Doba trzecia

Pedro Calderón de la Barca (1600–1681)

Traducido del español por Karol Baliński

Kochankowie nieba

Dziwy! czary niepojęte!Jakieś uroki przeklęte!Prawdę mówi kto powiada,Że z synem nie łatwa rada.

Rozważ panie...

Chciałbym prosić...

Ostrzegam...

Dosyć już, dosyć.

Wszyscy tylko mię smucicie,A nikt pociechy nie daje.Czyż wy tego nie widzicie,Że on szaleć nie przestaje!Usunięta jedna biada,To on w drugą, głębiej wpada.Patrzcież! oto ta jedyna,Jedyna mówię dziewczynaNietknięta przez one czary,Od których inne, jak wiecie,Ledwie że uniosły życie,Ta sama właśnie dziewczynaTaki straszny wpływ wywiera,Tak mu serce bólem ścina,Że już widocznie umiera.Jakżeż wy chcecie odemnie,Bym się nie dręczył tajemnie!

To czemuż, szanowny panie,Gdy widzisz takie kochanie,Odmawiasz im swej opieki?Połącz ich z sobą na wieki.

Właśnie z niemi rozmawiałem,I czegóż się dowiedziałem?On odpowiedział, że wprzódy

Muszą dojść z sobą do zgody.Cóż was tak różni tajemnie?Pytam, proszę,.... nadaremnie!Ta skrytość, takie milczenie,Rodzą, we mnie podejrzenie,Że ta właśnie tajemnicaZgubnemi wpływami swemiCałą, w nim chorobę plemi,Jest źródłem co ją podsyca.

Panie! wielce zawiniłem,Że przed tobą prawdę kryłem,Bo widzę że złe się mnoży,I że im dalej tem gorzej.Oto, gdyśmy w górach byli...

Poznał Krisanta!... o! nieba!

Gdy nagle wpaść było trzeba,Nie tracąc ni jednej chwili,Nadbiegam właśnie z tej strony,W którą jeden był zwrócony,I tak mi się wszystko zdaje...

Wie! wie wszystko!... o! bogowie!

Że ów co jak lekarz staje,Ręcząc za Krisanta zdrowie,Jestto właśnie ten sam staryKarpoforo. — Zważ więc panie,Czy człowiek ten godzien wiary,I w kim kładziesz zaufanie; —Źle być musi gdy się wierzyTym, których strzedz się należy.

Rada twoja sprawiedliwa,Chociaż za późno przybywa.Poznam dziś tę rzecz dokładnie,A jeśli z tego wypadnie,Że tak jest, jak mi to skrycieMówi teraz serca bicie,Jeśli moje podejrzenieW niezachwianą pewność zmienię,To ujrzy Rzym i świat cały,Przykład kary doskonały;Tysiąc męczarń na raz skupięW jednym ciosie, w jednym trupie!

Eskarpinie!

Słucham, panie!

Tak mi cięży to pytanieŻe prawie mówić nie mogę.Słuchaj, — wszakże powiadałeśŻe pomiędzy pięknościami,Co tu ze swemi wdziękamiKrisantowi zaszły drogę,Podobno i Cintia była,I czarów tych doświadczyła?

Tak panie, — była w tej próbie,Tak jak Darja; — były obie, —To też obaj, słowo w słowoCierpimy dziś jednakowo.A nawet, jak mi się widzi,Ja więcej od pana czuję,Bo z tamtej Krisanto szydzi,A tę widocznie miłuje.

Byłoby głupstwem z mej stronySprzeczać się z tobą szalony.Kto kocha, kto płonie szczerzeOgniem miłośnych płomieni,

Ten głębiej do serca bierzeI daleko wyżej ceniGodność kochanej istoty,Niż jej względy i pieszczoty.Toż gdy wiem że podniecona,Chęcią, zysku czy prożnością,Przyszła tu, — jest więc shańbiona,Dość mi tego — precz z miłością!

Był raz ślepy i był łysy...

Co? znów chcesz mi bajki prawić?

Nie lubię się w bajki bawić,Lecz czasem długie opisy...

Ależ ja nie chcę, — idź sobie!

Bo pewnie ta bajka znana,To mam inną, proszę pana,O pewnym... nie!... w onej dobieByło to nieznane imię,Jeszcze ich nie było w Rzymie...Więc inna:... pewrien szalony

Idź sobie!

I ta nieskładna?Bo też to nie bajka żadna...Nie warjat, owszem uczony...

Milcz, bo przypłacisz żywotem!

Słuchaj wprzód, zabijesz potem.

Precz! gdy mi ból serce krwawiOn mię błazeństwami bawi!

Bajka jest, słuchaczy nie mam.Nie! nie! ja tak nie wytrzymam.Hej! hej! kto żyje! panowie!Mam bajeczkę co się zowie!Pewien... ach! — już ani słowa!Bajka znikła, cichnie mowa,Bo to on z Darją przybywa,I zazdrość moja straszliwa.

Bogowie co wszystkie sprawyI wszystkie znacie zamiary,Wszak dla waszej tylko sławy,Chciałam zwyciężyć te czary,Przez które Krisanto ginie.Czemuż mając was po sobieNie zwyciężyłam w tej próbie,Gdy sama piękności siłaPodbić go winna była!

Boże! wszak ja sercem całemTego jedynie szukałem,By Darja prawdę poznała,Tobie cześć winną oddała;Czemuż mi w takiej potrzebiePobłogosławić nie chciałeś,Czemuż mi podbić nie dałeśTej wielkiej duszy dla Ciebie!

To on! — a choć z nim rozmowa,Jego widok, jego słowa,Rozniecają żar, co płonieSkrytym ogniem w mojem łonie,

Niewprzód wyznam mu co czuję,Aż go dla Bogów zhołduję.

To ona! — a choć zwalczony,Drzę w duszy przed tą niebianką,Niewprzód dam jej imię żony,Aż zostanie chrześcijanką.

O! Wenus! dodaj mi siły!Spraw by wdzięki zwyciężyły.

Panie! tchnij moc w usta moje,Niechaj jej upór rozbroję.

Dziwna mię trwoga przejmuje.

Odwaga mię odstępuje...

Piękna Darjo! nie daremnieCała zieloność tych gajów,Cała świeżość tych ruczajówOdmładza się potajemnie;Nie próżno ptastwo uśpione

Blaskiem twych wdzięków wzbudzoneŚpiewem wita cię w tej porzeJakoby wieczorną, zorzę;Nie próżno źródła, strumienie,Srebrnym szmerem swojej faliZlewają się w jedno pienieZ szelestem tych wierzb, co w daliCzoło wznosiły w obłoki,A teraz swemi szczytamiWspólnie z wszystkiemi kwiatamiBiją ci pokłon głęboki...

Krisanto, czcza to jest mowa,Mnie nie złudzą słodkie słowa.Kto pochlebstwo tak pozłaca,Ten się od prawdy odwraca.

Że kocham ciebie bez miary,Nie chcesz mi na to dać wiary?

Rzecz to bardzo sprawiedliwa.

A ja tego nie pojmuję.

Kto oszukaństwa używa,Na wiarę nie zasługuje.

Jakto?

Krisanto, daremnieWiary wymagasz odemnie.Jakże mam być pełna wiary,Że miłujesz mię prawdziwie,Gdy wszystkie moje zamiaryOdpychasz tak uporczywie,I ciągle trwasz w tym uporze!Nie pojmuję jak być może,Żeby człowiek wielki z rodu,Dziedzic takiego imienia,Przez swe przymioty od młoduGodzien czci i uwielbienia,Nie pomnąc na takie dary,Dał się wprowadzać przez czaryW błąd tak namacalnie widny,A tak podły i ohydny!

Właśnie byłbym bez imienia,Bez rozumu, bez sumienia,

Bez żadnych zgoła przymiotów,Gdybym wyznać nie był gotówJawnie, głośno, przed wszystkiemi,Zawsze i w każdej potrzebie,Wiary w Boga jedynego,Wszechmocnego, prawdziwego,Stworzyciela ziemi, morza,Nieba, czasu i przestworza,I wszystkiego co na niebie,I wszystkiego co na ziemi.

Jakto? jakto? co ty mówisz?Więc nieba nie stworzył Jowisz?

Nie; — gdyby on niebo stworzył,To już by nie był w potrzebieBrać je dla samego siebiePrzy onym świata podziale,Co tylu władców namnożył,Gdy Neptun wziął morskie fale,Plutus moc nad piekłem całem.Masz w tem wyraźne dowody,Że wszystko istniało wprzódyStworzone przed tym podziałem.

Więc ziemia nie jest Cerera?

Nie jest i być nią nie może.Boć to przecie prawda szczera,Że tyle ją pługów orze.Któreżby bóstwo ścierpiało,By je tylu dręczyć miało?

Saturn nie jest czasem?

W cale!Wszak własne dzieci połyka?Zbrodnia godna śmiertelnikaMożeszMożeż być w bóstwa udziale?

Wenus nie powietrzem?

Baśnie!Wszakto o niej mówią właśnie,Że z morskiej pjany pochodzi;Pjana czyż powietrze zrodzi?

Neptunus nie jestże morze?

Chwiewny jak morskie przestworze,Byłby to bóg tak niestały,Jak morskie fale i wały,I tak znikomy jak fale.

Apollo nie słońce?

Wcale.

Diana nie księżyc?

Brednie!Dwa to są, światła powszednieStworzone, dane dla ziemiPrzez siłę rządzącą niemi.Ale po co tu słów tyle!Pomyśl tylko sama chwilę:Cóżby to były za bóstwa,Popełniające swobodnieMężobójstwa, cudzołożstwa,Rozboje i wszeteczeństwa,Wszelkie zgoła bezeceństwa!Gdy wyrazy: Bóg i zbrodnie,

Są to już dwa przeciwieństwa,Nie mogące istnieć zgodnie.Jeśli na tem nie dość tobie —Więc dobrze, — ustępstwo robię,Przypuszczam że, jak ty mówisz,Na niebie Bogiem jest Jowisz,Panuje sobie na niebie,A Mars, drugi bóg, u siebie.Tak gdy rządzą bogi oba,Zachciewa się JowiszowiPiorunowe cisnąć grady,Lecz ta myśl się nie podobaBogowi ognia, Marsowi.Nie przyjdzież wtedy do zwady.Ot — i wiecznej walki pole!I któż zwycięży w tym sporze?Nie! dwóch bogów być nie może,Bo dwa bogi, to dwie wole.Jeden jest Stwórca wszech rzeczy,Bóg na ziemi i na niebie,Który jako syn człowieczyUmarł przez miłość dla ciebie.Jeśliś więc prawdę mówiła,Pamiętasz, w onej godzinie,Że tylko tego jedyniePokochaćbyś zdolną była,Coby...

Milcz! milcz! ani słowa!Przestań!.. ach!.. bo ta rozmowa...W głowie takie myśli roje!W sercu takie niepokoje!Słabnę, mieszam się i boję!...Tych tajemnic taka siła!A mię moja opuściła.Rozmowa nasza skończona —Tylko mię męczy i nuży.Nie chcę z tobą mówić dłużej.Nie mogę się z tobą spierać,Jam niewiasta nie uczona,Trudności tych nie rozumiem,I rozwiązać ich nie umiem.W jakiem świetle urodzona,W takiem świetle chcę umierać.Więc trwożna sama o siebie,By mię te straszne wyrazy,I tych tajemnic odkryciaNie przywiodły do obrazyWiary mojej, moich bogówWszystkich na ziemi i niebie,Zostawiam ciebie w spokoju,Dość już dla mnie tego boju,Oddalam się od tych progów.Niechcę więcej póki życiaWidzieć ciebie, słyszeć, ciebie,

Mówić z tobą, — nigdy więcej,Choćbyś błagał najgoręcej.Bo te słowa tajemnicze,Te twoje kłamstwa zwodnicze,Taką jakąś siłę mają,Że się prawdami wydają.

Żyć bez ciebie?! gdy te oczyJak magnesu czar uroczyZabierają z sobą skrycieMoje szczęście, moje życie,Wszystko moje!... Darjo droga!Wróć się do mnie!

Milcz! na Boga!Zostaw ją, wstrzymaj się chwilę,Słuchaj!

Czego chcesz odemnie?

Zniszczyć twój spokój fałszywy.Także to płacisz wzajemnie?Niewdzięczny i nieszczęśliwy!

Niewdzięczny? ja?

Tak, za tylePomocy i łaski Bożej,Co dla ciebie cuda tworzy.

Mistrzu mój! jak to być może!Kiedy przez te dary BożeI pamięć i dusza całaBrylantowym blaskiem pała.

Jakże ja mam wierzyć tobie?Od chwili, gdy pod przebraniemWolny mam przystęp do ciebie,Wszelkie wysilenia robię,By ratować cię w potrzebiePrawdziwej wiary poznaniem;Gdy po tej nauce skryciePrzyjąłeś prawdziwe życie,Chrzest święty, dar niezrównany,Ów charakter niezmazany,Ty, nie pomny na te dary,Na dobrodziejstwa bez miary,Bezmyślny, słaby jak dziecię,

Oddajesz duszę kobiecie!Czyż nie uprzedziłem ciebie,Byś był gotów ku potrzebie,Bo staną na twojej drodzePokusy, ziemskie słodycze,Wdzięki, uroki zwodnicze,I kusić cię będą srodze.Czyliż tego nie doznałeś,Że ilekroć sam nie chciałeśUledz im, to niebios siłaW pomoc tobie przychodziła?Ona to sama odjęłaCzarom moc szkodzenia tobie,Głosy im w piersiach zaklęła,Że umilkły jakby w grobie,I pieśń skrzydła postradała,I harmonjaharmońja oniemiała.Dopiero gdy bez pamięci,Bez oporu, jak mdłe dziecię,Uległeś pięknej kobiecie,Wtedy to mocy złowieszczeWzięły górę tak swobodnie,Że już, chwilka tylko jeszcze,A byłbyś zdradził niegodnie!

Mistrzu mój! Ojcze mój drogi!Nie potępiaj mię ze szczętem.

Wyrzut twój zanadto srogi.Wszak przecie w naszej ustawie,W naszem chrześcijańskiem prawie,Związek dusz jest sakramentem.Ty sam to mi powiedziałeś,Sam mię tego nauczałeś.Karpoforo!... ach!... mój Boże!Ojciec mój!... słyszał nas może!

Więc już nie ma wątpliwości!...O! Jowiszu! cierpliwości!Daj wytrzymać te katusze,Gdy jeszcze udawać muszę.

Cóż, Krisanto, jakże tobie?

Jak zawsze tak i w tej dobieW czci dla ciebie i w pokorze.

Nie słyszał mię niezawodnie,Gdy przemawia tak łagodnie.

W tam cię zacny doktorze,I dziękuję za staranie,

Za twe trudy i czuwanieNad Krisantem w jego stanie.

Widzi niebo chęci moje,Służę mu jak tylko można,Wysilenia czynię wszelkie,Ale złe w nim tak jest wielkie,Że myślę iż praca próżna.

Jakto?

Bo gdy trwa w uporze,Lekarstwo działać nie może.

Co mówisz panie, to żarty,Wiesz dobrze żem nie uparty,Czynię wszystko co się godzi.

Co rzekłem to rzekłem szczerze,Nie słucha, bo się nie strzeżeTego, co najbardziej szkodzi.

Całkowicie tobie wierzę,Pełen poświęceń doktorze;

I trudy twoje bez miaryCenię panie tak dalece,Że zaraz na moim dworzeNależne odbierzesz dary.

Niech cię niebo ma w opiece.

Zaczekaj, pójdziemy oba,W pałacu wybierzesz sobie,Co tylko ci się spodoba.A znajdziesz tam, ręczę tobie,Nagrodę godną twej pracy,O skąpstwo mię nie obwinisz.

Panie, dość już dla mnie płacy,Gdy mi taki zaszczyt czynisz.

Dzisiaj zadziwię świat całyWymiarem sprawiedliwości,Jakiego nigdy nie znałyUbiegłe wieki ludzkości.

Wielkie to szczęście prawdziwie,Że ojciec nie słyszał wcale

Imienia, którem wymówił.I tak mile go pozdrowił,Wziął go z sobą tak poczciwie,By wynagrodzić wspaniale.O! gdyby równie szczęśliwieMiłość życia mego drogęSwoim ozdobiła wiankiem!Ach! bo czuję, że nie mogęChrześćjanin być jej kochankiem!

Dumo! uporze szalony!Jakże straszna twoja władza,Gdy wbrew mej woli w te stronyZnów mię gwałtem przyprowadza.

Ach! wraca! lecz ukryć muszęRadość, którą wlewa w duszę.

Darjo! wszakże dałaś słowo,Zaręczałaś najgoręcej,Że nie wrócisz nigdy do mnie.

Pobożność to, a nic więcej,Wiara w której trwam niezłomnie,

I chęć wrócenia cię bogom,I ojczyźnie i rodzinie,Znów mię wiedzie ku tym progom,Dla tego wracam jedynie,Nie dla czczej z tobą rozmowy.

Więc powiedz krótkiemi słowy,Czego żądasz, co chcesz wiedzieć.

Powiedziałeś mi niedawno,Że jakiś bóg twój, jak mówisz,Bóg, umarł z miłości ku mnie;Otóż, to tylko w tej porzePrzychodzę tobie powiedzieć,Że...

Cóż? słucham, cóż mi powiesz?powiész?

Żeś wyrzekł nieprawdę jawną,Bo bóg umierać nie może.A gdy zaprzeczasz tak dumnieBogom mym dla ich początku,Bogom, w których istność wierzęNiezłomnie, silnie i szczerze,Siłą serca i rozsądku;

To jakże możesz się spierać,Na pewnik musisz się zgodzić:Że gdy twój bóg mógł umierać,To mój bóg mógł się narodzić.

Zręczny wywód, ani słowa,Lecz błędna cała budowa.Wyżej serce! wyżej w górę!I słuchaj co powiem tobie.Boską i ludzką, naturęZłączył Bóg w swojej osobie.W całej swej boskiej istocieKu naszej zstąpił nędzocie,I dla nas to przyoblekaCiało i nędzę człowieka.Niechże ogrom w tym przedzialeNie zamracza twoich powiek;Jako Bóg, nie zrodzon wcale,A umarł tylko jakojak człowiek.

A czyż to nie więcej chwały,Być bóstwem w istocie całej,Jak naprzykład Mars lub Jowisz,Niżeli tak jak ty mówisz,Dwie natury sprzeczne sobie,Boską zarazem z człowieczą

Połączyć w jednej osobie?Nie jestże łatwiejszą rzeczą,Bliższą prawdy i pewniejszą,I dla wszystkich dostępniejszą,Pomyśleć, że dwaj bogowie,Dwaj, równi sobie w przymiocie,Mają każdy po połowiePotęgę tej samej treści,Niż to, że razem się mieściBóg, człowiek, w jednej istocie?

Nie; — bóstwa istnące sprzecznie,Przeciwne, różne od siebie,Musiałyby mieć koniecznieNie jednego Ojca w niebie. —Bóg Syn jest z Ojca poczęty,Z Ojca i Syna — Duch święty,Trójca, a jedność istoty,Też same bóstwa przymioty;W potędze bóstwa przed wiekiem,Bóg-Syn zrodził się człowiekiem.I póki tą prawdą świętąNa wskroś nie będziesz przejętąTak, iżbyś za nią w potrzebieZaświadczyła duszą twoją,Duszą, życiem i osobą,Niechcę więcej widzieć ciebie,

Niechcę więcej mówić z tobą,Bo twój widok śmiercią moją!

Wstrzymaj się! zaczekaj chwilę!I posłuchaj mię wzajemnie.Jeśli chcesz wiedzieć o sileMego uczucia ku tobie,Mów, czego żądasz odemnie?Mów, co mam czynić w tej dobie?

„Idź za Tym, który legł w grobiePrzez wielką miłość ku tobie.“

Słyszysz? słyszysz?... głos proroczy!Dziwny, straszny, a uroczy!W sam czas jakby z nieba spada,On ci za mnie odpowiada.Głos to trąby archanioła,Rzewny a potężny ton!Ciebie on do życia woła,A dla mnie zwiastuje zgon!

Ach! jak okropną żałobąGłos ten serce moje kruszy,I rozlega w głębi duszy!

Znam cię głosie tajemniczy,Mój ty aniele strażniczy!Przez ciebie to, silny tobą,Wbrew sobie stawam się sobą.Lecz zkądże głos ten w tej dobie!

Przychodzę pokazać tobie,Jak sobie wysoko cenięTwoje rychłe wyzdrowienie,I że z hojnością wspaniałąWynagrodziłem lekarza,Który cię zdrowiem obdarza.Dałem co mu należało,Nagrodziłem go sowicie —Dałem mu... śmierć!... Zdjąć przykrycie!Czy poznajesz?

O! mój Boże!

Pomyślże teraz nad sobą,Bo gdy lekarz padł ofiarą,To cóżcóżto będzie z chorobą?Oto jest...

Okrutna karo!

Ów przemądry Karpoforo,Co miał ci dać życia słowo...Przypłacił je swoją głową!Teraz namyślaj się skoro,Los twój przed twemi oczyma;W tym zgonie jego straszliwymWidź, co cię czeka koniecznie;Boć byłoby niedorzecznie,Kiedy lekarza już niema,Chorego zostawiać żywym.

O! jestto szczyt okrucieństwaDochodzący do szaleństwa!Gdybym istotnie był chory,Wyzdrowiałbym od tej poryNa widok tego męczeństwa!

O! nie myśl żem się w tej sprawieBez miłosierdzia unosił.Przeciwnie, bardzo łaskawie,Przestałem na jego słowie.

Dałem to, o co sam prosił,Spytaj go, niech ci odpowie.

„Idź za Tym, który legł w grobiePrzez wielką miłość ku tobie.“

Cuda Boże!

Cuda! dziwy!

Bądź przeklęty dniu straszliwy!

Moc to czarów jeszcze działa,Choć życie już postradała.

Panie, pustemi słowamiNie zaprzeczaj takim cudom,I cudów niezwij czarami.Daj pokój daremnym trudom.Widzisz że tu nic nie nadaLudzki rozum, ludzka rada.

Przybył tu by mi dać życie,A spotkażspotkał straszne skonanie.Przez to samo dał mi skrycieNaukę, sam przyznaj panie,Że ten tylko, ten jedynie,Żył prawdziwie jak się godzi,Kto nawet w zgonu godzinieŚmiercią nawet, życie płodzi!Pragnę go w tem naśladować, —Więc i mię każ zamordować.

Po tak okropnej obrazie,Byłbyś już zginął na razie,Jużbyś światła nie oglądał,Lecz żyjesz boś śmierci żądał.

Ojcze! choć śmiem śmierci wzywać...

Przestań mię ojcem nazywać!

Nie do ciebie mówię, panie.Bo choć przez cię wziąłem życie,To już to słodkie nazwanieUtraciłeś całkowicie.

Dziś ojcowstwa tytuł świętyJuż tobie, panie, odjęty.Kto inny palmą męczeństwaNabył tego dostojeństwa.Wszak sprawiedliwie się staje,Że nazwę ojca przybieraTen, co za mię życie daje,Nie ten, który je wydziera.W głębokiej serca żałobiePatrząc na tę głowę śnieżną,Skąpaną we krwi niewinnej,Pociągającą ku sobieMagnetycznie moją duszę,Raz jeszcze ostatni, muszęOddać łzami cześć należną,Wdzięczność i hołd mój powinny.

Precz z nim! służba!

Straszne chwile!Widzę dzisiaj cudów tyle,Którym zaprzeczać rzecz próżna,A których pojąć nie można,

Bierz ją!

Ja?...

Tak! mówię tobie.A Krisanta... (nakrywa głowę)w loch podziemny,Do wieży wrzucić go ciemnej,Niechaj przepadnie w tym grobie.

Nie dziwię się ani boję,Nie straszny mi loch wilgotny,I tam nie będę samotny,BierzBiorę z sobą boleść moję.Towarzyszyła mi wszędzie,Wierniejszym nikt mi nie będzie.Piękna Darjo! bądź mi zdrowa!A gdy wiesz już kto legł w grobiePrzez wielką miłość ku tobie,To nie łamże twego słowaDanego w onej godzinie,Że tylko tego jedynieUkochasz...

Prędzej z nim!

Panie!Gdy krwawym twoim rozkazemŚmierć zadajesz Krisantowi,Że cześć oddał Chrystusowi,Wielkiemu chrześcijanchrześćjan Bogowi,To każ mię zgładzić z nim razem,Niech ramię twoje krwi chciwe,Wraz i moję krew wytoczy.Bo oto mówię wam w oczyWszystkim w obec, głośno, szczerze,Że bogi w które wierzycieSą, zmyślone, są fałszywe.I że dziś jedynie wierzęW Chrystusa, Boga mojegoJedynego, prawdziwego,Którego cuda widzicie,A który za mnie dał życie.

Bierzcież i ją, gdy wyznałaJak zaślepioną została.

Niechże za twoim rozkazem,Połączą nas z sobą razem,Bo już dziś jestem jak żonaNa wieki z nim poślubiona.

Bo gdy tylko wspólnej wiaryBrakło do ślubnej ofiary,To już niczego nie trzeba,My dziś jedno w obec nieba.

Tego to szczęścia jedyniePragnąłbym w śmierci godzinie!

Ha! jakież szalone męki!Szał wściekłości mię porywa!Pierś w kawały się rozrywa!Ty! ty!... nie dawaj mu ręki!...Ja nie chcę by choć na chwilę,Najmniejszej doznał radości!Ani myśl dziewko zuchwałaTy, coś tu dopiero tylePopełniła bezbożności,Żebyś ty dziedziczyć miałaWielkie imię mego domu!Nie! tego nie doznam sromu!Rozłączyć ich!

Okrucieństwo!

Ach! to najsroższe męczeństwo!

Precz z niemi! weźcie oboje.Teraz surowość podwoję.Okazałem sprawiedliwość,A teraz pokażę mściwość,A w niej jeszcze osobliwość.W zemście wszelką przejdę miarę.Straszny mój wyrok ogłosiKażdemu z nich dwojga karęPrzeciwną tej, której prosi,By ich boleść była żywsza,A zemsta moja dotkliwsza.Więc Krisanto niech w więzieniuW najpodlejszem poniżeniu,Jak łotr, bez żadnej różnicy,W głodzie, w zimnie, w obnażeniu,W kajdanach, niech sobie żyje,Niech żyje, mówię, aż zgnije!A Darję weźcie osobnoDo publicznego więzienia.Niech pozna, czem są marzenia,I niech nakoniec uwierzy,Że szczęścia, które marzyła,Ufna w swą piękność nadobną,Nigdy w życiu nie odzierzy!Niech zmierzchnie tak piękność czysta,Ta jej jasność promienista,

Niech zwiędnie ta świeżość lica,Niech zgaśnie ócz błyskawica!Dziś ją Diana w ofierzeNa służbę daje Wenerze.Dziewkę tę dumną, i ślicznąNa hańbę rzucam publiczną!

Jeśli zemsty szukasz w męce,Zabij mię, wszak w twojej ręceŻycie moje, bez obrony;Lecz honor mi powierzony,Szanuj godność mojej żony!

Gdy wiara ciebie obraża,To wiarę tę ukarz we mnie.Za cóż twój wyrok znieważaCzystość moją tak nikczemnie!Obrazić nie mogła ciebieCzystsza od słońca na niebie.

Precz z niemi!

To nad pojęcie!Taka sromota męczeństwa!

Powiedz, jakież cię zaklęciePowstrzyma od okrucieństwa?

Takiego ogromu karyŁatwo uniknąć możecieJednem słowem, jeśli chcecie.Oto, wyrzeczcie się wiaryW Chrystusa.

Tego jedynieNigdy, nigdy nie uczynię!

Ani ja!

Więc precz oboje!Niech się spełnią sądy moje.

Tak panie, nie zmieniaj wcale,Osądziłeś doskonale.

Boże!... lecz czegóż się boję?!Wierz silnie, małżonko droga,

Że gdy giniemy dla Boga,On nas zasłoni oboje.

W Nim tylko ufam jedynie,Całem sercem w tej godzinie,Bo kiedy On dla mnie kona,Jemu jestem poślubiona,Więc nie mogę być shańbiona!

On widzi ból, co pochłaniaSerce w tej chwili rozstania.

Ufaj mężu!... żegnam ciebieW ostatniej ziemskiej rozmowie,Pomnij że złączym się w niebieJako niebios kochankowie.

Czyż podobna gorszym czynem,Większą, zbrodnią splamić życie,Jak pozostać chrześćjaninem?!Nie! nie!... A czyż są, myślicie,Dla dwojga serc bole krwawsze,Jak rozerwać je na zawsze?

Teraz duszo rozbolałaW gorzkich łzach wylej się cała.

Wydany rozkaz spełniamy,Tutaj zostawić ją, mamy,Powinność nasza skończona.

I oto jest porzuconaCzystość pośrodku sprosności,Światło pośrodku ciemności,Słońce śród chmur!Ciemności, nocne pomroki,Mgły i chmury i obłoki,Ze światłem, z jasnością dzienną,Z słońcem, z czystością promienną,Zawodzą spór!I mogą, mogą aż tyle

Swoją władzą straszną, ciemną,Że słońce zaćmią na chwilę —Lecz zagasić?... nie w ich sile!To daremno!Pociechą jest w takiej dobieI siłą, pomyśleć sobie:Że z naszym ziemskim żywotemToż samo jest co ze złotem.Szczerej wartości nie wiemy,Ręczyć za nią nie możemy,Póki nie ulegnie próbiePod bólem, ogniem i młotem!Ach! jakaż okropna sprzecznosć,Jaka tu przepaść głęboka!Z jednej w drugą ostatecznośćSpadam w jednem mgnieniu oka,Wczoraj jak można najwyżej,A dziś jak można najniżej!Lecz czegóż jestem ztrwożona,Czegóż się lękam w tej dobie?Wszakże jestem zostawionaSama z sobą, samej sobie...Ach! tak!... lecz te słabe dłonieCzyż wystarczą ku obronie!O! nowo poznany Boże!Ty, któremu w serca skruszeOddałam ciało i duszę,Błagam Cię w całej pokorze,

I ufam jedynie Tobie,Ratuj mię! ratuj w tej dobie!

Otoż przyszedł czas nareszcie,Że takie cudo niewieście,Takie doskonałe wdzięki,Wezmę jak cacko do ręki.A gdy grzeczność jest zbyteczną,I byłaby nadaremną,Tam gdzie cena oznaczona,I nikomu nie wzbroniona,Więc — daj rękę i chodź ze mną!

Wszechmogący Ojcze! Boże!Ocal służebnicę twoję!

Lew! lew! ratuj się kto może!

Lew! ratujcie się! ratujcie!

Sami tam siebie pilnujcie,Ja tutaj lwa się nie boję.

Wypadł z swego legowiska!Jak wściekły tutaj się ciska!

Istny piorun! żar ma w łonie,Ogniem bucha, wszystko chłonie!

Piorun? nie boję się gromu,Bo jestem w wybornym domu,Piorun, jeżeli uderzy,To w pałac albo w szczyt wieży;Nigdy gromy nie padałyW domek taki jak ten mały.A jeśli to lew, nic więcej,To wściekłość jego daremną,Choćby pragnął najgoręcej;No! daj rękę i chodź ze mną!

Ach! jakież okropne zwierze!

Prawda! — i powiadam szczerze,Nigdy w życiu mojem całemTakiego lwa nie widziałem.Jeśli mię weźmie w objęcie,

Jak ciebie o to prosiłem...Bachusie! któremu święcieI wiernie zawsze służyłem,Jeśli masz władzę nad lwami,Taką jak masz nad wilkami,Ratuj! bo źle, coraz gorzej!

Zwierzu, urzędniku Boży!Boś tu przysłan z Jego Woli,Broń mię, broń w mojej niedoli!

Aj! już się do mnie zabiera!Już paszczę straszną, otwiera!Darjo! jeśli w twej obronieStawa ten rycerz straszliwy,To poskrom go! niech ochłonie,Weź mię z jego łapy mściwej,A ręczę ci najgoręcej,Że już nigdy, nigdy więcejCzci twej w niczem nie ubliżę,Zaufaj słowu mojemu.

Monarcho dzikiej pustyni!Królu zwierząt! ty, któremuSama natura hołd czyni,Wieńcząc cię grzywy koroną:

W imię Tego, który ciebiePrzysłał mi w pomoc w potrzebie,Wzywam cię, gdy tak przyrzeka,Puść wolno tego człowieka!

Otoż to rozkaz wyborny.Lew jak baranek pokornySchylił czoło ku jej nodze,Wlokąc grzywę po podłodze,Jakby najłaskawsze zwierzeŁasząc się, stopy jej liże.

Czyż większy dowód być możeTwojej istności, o Boże!Potęgą Twego imieniaPycha w pokorę się zmienia!Dziwna jak ten lew pogląda...Rzekłby kto, że mówić żąda!Groźny ten mocarz pustyniWyraźnie mi znaki czyni,Bym szła za nim — a więc w drogę!Tobie śmiało ufać mogę.Wszak tyś jeden mię zasłonił,Tyś mię od hańby obronił.Czegóż nie dokaże siła,Co miłością śmierć zwalczyła!

A teraz chwilę pomyślę...Trzeba zważyć jak rzecz była,Rozebrać mądrze i ściśle.Który to Bóg lwy wysyła?...Ten, w którego Darja wierzy,Ten sam, w którego z pokorąWierzył mądry Karpoforo.Cóż ztąd wnioskować należy?Że Darja pomoc odbiera,A Karpoforo umiera.A więc, co się tycze wiary,Gdybym jakie miał zamiary,Trzeba się przyjrzeć z daleka,Muszę być nie bardzo skory,Bo nie Darji los mię czeka,Lecz najpewniej Karpofory.Co wszystko mając na względzie,Myślę że najlepiej będzie,Nawet mądrze i moralnie,Zachować się neutralnie.Jak dziś, ani poganinem,Ani będę chrześćjaninem.Ot sobie będę nijakim,Ani takim ani siakim.Na dwóch stołkach sobie siędę,Tak się kłopotu pozbędę.

Uciekajmy!

Co sił stanie!

Bo gorsza nam grozi zgubaNiż wtedy, gdy cała chlubaRozumu i wdzięków siła,Nagle odjętą nam była,Przez jakieś straszne uroki,Przez jakiś letarg głęboki.

Tak, tak, bo w onej godzinieUmysł to tylko jedynieUległ jakiejś czarów sile,Padł, zaślepiony na chwilę,Teraz cios sroższy w nas godzi,Tu już wprost o życie chodzi. —Ach! uciekajmy zawczasu!Patrz! czy widzisz w głębi lasuPostać okropnego lwiska?Z ócz jego płomień wybłyska!

I gdzież się ukryć zdołamy?

Diano! ciebie wzywamy!...Ach!... patrz!... tuż obok mocarza,Co taką trwogą przeraża,Patrz!... kobieta postępuje...On dla niej drogę toruje!

Potęga to czarów skryta.

Lecz patrz!... widzisz?... ta kobieta...Wszak to Darja?... tak! to ona!...

Przecież ona uwięziona...Lew spokojnie las okrąża,I prosto ku górom zdąża...Ona za nim!...

Już na szczycie, —Nikną w chmurach i w błękicie. —

Cały Rzym cudem zdumiony.

Cóż takiego?...

Powiedz przecie!

Jakto? czyż tego nie wiecie?Krisanto był uwięziony,Gdzie męczarniami bez likuZ woli ojca był dręczony.I Darja też była wzięta,I do więzienia zamknięta,(Ach! nie mów gdzie, mój języku!)Aż oto ten, co ich broni,Śle im pomoc w takiej toni,Rozbija kraty więzienne,Ciężkie podwoje odmyka,I oboje wyswobadza,I z więzienia wyprowadza,A lwisko straszne, płomienne,Służy jej za przewodnika.A tak korzystając z poryOboje uciekli w góry. —Ale wieść ta niesłychanaDoszła aż do Numerjana,Który gniewem uniesionyPosądzając Polemiusza,

Że cała cudów przyczynaJest chęć uwolnienia syna,Z całym dworem tu wyrusza,A za nim ciągną, legiony,I ćma narodu przybiega,I wzgórza w koło zalega.

Do lasu!

W pole!

Na góry!

Słyszycie te głosów chóry?A gdy koniecznie wypadaWidzieć to na własne oczy,Biegnę tam gdzie lud się tłoczy.

Ach! ja takbym wiedzieć radaJaki tego koniec będzie!Gdybym nie miała na względzie,Że to dla mnie nie przystoi...

Uczyń zadość chęci twojej,

Sama nadzwyczajność rzeczyWymówkę ci zabezpieczy.

Dobrze mówisz! — a więc dalej!Lećmy tam gdzie tłum się wali.

Więc lećmy!

W tak miłym rzędziePragnę być zawsze i wszędzie.

Gdzież to mię wiedziesz powolnym krokiem,W tę ustroń dziką, tajemną,Śród tych skał mglistym pokrytych mrokiem,W pieczarę jakąś tajemną?...Cóż to? zniknąłeś przed moim wzrokiem?...Zapadł w tę otchłań tak ciemną!I nad tej strasznej przepaści bramąZnowu zostawił mię samą!

Straszno mi!... straszno!... cisza do koła...Ach! znam cię zgubna ustroni!W tobie to, echo zaklęte woła,Żałobna muzyka dzwoni!Ja nie chcę ciebie!... ja cię porzucę!...Lecz gdzież się teraz obrócę?!...

Darjo najdroższa!

Któż to mię wzywa?...Nie!... nie!... to tylko złudzenie...Ach bo ja dzisiaj tak nieszczęśliwa,Że choć najcichsze wietrzyka tchnienie,I lada listek co się poruszy,Już trwogę budzi w mej duszy!Ja nieszczęśliwa?... ja?!... o! mój Boże!Przebacz mi! błagam w pokorze!O! jam szczęśliwa na wieków wieki,Bo pewna Twojej opieki!Chrztem dla mnie świętym bądźcie, łzy moje!Dajcie mi siłę ogromną,Przez was niech duszę mocniej uzbroję,W męztwo i wiarę niezłomną!

Darjo!

Znów woła!... dobrzem słyszała,Lecz nic nie widać do koła!Zkąd głos idzie, nie pojmuję...Kto mię woła?

Ten, który w tobie nie piękność ciała,Lecz piękność duszy miłuje;Ten, co przez twoją, gwiazdę wiedziony,Prawdziwie wolny, z nieba natchniony,Za światłem zdąża ku tobie,Aby już z tobą żyć zawsze razem,Albo wraz z tobą pod jednym głazemLedz w grobie!

Tego mi szczęścia brakło jedynieWidzieć cię mężu tu, w tej godzinie,Na domiar cudów tych niesłychanych,Dzisiaj przezemnie doznanych.Słuchaj...

Do lasu!

Na góry!

Na góry!

Zewsząd ciągną ludu chmury,Dokoła żołnierstwa zgraje...Już otaczają pieczarę.

Cóż nam teraz pozostaje?

Wytrwać — i zginąć za wiarę!

Tutaj na tym śmierci progu,Powtórzę tobie wyrazy,Które już po tysiąc razyWymówiłam w duszy skrycie:Że tyle się dłużną czujęTwemu i mojemu Bogu,Tak Go wielbię i miłuję,Że uznam się za szczęśliwąGdy za jego cześć prawdziwąBędę mogła oddać życie.

Za niemi! dalej! za niemi!Tą ciemną śród skał dróżyną,Skryli się tam w głębi ziemi.Niech tam giną!

Mężu, śmierci się nie boję,Śmiało na nią czekam tu,Tem się tylko niepokojęŻe ginąć muszę bez chrztu!

Trwoga twoja płonna jest,Uspokój się, mówię ci,Bo męczeństwo jest to chrzest,Z pragnienia, z ognia, i z krwi.

Za mną tu, za mną żołnierze,Już tu musimy ich złowić,Ostatnia to ich godzina!Ja pierwszy w niego uderzę,By nikt nie ważył się mówić,Żem nad bogów przeniósł syna.Niech cesarz na powitanieMartwe ich zwłoki dostanie!A gdy żyjąc mieli w łonieJedną miłość, jeden ślub,Niechże mają i przy zgonieJedno łożę, wspólny grób!

Taki zgon jest upragniony!

Niech będzie błogosławiony!Teraz mi jest rozjaśnionaPrawda wprzódy nie pojęta,Którą, z głębi twego łonaDałaś mi groto zaklęta:Że gdy ta przepaść bezdennaZmieni się w grobowiec mój,Chwila ta święta, bezdenna,Otworzy mi szczęścia zdrój!

Bierzcie głazy, skał odłamy,Zawalić otwór tej jamy!

Co to? co to? co się dzieje!Cała ze strachu truchleję!

Jęknęły podziemia góry,Całe niebo skryły chmury!

Słońce ciemnością zgaszoneCałe powietrze zaćmione!

Komet ogony gwiaździstePłoną, jak miotły ogniste!

Odwieczne góry i skałyPękają w drobne kawały!

Prawda! oto szczyt tej góry,Co się wznosił po nad chmury,Pchnięty tajnemi siłamiWstrząsł się i runął przed nami!

A jakby na hasło daneDźwięki nigdy nie słyszane,Harmonijne, cudne głosyZ pod ziemi biją w niebiosy!

Wszystko dziś cudem w istocie!Rzym cały świętuje w grocie,A słońce w tej chwili właśnieZ żalu ciemnieje i gaśnie.

Chwila to święta, zbawienna,Po stokroć błogosławiona,

W której ta przepaść bezdennaW grobowiec Darji zmieniona.

Ta grota, — skarbnica droga,Zwierzona jest mojej straży,Niechże nigdy ludzka nogaDeptać jej się nie poważy. —Ten zwalony głaz skalistyStanie za pieczęć grobową,Jakoby żałobne słowo,Jako pomnik wiekuisty.Niech jako ołtarz męczeństwaZ pod swoich skrzydeł opiekiUdziela błogosławieństwaPrzez wieki, wieki i wieki!Przez niego tu będą zwalczoneI czas i niszczące żywioły,Niech świadczy że tu są złożoneKochanków nieba popioły.

Waszemi czystemi modłamiWstawcie się, wstawcie za nami!