źle się naradza.
Prawda — tak się zagadałem,Że cię prosić zapomniałem.
Więc wejdźmy tu w moją grotę.Siądźmy.
Teraz mówmy śmiało.
Od dziecięctwa mam ochotęDo nauki, i nie małoRóżnych ksiąg już przeczytałem.Lecz przypadkiem napotkałemJednę taką, że nie mogęZrozumieć jej żadną miarą.A więc z ufnością i wiarąDo ciebiem się wybrał w drogę,Bo zdawna znam twoje imię,Wiem, że jesteś w całym RzymieMędrcem, mistrzem nad innymi,Więc o pomoc twoją proszę,I książkę z sobą przynoszę.
Pokażże ją, zobaczymy.
Patrz pierwszą kartę z porządku,Bo to właśnie na początkuJest trudność, której nie możeMój rozum sprostać.
O! Boże!Toć to Ewangielja święta!
Co to? całujesz tę księgę?Jakąż musi mieć potęgę!
Tak; — i czoło przed nią chylęW proch ze skruchą najgorętszą,Na znak czci, którą przejętaJest dusza moja w tę chwilę,Gdy tę księgę przenajświętsząImam dłońmi niegodnemi.
Cóż to za księga być może,Co tak cię chyli ku ziemi?
Ewangielja, — Słowo Boże,Najwyższe ustawy Pańskie,Nasze prawo chrześcijańskie.
Więc na nic moje ofiary,Moje trudy i boleści!
A to czemu?
Bo w jej treści,Jak od dawna słyszę zawdy,Nic innego się nie mieści,Jeno tajemnicze mary,Jakieś uroki i czary,Same fałsze.
Same prawdy.
Co mówisz? jak to być może!Patrz sam, gdy księgę otworzę,Zaraz najpierwszy z jej wierszyJest zarazem fałsz najpierwszy.Oto mówi: „na początkuByło Słowo, a to SłowoW Bogu było, Bogiem było.“I dalej z błędnego wątkuWywodzi nieprawdę nową,Że później z bóstwem swem całemBóg, Słowo, stało się ciałem!
Rzecz jasna i oczywista,Bo święty Ewangielista
Raz o Bóstwie samem mówi,Niedostępnem rozumowi,To znów mówi, jak przed wiekiemTen sam Bóg stał się człowiekiem.
Bóg człowiekiem? czyż być może!W jednej i tej samej porze?
Tak; — w jednej swojej osobieŁącząc te natury obie. —
Jakto? jak? powtórz na nowo,Bo chciałbym pojąć koniecznie.Jakto, więc to samo Słowo,Co w Bogu było przedwiecznie,I jest Bogiem, bierze ciało,Cudem nigdy niesłychanym,Bogiem-człowiekiem się stało,Chrystusem ukrzyżowanym?!Ja tego nie pojmę głową.Wszystko to tak z sobą sprzeczneDaj dowody dla rozsądku.
Bogiem jest przedwieczne Słowo —
Bogiem, bo jak Bóg, przedwieczne —Bez końca jak bez początku;Bogiem jest Słowo prześwięte,Bo jest przedwiecznie poczęteZ Ojca, — jako się poczynaDuch Święty z Ojca i z Syna.W trzech osobach jedno Bóstwo.W tej liczbie tajemnic mnóstwo.Wiarą naszą najgorętsząWierzym w Trójcę przenajświętszą,W Trójcy w Boga jedynego,Przedwiecznego, wszechmocnego.W Bogu Trójcę uwielbiamy,Ani Osób nie mięszamy,Ani Istot rozdzielamy.Jedna jest Osoba Ojca,Druga jest Osoba Syna,A trzecia Ducha Świętego,Lecz Ojca, Syna i DuchaBoskość taż sama, jedyna.
Cuda! dziwy! któż wysłucha!Ludzki rozum tu nie sięga!
Taż sama boskość, i chwała,I majestat i potęga.
Głowa pęka, serce pała!
Bo gdy ojciec jest przedwieczny,Wiekuisty, wszechmogący,To już wywód ztąd konieczny,Wyraźny i oczywisty,Że i Syn, z Niego idący,Wszechmocny jest, wiekuisty,Niezmierzony; — i Duch Święty,Z obu zarówno poczęty,Przedwieczny jest i przeczysty,Wiekuisty, wszechmogący.A jak jasno widzisz w mowie.Nie są to wcale bogowieTrzej, odwieczni, niezmierzeni,Wszechmocni, nieogarnieni,Lecz jeden Bóg i jedynyBez końca i bez przyczyny,Przedwieczny, nieogarniony,Wiekuisty, niezmierzony!A z tego znowu to płynieOczywiście i koniecznie,Że choć we Trzech są przedwiecznie,Bez początku, niestworzeni,Jeden to jest Bóg jedynie,Jeden tylko niestworzony!
Ojciec, nigdy nie zrodzony,Ni stworzony, ni poczęty;Syn, poczęty jeno z Ojca,Poczęty, lecz niestworzonyNi zrodzony; — i Duch ŚwiętyAni z Ojca ani z SynaNi stworzony ni zrodzony,Równo z obu się poczyna.Otóż przenajświętsza Trójca.To co do boskości Słowa;Teraz co do człowieczeństwa,Do wcielenia i męczeństwa...
Wstrzymaj się, bo pęka głowa!Zaczekaj — bo usłyszałemTyle niepojętym cudów,Że już siły postradałem.Na raz to za wiele trudów.Pozwól rozważyć pomału,Odpocząć chwilę potrzeba,Zmęczyła mnie moc zapału,Którym wznosisz mię pod nieba.Ach! któż mi poda sposoby,By pojąć co powiadacie!Wszystko w jedność się sprowadza!Bóg jeden choć trzy osoby,
Jedna treść, istota, władza,I Wola jedna?
Tak bracie.
Otóż grota Karpofora.On sam u wejścia do jamy,Z drugim, czyta. —
A więc pora,Naprzód, bo czegóż czekamy?
Trzeba, jak Polemiusz każe,Maskami zakryć im twarze,By wspólnicy nie poznali,Kogośmy śród nich zabrali.
Do więzienia!
Co? nędzniki!
Zatkać usta, stłumić krzyki.
Ja...
Usta pozawięzujcie,A ręce z tyłu skrępujcie.
Patrzcie kto jestem...
O! nieba!O dniu z dawna upragniony!
Jeszcze nie; — tyś ocalony.Jemu cierpienia potrzeba,Niech w boleści i ofierzeSiły i hartu nabierze —Ciebie chronię.
Cóż się stało?
Cud panie, cud niesłychany!Obuśmy razem zabrali,Obu razem skrępowali,
Ten został, a KarpoforoZnikł, jak gdyby przepadł w chmury!
Chrześcijańskie to są sztuki,A prostaki bez naukiCzary te za cuda biorą.
Widziałem jak biegł przez góry.
Kończcie dalej przetrząsanie,Idźcie, — więzień niech zostanie,Nie zniknie z pod mojej straży.
A teraz nędzniku gadaj,Kto ty jesteś? odpowiadaj!Zdejmę tobie maskę z twarzy,Niech zobaczę... czy być może!Krisanto! ty tutaj!
Boże!
Ty tutaj! z chrześcijanami!W tych jamach ze zbrodniarzami!
Ty jak więzień skrępowany!Jowiszu! zkąd twoje gniewy?Za co taki grom straszliwy?
Koniecznie rozwiązać chciałemBardzo ważne zagadnienie,Które w książce wyczytałem,Więc tutaj po objaśnieniePrzyszedłem do Karpofora.
Dość, dość tego! już nie pora!Już wiem co cię tu przywiodłoA wszystkiego tego źródłoJest w zgubnem twojem dążeniuI w nierozsądnem pragnieniu.Czytasz książki pełne marzeńCzczych i błędnych wyobrażeń.Tej to namiętności siłaAż tu cię doprowadziła,Chcesz posiąść dalsze naukiCzary i magiczne sztuki.
O! to nie magja, nie czary,Ale tajemnice wiary,Co tak w niebo wznoszą duszę,
Tak wysoko, tak wysoko,Że sam dla nich wyznać muszęCześć prawdziwą i głęboką.
Milcz! milcz! bo mi serce krajesz,Co? ty dla nich cześć wyznajesz!
Oba w miejscu pozostali.
Nadchodzą — słyszę ich w dali.Znów ci maskę na twarz włożę,Aby ciebie nie poznano,Aby przez to nie dojrzanoPlamy na moim honorze.Póki, rozważywszy ściśle,Innej rady nie wymyślę.
Boże, dotąd mi nieznany!Błagam ciebie najgoręcej,Niech twa łaska mię ogarnie!By poznać cię lepiej, więcej,Wytrzymam wszystkie męczarnie.
Wszystkieśmy góry zbiegali,I nikogo nie spotkali.
Więźnia do Rzymu prowadźcie,A przed wszystkiem na to baczcie,Niech nikt nigdy się nie ważyPodnieść maski z jego twarzy.
O! nieba! dajcie obronę!Nieszczęsny ojciec was wzywa,Bo serce mocno zranioneGwałtem się z piersi wyrywa.Cóż pocznę?... straszne pytanie!Szala się waży na dwoje!Powiem, kto on jest, to splamięJego winą imię moje.Ukryję, to wiarę złamię!Bo samo już obcowanieZ tak strasznymi zbrodniarzami,Zbiegami, chrześcijanami,Już jest tak zbrodniczym czynem,Już jest grzechem przed cesarzem.Potępić?... on moim synem!Uwolnić?... nie! on zbrodniarzem!
Napróżno wysilam duszę —Co począć w tym strasznym sporze.Jaki środek tu być może?Jeśli jest, nie mogę dociec,Sędzia, potępić go muszę —A miłuję go — bom ojciec!