Książę Niezłomny — całość
Traducido del español por Juliusz Słowacki
Zaśpiewajcie, niewolnicy.Moja pani śród łazienkiW perłowéj igra miednicyJak łabędzie bałamutne,I prosi was o piosenki,Ale tęskne, ale smutne.
Czyliż naszych brzęk kajdanów,Czyliż pieśni niewolnikówRozweselić mogą panów?
Ona lubi śpiew słowików.Kiedy się po laurach gubi.I piosenki wasze lubi.Zaśpiewajcie, Fenix słucha.
Nasza pierś boleścią głucha.Ach! najgorsze przeznaczenie!I najgorsze to cierpienieŚpiewać, kiedy serce boli!Śpiewać temu, co w niewoli.
Trzeba na to być ptaszkamiBez rozumu.
Czyż wy samiNie śpiewacie bez rozkazu?
Każda boleść chce wyrazu,Kiedy w sercu jéj za ciasno.I my tłumim boleść własną,Gdy nas z kajdan pieśń unosi.
Zaśpiewajcie, Fenix prosi.
Czas jest panem tego świata,Czas jest panem i mąk duszy;Czegóż srogi czas nie skruszy,Nad grobami gdy przelata!
Dosyć pieśni, Fenixana,Już umyta i ubrana,Sama schodzi do ogroduUżyć porannego chłodu.Niech się każdy kwiatek lęka,Że pięknością go zagasi,Bo wychodzi jak jutrzenka.
Wstałaś, piękna?
Wdzięk twój krasiCały ogród, oko pali.Niech się jutrzenka nie chwali,Że ten ogród nie ciemnieje,Bo nie ona światło leje;Bo ogród ten pośród gmachówNie od drzew nabrał zapachów,Nie od róż nabrał rubinów,Białości nie od jaśminów,Lecz od ciebie.
Daj zwierciadło.
Nie dziw, piękna, żeś ciekawaTéj płci, na którą nie padłoŻadnéj plamki.
Głosi sława,Że ja piękna, że ja miła.Gdyby to i prawda była,Cóż mi po tém? kiedy źle mi!Nie wesoło na téj ziemi!
Cóż ci jest?
Co jest, Selino?Ach! gdybym ja to sama zgadła!
Gdyby mi to od zwierciadłaPowiedziano!.. ach! dziewczyno,Wnet bym sama boleść własnąNakarmiła do przesytuI widziała w sercu jasno.Ale teraz, w mgle przedświtu,Czuję tylko, że mnie kruszyJakiś smutek i tęsknota;I że to jest męka duszy,Męka duszy i zgryzota,Gdy w uczuciach się tych miota.Których czuciem czuć nie może.
Jeśli cię, pani, nie bawiąTe ogrody w barw ubiorze,Gdzie wiośnie posągi stawiąRóże, w poplątanych czołach,Na jaśminowych kościołach;Obróć twe oczy na morze,Kędy dla twojéj tęsknotyPłynie wóz ze słońca złoty.
Gdy taki zachód zobaczyNa morza ognistém łonie,Ten cały ogród w rozpaczyI melancholiach utonie,I zawoła, idąc w cień:Ach! jak krótki był ten dzień!
Ani się tém rozweselę,Ani tém żądań ukorzę,Że moje smutki podzielęPomiędzy ziemię i morze,Że pójdę z myślami w tanI sprzęgnę te oba światy,Z pianami równając kwiaty,Kwiaty równając do pian.Bo ogród, kiedy zazdrosnySpojrzy na fale szalone,Chciałby tak płynąć jak oneI zaraz zefir miłosnyDwa razy miłośniéj dysze;I szaleniéj rozkochany,Z gałęzi, które kołysze,Czyni kwiatów oceany.A morze, gdy się zasmuci,Spojrzawszy na te ogrody,Wnet ucisza szklane wody;Z fal wysokich pianę zrzuciI drugim prawom poddane,Równe zdobywa uroki,Z szmaragdów mając zatoki,Z błękitów piersi ulane.I tak, tu kwiatowy łanI ogród pełen szkarłatówWydaje się morzem kwiatów
Tam morze — ogrodem pian.Ach! cóż to za smutek głęboki,Ten smutek, co w sercu ma łoże?Że nie dba na kwiatów uroki,Na niebo, na ziemię i morze.
Wielki smutek twój! ach! i głęboki!
Jeśli, moja Fenixano,Na piękność i smutek chora,Chcesz być zdrowszą dziś niż wczora,I zdrowszą niż byłaś rano:Oto jest portret infantaMaurytanów, Tarudanta,Który cię uleczy pewnieNa długo... Cóż to, tak blada?...Infant u nóg twoich składaKoronę, jako królewnie,A ten portret, choć nie gadaZa niego, u nas zagości.Każda niema ambasadaAmbasadą jest miłości.Za infantem najgoręcéjWstawiam się... bowiem mieć będęZięcia i dziesięć tysięcyPrzyprowadzonych łuczników,Z którymi Ceutę zdobędę.
Płoń się, córko... tych płomykówMiłosnych tobie pozwolę...Owszem... serce puść na wolę,Mech kocha przyszłego Pana.
O Boże!
Cóż tak zmięszana?
Wyrokiem śmierci!
Cóż, przecie?Trwogi te łatwo ukoim.
Jestem twe posłuszne dziecię,Ty ojcem... ty królem moim.
Cóż mu powiem?... ach, kochanku,Muleju, straciłeś żonę!O! nieszczęśliwy poranku!O! chwile nie w czas stracone!
Ojcze! pokora mnie łamieAż tu. Klęka. Aż do twych obuwi.
Dusza, co to myśli... kłamie!Kłamie głos, który to mówi!
Weź portret.
Ojciec przymusza?
Ręce go biorą, nie dusza.
Mulej, twój wódz, królu panie,Prosi cię o posłuchanie.Z Fezańskiego morza wraca.
Niech wejdzie.
Gdzie zorza ozłacaTak wysokie pańskie progi,Gdzie człowieka czeka z drogiTaka zorza, córka słońca,Któż czoła nie rozpogodzi?Nie uczyni z siebie gońca,Za którym pomyślność nie chodzi?Pozwól mi twéj ręki, pani.Niechaj dar taki otrzymam,Jak najwierniéjsi poddani,Pełni serca i przymiotów:Bo dla usług twych miecza się imamI dla usług twych zginąć jam gotów.
Cóż mu powiem? o chwilo boleści!Cóż mu powiem? ach, umrę z rozpaczy!
O Muleju, czy dobre są wieści?
Czy są dobre, sam król to zobaczyI osądzi... podług mnie, będą dobre.
Cóż tam przecie?
Lecz serce miej chrobreI na wszystko, o panie, odważne,Bo czas ważny i wieści są ważne.
Gadaj wszystko, co wiesz, gadaj śmiało.Eto ma duszę na wszystko wytrwałą,Złe i dobre... z równą twarzą powita.Siadaj, córko...
Czyż mu wszystko obwieszczę?...
Niech twarz złego nie będzie mi skryta.
Trudno mówić... milczeć trudniéj mi jeszcze.Jakoś mi, panie, polecił,Wziąwszy tylko dwie galery,Wypłynąłem z tego portu
Zwiedzić brzegi barbaryjskie.A jakoś chciał, bym podstąpiłAż pod to miasto przesławne,Przed wiekami zbudowaneU Herkulesowych słupów,Ceutą u ludzi nazwane,Które słowo u HebreówI u Arabów znaczyło:Piękność... Jakoż miasto owoI dzisiaj w piękność rozkwita;A na hańbę naszéj wierzeI na wstyd Mahometanom,Na murach dziś portugalskieSztandary nosi i krzyże,I przeciwko flotom naszymObrócone trzyma spiżeI wieczny opór stanowiI wieczną skałę zakładaTwych zwycięstw wielkiemu Nilowi;A z Hiszpanią aż przez morze gada...Pod to miasto podpłynąłem,Abym obaczył rynsztunekI wierny ci zdał rachunek:Ile wież z krzyżowém czołemGrozi ci marnymi trwogi,Ile w nim stoi załogi;Abym wypatrzył, jakimiSiłami weźmiesz je, panie,
Czy od morza, czy od ziemi,Czy przez głód, czy szturmowanie...I wiem, że niebo ci chowaTo zwycięstwo i tę chwałę;Abyś to miasto wspaniałePrzywrócił do swéj korony...Ale dzisiaj trwoga nowa,Inna troska, z innéj strony,Czeka cię, panie: i siłyNa Ceutę przygotowaneBędą Tangieru broniły...A to wiem... bo fale szklaneDepcąc jednego poranku,O téj godzinie, gdy zorzaWyziera nad szafir morza,A na chmur ognistych wiankuSłońce swe rozwiesza włosyPo różach i po jaśminach,Śnieg i ogień udając i kłosy,Sypiące się na fale... w bursztynachOwéj zorzy, gościńcem odmętówSzła girlanda szarawa okrętów,Niby stado tak nikłe, że z razuOczy moje powiedzieć nie śmiały,Czy okręty to były, czy skały...Bo jak na płótnach obrazuMalarz, udawca natury,Jedną kreską czyni góry,
Albo miasta, wielkie grody:Tak i na błękitach wody,Gdy cień się ze światłem pomięsza,Niebiosa do wód się nachylą,Myśl różne straszydła wskrzeszaI błąka i oczy się mylą...Otóż z razu, myśl ciekawaObaczyła tylko tłumI parę i mgłę i szum,Tak blisko przy nawie nawaI tak z daleka płynęły...Potem... gdy niebios dotknęły,Najwyższymi żaglów pióry,Pomyśleliśmy, że chmury,Chmury wielkie, czarne, chyże,Co po niebie lotem goniąI deszcze poczną w szafirze,A tu kryształy uronią.I tak długośmy mniemali;Bo zdawała się tak wielkaGromada ludzi... że z faliMórz nie zostanie kropelka,Kiedy ją w hełmy rozbiorą...Potem statki z piany runem,Jak potwora za potworą,Kiedy idą za NeptunemI z pod skał ciągle wychodząNowe i nowe straszydła...
Nagle!... gdy podniosły skrzydła,Całe w słonecznych opalachI otrząsły je na falach,Myśleliśmy, że fale je rodzą...Wtem bliżéj... ujrzały wzrokiWyraźniéj, już nie obłoki,Już nie skrzydła, nie trytony,Ale jakieś Babilony,Idące po złotéj ziemiZ chorągwiami ognistymi...Wtenczas spostrzegły i żebraOkrętów, tłukące je wały,Pod nimi, jak góry ze srebra,Pod nimi z kryształu — jak skały.Wtenczas poznawszy, że flotaTak wielka i tak przemożna,Kazała rycerska cnota,W niebezpieczeństwach ostrożna,(Bo i to w rycerzu waży,Gdy się dobrze ma na straży),Kazała mi, mówię, panie,Jako świadomszemu morza,Skryć się w tajemne przystanie,Między dwa skalne wydroża,Gdziem bezpiecznie mógł stać z galerami.Otóż ta flota przed namiPrzepłynęła... nie spostrzegła.A ja chcąc wiedzieć, gdzie biegła?
Komu niosła miecz zagłady?Wypłynąłem za nią w śladyI tu... Bogu memu chwała...Spotkałem jeden z ArmadyOkręt.Wiadomo, że całaFlota, na morzu odkryta,Była srogą burzą bita...Otóż jedna smętna nawa,Co większéj doznała szkody,Potrzaskana i dziurawa,Chwiéjąca się, pełna wody,Nie mogąca jéj wyzionąć,Za każdym nowym bałwanemJuż, już... już zdająca się tonąć,Stała na morzu... O! panie,Choć ja jestem Maurytanem,Sądzę, że politowanieW takiem nieszczęściu i stanieOd Maurytan się należy...Przybiegłem, jak sokół bieży,I stanąłem jéj przy boku...A ci rozbici... ach! jakaChęć życia w ludziach!... gdy nagleUjrzeli mię jako ptaka,Ze skrzydłami, ze skrą w oku,Mimo bojaźń, sznury, żagle,Przemieniali na drabiny
I szli w klatkę jak ptaszynyI sami łańcuchy brali...A drudzy im urągali,Widząc schronionych bezpiecznieI drabiny tnąc toporem,Krzyczeli: że umrzeć z honoremI wolnym — jest to żyć wiecznie...I w morze rzucali ciała —Portugalska próżna chwała!!!Od jednego więc z tych wziętychWiem, że owe pawilonyWypłynęły aż z Lizbony,I po falach idą wzdętychTu na Tangier; klnąc się BogiemI rycerstwem, że Dej staryTu, nad wieżyc swoich rogiem,Ujrzy te same sztandary,Co są w Ceucie;... los bataliiTo pokaże, że się mylą!...Podług nich, król Portugalii,Przed którym światy się chylą,Którego zwycięska sławaSztandary swoje zatykaAż tam, gdzie ziemi nie stawa,Gdzie rzymski orzeł lot traci,Wysłał obu swoich braci,Fernandesa i Henryka,Aby tu ich wiek ciekawy
Ujrzał obu w słońcach sławy;I za wielkie nasze klęskiPrzyklasnął, jako wiek klaszcze.Fernand, to mistrz Awiceński,Henryk, to mistrz Chrystusowy;Oba noszą białe płaszcze,Rządzą wielkie dwa zakony:Jeden krzyż ma purpurowy,Drugi wielki krzyż zielony;Oba wiodą różnéj broniDo czternastu aż tysięcy;A niepłatnych jeszcze więcéj,Co idą jak na popisy:A do tysiąca aż koniPoprzebieranych w tygrysy,Na jednorożce przekutych...Taka fantazya jest u tychHiszpanów!!!Te więc szeregiDepcą może nasze brzegi,Albo już u lądu stoją.Spieszmy, o! panie, z obroną.Weź miecz i okryj się zbroją.Weź tę chorągiew zieloną,Podobną do gromów obłoka,Chorągiew naszego Proroka.Niech ze mną straż idzie przedniaI niech się sprawdzi nad nimi
Morabitów przepowiednia:Że tu, w tych piaskach, w téj ziemi,Co nas nosi na swém łonie,Jest grób portugalskiéj koronie.I niech widzą nasze oczy,Jak ta ćma czarnego sokołaPrzefarbuje nasze ziołaI morze krwią na czerwień przebroczy.
Muleju, dość! nie mów daléj,Bo mi żyły krwią wybryzną,Bo dla serca, co się pali,Każde słowo jest trucizną.Pomyślę, aby te franty,Ci dumni, zostali w Afryce.Pomyślę, by tu ciemniceI grób znaleźli infanty.Muleju, weź nieco konnych,Ruszaj zaraz na mórz brzegiI broń, aby te szeregiBrzegów naszych nieobronnychNie wzięły bez krwi. Krew ci powie,Jak uczynić w tym razie należy;I uczynisz, jak czynili ojcowie.Ja tymczasem zgromadzę rycerzyA pośpiechu i sił nie poskąpię,I po tobie krok w krok tam nastąpię.I pokażę, że dzień jeden zakończy
Krwawe nasze wiekowe turnieje;Że mi Ceutę do korony przyłączy,A tu, Tangier krwią hiszpańską obleje.
O! Fenixano! bliski czy daleki,Tak skarg już moje nauczyłem wargi,Że zawsze one gotowe do skargi,I śmierć je chyba zagłuszy na wieki.A choć nie umiesz zazdrości ocenić,Choć mię obwiniasz, że uchybiam tobie,Napróżno chciałbym wyrazy odmienić,Bo zazdrość o słów nie myśli ozdobie.Cóż to za portret? o! dziewczyno srogaCóż to za portret ręka twoja pieści?Któż to jest? powiedz, kto to jest, na Boga!...Ach nie powiadaj! dosyć już boleści...Dość, że go twoja biała ręka trzyma,Że nim jak różą zerwaną kołysze,Ach, dosyć dla mnie, że widzę oczyma,Niechaj przynajmniéj z twoich ust nie słyszę.
Pozwoliłam ci, abyś mnie miłował,Nie pozwoliłam, abyś mnie obrażał.
Jam już wyrazów prędkich pożałował,Bom w żalu mówił i na styl nie zważał.
Ja wiem, że mówić potrzeba inaczéj,Ale któż myśli o słowach w rozpaczy?Milczeć?... ach, miłość potrafi ogłuchnąć,Milczeć... Lecz zazdrość... ta musi wybuchnąć,Musi wybuchnąć.
Chociaż mi się zdaje,Żeś nie zasłużył, bym się tłómaczyła,Ponieważ różnych mam wymówek siła,A mam ich wiele... najlepszą ci daję.
Więc masz wymówkę?
Mam.
O! Bogu dzięki.
Ten portret z ojca mojego mam ręki.A przysłał mi go...
Kto?
Fezki królewic.
W jakim zamiarze?
Bo mój ojciec stary,Który się nie zna nic na sercu dziewic...
Co?
Pretenduje, oraz ma zamiaryTe dwa królestwa Fezu i Tangieru...
Dość! Ta wymówka jest podobna zeru.Taką wymówkę dajesz? o! nie dzięki!Nie dzięki tobie... Czy masz lepszą inną?
Ale ten portret ja mam z ojca rękiI sądzę, żem jest zupełnie niewinną.
Winnaś! bo trzeba było... trzeba było...Choćby ci ojciec zagrażał mogiłą,Portret odrzucić.
Jakąż dać przyczynę?
Nie wiem... co skłamać.
Z kłamstwa ja nie słynę.Cóż miałam czynić?
Co? umrzeć w potrzebie,Jabym to łatwo uczynił dla ciebie.
Przymus był wielki.
Ach! serca zmienienie!
Przymus i siła.
Któż się podda sile?
Cóż więc być mogło?
Moje oddalenie!Ach, oddalenie podobne mogile,Które mnie w grobie ciemnym położyło.A teraz jeszcze drugi raz odjadęA ty mię drugą nakryjesz mogiłą.
Otóż, Muleju, dam ci jedne radę:Abyś tu zaczął skarżyć się w TangierzeI aż do Fezu ciągnął to stękanie.
Zaprawdę boleść moje tak rozszerzę,Że aż do Fezu za tobą dostanie.
A teraz bądź zdrów, jedź, bo już nie rano.Przymus ci każe opuścić te mury.
I odsyłasz mię? o! Fenixano?I nie oddasz mi téj miniatury?
Ach, jak smutna to chwila... ach, smutna
Miniatura ta na mnie spoziera!
Więc ci z ręku ją wydrę, okrutna,To, co serce mi z piersi wydziera.
Pierwszy, o! piękna Afryko, wyskoczęNa twoje brzegi i nadepcę nogą.A ty czuj, jak cię moją stopą tłoczę,A ty czuj pana i poddaj się z trwogą.
Ja drugi skoczę na ląd.
O! mój Boże!Aż tu ścigają za mną wróżby czarne?
Nic, Don Henryku; wróżba nic nie możePrzeciw krzyżowi — strachy to są marne.A że upadłeś? to ja tak tłómaczę,Że ziemia, pana uczuwszy i księcia,Sama się jemu chciała dać w objęcia.
Ziemia to pusta... Araby tułaczeI Poszli w pustynie.
Tangier zawarł bramy.
W mieście my naszych wrogów poszukamy.Niech z harmat pierwéj wystrzelą na salwy.Ty, Don Żuanie Coutinio z Miralwy,Idź i pod miasto podbiegnij zamknięte;Ostrzeż, niech próżną nie drażni obronąOgnia i miecza, bo gdy będzie wzięte,Domy się zwalą w krew, kościoły spłoną.
Wkrótce pod miejską ujrzycie mnie broną;Choćby to miasto na dymu ciemnicyStało jak wulkan z krwi i z błyskawicy.
Chwała Bogu! że przecie stoję o swéj sileNa brzegu, kędy moje widzę i apryle;A już nie te przeklęte bałwany i szkuty,Kakatosy, maestry, gdzie człowiek ma buty,Ale chodzić nie może; gdzie od kul ucieka,To wpada w morze, kędy pan ludożer czeka.Jak to mówią u ludzi, spadł z rynny pod wodę.Dość morza — lubię lepszą na ziemi wygodę.
Kochana ziemio moja, noś mię, ja człek lądu,Radbym ostatecznego doczekać się sąduNa ziemi, nie na morzu.
Co ty nań uważasz?
A ty czemu się wróżby marnymi przerażasz?Dla czego smętny stoisz z rozwianymi włosy?
Duch mój pełny przestrachu. Przeciwne nam losy:Z Lizbony wyjeżdżając, gdy szeregi dzielneWsiadały, to ja strachy widziałem śmiertelne.Zaledwo barbaryjskich dotknęliśmy lądów,Słońce, jak gdyby na dzień ostatecznych sądów,W chmury krwawe zabiegło i w niebiosa wklęsło.A morze ciemne, czarne, okrętami trzęsło.I teraz, gdy nań spojrzę, to kolor ma takiJak krew. Patrz na niebiosa, zewsząd czarne ptaki.Patrz nad morzem... jakby z mgły posępne osoby.Patrz na ziemię... zdaje się, że wszędy są groby,W które za każdym krokiem człowiek błędny wpada.
Moja miłość inaczéj to wszystko wykłada:Że nam burza uniosła jeden okręt zbity?To zwyczajny przypadek. Że niebios błękityZaćmiły się i kolor wzięły szczerozłoty?Poważny? to nie groźba, ale cześć dla floty.
Że potwory za nami wyzierały z morza?Że czarną chmurą ptaków migotała zorza?To nie przeciw nam wróżba, lecz strach na Araby;Wszakże tych ptaków nasze nie niosły koraby?Nie ciągnęły za sobą? ale tu znachodzą?Więc téj arabskiéj ziemi owe wróżby szkodzą,Jeżeli są wróżbami. Maur niech patrzy na nie.Ale my, mój Henryku, oba chrześcianie,My, cośmy nie dla marnéj tu przyszli potęgi,Nie po to, aby nami zaczernione księgiPo wielu wiekach o nas do ludzi gadały;My, cośmy tu dla Boga i dla jego chwały,Abyśmy kościół jego szablami podparli;Z tą wiedzą, że zarówno obabyśmy zmarli,Choćbyśmy tylko szczęścia szukali jak drudzy;Czegoż się boim Boga? wierni jego słudzy!Czemuż my się na wróżbach oparli nie na nim?My, cośmy przyszli z naszéj krwi ofiarowaniem.
Ale cóż to od pola?
Książęta,Kiedym wasze wypełniał rozkazy,Tam, gdzie góra w łuk zagiętaŁamie się w piętra dwa razy.Usłyszałem w strasznéj wrzawiePod nieba strefą niebieskąZlatującą konnicę Fezką...
Zdawało się, że żórawie,Na Pigmeów w wielkim gniewie,Szary klucz na niebie klecą.Ziemia nie wie i wiatr nie wie,Czy oni biegną, czy lecą.
Idźmy powitać te wrogi.Niech strzelce staną na czoło.Siodłać konie, a wesoło!Wdziać kolczugi — od głów do nogiZbroić się i stawać w szyku!O! szczęśliwy dzień, Henryku,Zwycięstwo nam w ręce dane.
Ja, twój brat, przy tobie stanę,Piersi także mam niezłomne,O strasznych wróżbach zapomnęI pokażę, że śmierć mię nie trwoży.
A ja tam, gdzie śmierć się srożyNie pójdę... w każdym hazardzieJa stoję na ariergardzieI wulkan ze mnie wybucha.
Ach jaka tam zawierucha!Jaki blask, jaki bój srogi!Niech się biją — a ja w nogi!
Łatwo brać zwycięskie laury.Uciekają zbite Maury.
Pole całe pełne łupów,Koni, mieczów, siodeł, trupów.
Gdzie Don Fernand?
Z całą liniąArabów znika w obłoku.
Chodźmy za nim, Don Coutinio.
Zawsze obaczysz mię przy twoim boku.
Tu, na téj ogromnéj puszczy,Co zdaje się grobem ludzi,Gdzie krew z ciał pobitych pluszczy,Koń leży i pan się nie budzi,Sam zostałeś, Maurze młody,Nad pobitymi narody.I twoje gdzieś orle źrzebie
Przez pola pobiegło krwawe,Tocząc pianę i kurzawę,Pod sobą kurz, a pianę z siebie...I oddało cię bez broniŁupem téj rycerskiéj dłoni.Horyzont, jak okiem objęty,Podobien do jednéj trumny.A ja twojém wzięciem dumny,Więcéj dumny, żeś ty wzięty,Niż, że te pola oblaneSą krwią, aż tam gdzieś w błękit giną,Tak, że oczy smętne tą ruinąI czerwienią tą jak obłąkaneOdwracają się, nie wiedząc, gdzie natrzećOstrzem wzroku znużonych promieni;Aby ciągle na nieszczęścia nie patrzeć,Aby ciągle nie widziały czerwieni.Ja, gdym cię silném ramieniemWziął, mężnego tak wojaka,Wybrałem sobie rumakaZ próżnem siodłem i strzemieniem,Którego ojciec był burzą,A matka była płomieniem;Bo płomienie i wiatry mu służą,Równe jemu robiąc rodowody.A ja jeszcze powiem, że był z wody,Taką szerść miał i rzadkie tak piegi;I tę wodę przemienię na śniegi
I znów powiem, że wody był synem.A co do prędkości — delfinem,A co do krwawości — był smokiem,Co do lotu — był, mówię, obłokiem,Co do nozdrza — był szczerym rubinem,A był orłem, gdy puścił się lotem,A gdy piersią uderzył — był grzmotem;A pod dumnym — szedł z dumą szlachecką,A pod starcem — jak starzec poważnie,A pod cichym — spokojnie jak dziecko,A pod silnym — jak rycerz odważnie:I na jego kark i siodło jegoSiadłem z tobą, jak z broni kolegą;A on zda się, jak łódź, co się ślizga,Pruł się piersią przez krwawe bałwanyI gniótł pole, co krwią naszą bryzga.Ale czy to jego wnętrzne rany?Czy ta myśl? zwyciężonych tak bliska,Że kark jego zwyciężca uciska,Czy nad tobą może zlitowany?Gdy pomyślał, że obu nas wiedzie,Obu włożył na kark swój niechętny:„A ten Hiszpan taki wesół gdzieś jedzie!„A ten Arab jedzie taki smętny!“Ach i może ta myśl nie pozbyta,Że ojczyznę zdradza, mnie unosząc,Padł, oczyma litości nas proszącI załamał się na cztery kopyta
I dech oddał.I powiedz mi teraz,Czemuś taki smutny, przyjacielu?Gdy się zwracam — a obracam się nieraz —Choć mi taisz twą boleść, Arabie,Widzę jasno, żeś pełny trosk wielu.I podobnyś jest żelaznéj sztabieI téj stali, co zgięta odskoczy...Lecz ból, wulkan, przez usta i oczyCiągle z ciebie jak ogień wybucha:Niepodobna! by takiego duchaMarna boleść poddała swéj woli?Abyś cierpiał tak na téj niewoli,Ty, co wolność przedałeś tak drogo.Inna jakaś być musi przyczyna?Jeśli troski podzielić się mogą,Jeśli sądzisz, żem na to zasłużył,Mów, o! Maurze, dla trosk to jedynaPrawie ulga... a jam serca nie zużyłI obaczę, widząc ranę twoją,Czy ta rana jest z tych, co się goją.
Widać, żeś równie szlachetnyJak odważny, mój Hiszpanie.Równie mieczem jak językiemUmiesz czynić zwyciężonych.Miecza twego niewolnikiemByło ciało, co nie boli...
Teraz wziąłeś do niewoliMego ducha. DoskonałyJesteś rycerz! Na dwie bronie;Moc masz i w ręku... i w łonie...Twoim jeńcem jestem cały.A ponieważ ty wzruszonyLitością pytasz, Hiszpanie,Czemu ogień i żal słonySypią mi z oczu perłami?Uczynię tobie wyznanieI sercu ulżę ustami.Nie dla tego, że mnie boliSerce i skarżyć się pragnie...Bo nieszczęście do skarg mię nie nagnie...Ale, że to z twojéj woli,Ażebym ci się poskarżył...Wiedz, że jestem urodzonySynowcem króla Fezkiego,A zowią mnie Mulej Chekke.Królewska krew płynie we mnieI serce mi wielkie grzeje,Bowiem ród mój uświetniliRóżni basze, belerbeje.A rodziłem się w tym roku,Gdyście wy Gelwy tracili,I ze smutnego wyrokuMatce kosztowałem życie,Smętne fortuny igrzysko!
Gelwańskie, krwi pełne poleByło mi pierwszą kołyską.A odtąd... ciągłe niedole,Nieszczęścia mnie ciągle goniąI pokoju ciągle bronią.Albowiem, kiedym do FezuPrzybył, dziecko, z moim stryjem,Przyjechała tam dziewicaI w bliskim domu, przez ścianę,Stanęła, i odtąd serceZostało w niéj rozkochaneI do śmierci tak zostanie.Ach! bo ta miłość, Hiszpanie!W zawiązkach swoich tak drobna,Zaczęta w dzieciach tak tkliwie,Taka, zda się, niepodobna,(Gdy sobie serce tłómaczy)Ani się skończyć szczęśliwie,Ani się skończyć inaczéj,Ani się mogąca dźwignąć,Ani zerwać, ni ostygnąć...Z tą miłością wychowaniRośliśmy, panie, oboje.I dziś zarówno nas raniTa miłość w serc naszych dwoje,Ciskając razy niemylneNa serce słabe i silne...Ach... z mojém tak uczyniła,
Jako woda z marmurami,W które ciągle bije łzami,I tak będzie ciągle biła,Ciągle biła, aż je strawiI w marmurze ślad zostawi;Tak łzy me nowe i noweNa serce pięknéj spadały,Aż serce twarde, ze skały,Serce jéj dyamentowe,Na które sto razy spadły,Przegryzły na wskroś i zjadły...Ach, i nie moje to cnoty,Że teraz serc naszych dwojeSą, jakoby dwa powoje,Wzajemnymi wite sploty.W tym stanie przeżyłem lata,Zapomniawszy prawie świata.Rozpływając się w jéj wdziękach,W pierwszéj miłości jutrzenkach,Pijąc pierwsze tajemniczeTroski i pierwsze słodycze...Gdy oto, w nieszczęsnéj chwili,Rozstałem się z nią na czas krótki;I stąd idą moje smutki,Stąd płynie mój żal ogromny,Bo ją z drugim zaręczyli,Kiedym ja był nieprzytomny.Teraz powiedz, czym szaleniec,
Że klnę fortunie bogini?Tamten jest wolny... jam jeniec!Jam jest daleko... on przy niéj!
Szlachetny Maurytańczyku,Dobrze mi smutki wykładasz.Jeśli tak kochasz... jak gadasz?Tak cierpisz?... jak w serca krzykuSłychać, gdy boleść malujesz,Jeśli tak z ognia usychasz?Ach! i tak tęsknisz? jak wzdychasz,Ach! i tak wzdychasz? jak czujesz,Widzę, że wiernie miłujesz.Więc honorowi nie skłamię,Wodzu maurytańskich galer,Idź i powiedz swojéj damie,Że portugalski kawalerPrzysłał cię za niewolnika,A ją ci daje za pana.A jeśli obligowana,(Bo to dziewic serce łechce)Skarby swoje poodmykaI płacić za ciebie mi zechce?Ten okup weź, Maurze młody,Bo będzie wielki, jak sądzę,Zmień na miłości pieniądzeI miej z niego wieczyste dochody.A teraz jedź mi szczęśliwie,
Oto koń twój własny wraca.Ja wiem, że kto kocha tkliwie,Temu czas płynie leniwie;Więc ci czasu, Arabie, ukracaMoja miłość, a ty się nie zmuszaj,Siadaj na koń, rycerzu, i ruszaj.
Słów mi teraz nie staje w potrzebie,Ale wdzięczność ma inne oznaki;Wiem, że daru przyjęciem pochlebię,Lecz mi powiedz, proszę, ktoś ty taki?
Portugalczyk i szlachcic... nic więcéj.
Pokazałeś to czynem i słowy,Bądź co bądź, w grunt nie siałeś jałowy.Twój niewolnik...
Ujeżdżaj co prędzéj,Koń twój czeka.
Więc otwierasz mi szranki?Więc chcesz, aby serce w niewolnikuUderzyło znów przy sercu kochanki?
Tak, zaprawdę, szlachetnym być trzeba.
Hej! szlachetny mój Portugalczyku!
Co mi powiesz?
Gdy pozwolą mi nieba,To ci kiedyś za dar taki odpłacę.
Bądź szczęśliwy!
Teraz ja się bogacę...Ale dar twój, panie, nie padł w wodęI na końcu, na ziemi odbierzeSwoje żniwo i swoje nagrodę.Mój Hiszpanie, niech Allach cię strzeże.
Jeśli Allach Bogiem, niech cię broni,Lecz cóż to za tentent koni?Co to za trąby i krzyki,Którym powietrze przykłasło?Tam, z drugiéj strony kotły słychać Marsa hasło.Ha! mój brat Henryk.
Gdzie jesteś, Fernandzie?Dawno cię szukam.
Cóż tam za nowiny?
Bracie, Fezanie idą i Murzyni,Budząc te echa; Tarudant z wojskamiKrólowi Fezu przybył dla odsieczy.A król podparty z MaurytańczykamiZrobił wycieczkę, bije nam na czoło,Kiedy Tarudant nam odwrotu przeczy.Zewsząd straszliwe nieprzyjaciół kołoW swoje żelazne objęło nas wieńce.Oblegający my i oblężeńce,Z téj ciemnéj chmury, co się na nas toczyBłyskawicami bici w same oczy,Zmieszani... Cóż nam, Fernandzie, zostało?Powiedz, co czynić?
Co? umierać z chwałą.Niech nacierają ci oba alianci,My na śmierć idźmy jako wojownicy,Jako dwaj mistrze, jako dwaj infanci,A choćby tylko jak Portugalczycy.Idźmy i krzyczmy hasło dwóch zakonów:Ave i Chrystus... hasło nasze stare,I stańmy oba na czele szwadronów,I umierajmy, mój bracie, za wiarę.
Złe lądowanie jest wszystkiemu winą.
Nie czas się teraz zatrudniać przyczynąZłego... gdy zewsząd wróg i krew i jęki...Do poratunku trzeba użyć rękiPrzeciwko siłom Tangieru i Fezu.Za mną!... W twe Imię Przenajświętsze, Jezu!Za mną!
Otóż i śmierć! otóż i sztuka!Pięknie ten rycerz swojém hasłem pukaW bramy niebieskie, klucze przenajświętszePewnie otworzą mu te wielkie gmachy,Gdzie święty mieszka aż na siódmém piętrze.Co do mnie, czuję nieśmiertelne strachy,Które mi sercem jak dyabły szamocą,Rozmyślam na co my tutaj i poco?A z rozmyślania to wynika mego,Że odtąd mam się już za umarłego.
Kto się broni tak uparty?Szabla moja, piorun żywy,Który spada aż ze sfery czwartéj.
Choć co krok ja nieszczęśliwyChrześciańskie depcę ciała,Beka moja nie omdlała,Nie straciłem mocy w duchu.Jeśli ja piorun? ty trup... Ty piorun? ja skała.
I prawda, że mnie dobrze nadeptał po brzuchu.
O! rycerzu! twoje męstwoNie widzi, że słabo walczę;Że chciałbym ci dać zwycięstwo.
Co mi powiadasz, zuchwalcze?Nie przyjmuję takich danin.Broń się!
O! straszliwa męka!Gdzie nadepcę i spojrzę na trupa, Chrześcianin!
Nadeptał mnie, lecz o mnie niechaj się nie lęka.A gdyby lżéj mnie deptał, to byłby rozumny.
Portugalczyku dumny,Oddaj mi twoję szpadę;
Pod strażą cię zostawięI rękę na sercu kładę,Że obejdę się łaskawie,Choć twojego miecza znakiNa piersi rozdartéj noszę.Powiedz, mężny, ktoś ty taki?
Nie dam ci mego nazwiskaAni szpady... o śmierć proszę.
Ten miecz, o! panie, co w twém ręku błyska,Już okręcon koło głowy;Przez tę pierś chyba dostanie,Jak przez mur dyamentowyMego księcia. Do Fernanda. O! mój panie!O! mój książę! krzep się w sobie.Teraz, teraz ja przy tobieAż do śmierci.
Stój! co słyszę?Księcia Fernanda oglądam?Większego łupu nie żądamI ten wielki dzień zapiszęPomiędzy najszczęśliwszymi.Zatrzymać ludu zagładę...A ty, królowi téj ziemi,Fernandesie, oddaj szpadę.
Co widzę? o! biada jemu!
Królowi tylko samemuOddaję ten oręż święty,Nie chcąc jak desperat ginąć.
Jak widzę, próżne wykręty!
Ach! co widzę? brat mój wzięty!...
Patrzaj, ale boleści nie wydawaj głosem.Bo to, mój miły bracie, zwycięstwo nad losem,Jeśli go człek wolny umieUpokorzyć i poddać pod jarzmo swéj dumie.
Tak, Henryku, twój brat się dostał do niewoli...A choć mogę i słuszność mi, sądzę, pozwoli,Abym go na śmierć skazał, serce mam ruszone.Bom tu przyszedł na własnéj korony obronę;A los, który mię panem niespodzianym robiWaszéj krwi, więcéj waszą niewolą ozdobi.Więc owszem z ciągłą myślą o tym niewolnikuPowracaj do ojczyzny i powiedz, Henryku,Duartowi królowi, że temu poruczę
Więźnia, co mi przywiezie złote Centy klucze,Nie inaczéj. A teraz, jako moja własność,Do Fezu za mną raczy twa książęca Jasność.
Jako u mojéj sfery słońcem idę wszędzie.
Ach! serce moje smutek dwojaki posiędzie,W miłości i w przyjaźni mając swe powody.
Henryku, ja zostaję tu pełen pogody;Na zło i dobro... wytrwam jak ludzie niezłomni.Jedź i proś brata, niechaj o mnie się upomniJako pan chrześciański.
On się zobowiąże...
Niech się upomni jako chrześciański książę...Jak katolik.
Takim ja, mój bracie, powrócę.
Teraz pozwól, że w twoje objęcia się rzucęI uściskam, bracie mój, Henryku kochany!
Ty wzięty, a mnie kładziesz na szyję kajdany?
Bywaj zdrów, Don Żuanie.
Żywot mój bez celu...Ja tu, z tobą.
Więc zostań ze mną, przyjacielu.
O! dzień pełny nieszczęścia!
Wszyscy bądźcie zdrowi!Jedź, Henryku, i powiesi! odemnie królowi...Nie, nic nie mów! Słowom to powierzać daremnie,Ot, tylko te łzy moje zanieś mu odemnie.
Zara! Estrella! Roza!... Cóż?Nikogo nie ma oprócz róż?
Piękna! w wołaniach imię zmień,Ja ci odpowiem, lutni słodka!I oko twoje mnie napotka,
Boś ty jest słońce, ja twój cień.Za tobą chodzę nakształt chmur,I słysząc echo twego głosu,Wołanie twoje, zszedłem z gór...Co dumasz?
Ach! z mojego losuGirlandy sobie czarne plotę.W górach, gdzie jedno pochlebne,Wolne, niewdzięczne i srebrneI słodkie i szepcące tęsknotęŹródło ma tajemną grotę,I stamtąd strumieniem bieżyKwiaty łąkom malujące;Pochlebne, bo szepce coś łąceA własnym słowom nie wierzy;Niestałe źródło i zwodne,Bo chociaż szemrze, pogodne;Wolne, bo otwarcie gada,Gdy głos zefirom poruczy;Szalone, bo ze skał spada,A słodkie, bo w trawach mruczy;A głośne, bo słyszane z daleka;A niewdzięczne, bo ucieka;Tam, przy tém źródle, zmęczonaŚciganiem za jedną sarną,Z melancholią moją czarnąLegłam... a góry téj strona
Pokryta nakształt płomykówKrzyczącą jaśnią gwoździków,Jakoby falą karminówI szmaragdami jaśminówBłyszczała... Ledwo z tęsknotąSmętnym się oddałam dumomI samotnym źródła szumomI wielkiéj ciszy... gdy otoSzmer usłyszałam za sobą:Przelękła, skoczyłam z trawyI twarz w twarz z ciemną osobą,Z duchem kobiecéj postawy,Z czarną spotkałam się marą:Z Afrykanką suchą, starą,W łachmanach, z pochyłym grzbietem;Z cieniem człowieczéj postaciI z cienia tego szkieletemZeszłam się. Zda się, pień drzewa,Co korę spróchniałą traciI bursztynem się oblewa.Gdy czarne myśli naraisz,Czarne wróżby ci przychodząI straszą i sercu szkodzą,Nim się do nich przyzwyczaisz.Gdy mię wzięła ta szalonaZa rękę, szatańskie plemię!Myślałam, że wrosłam w ziemię,Że byłam drzewem jak ona...
W oczach mi czarno i dymno...Od jéj rąk szło we mnie zimno;I broniłam się daremnie,Od niéj strach przechodził we mnie...A jéj głosy obłąkane,Pełne urągań bezczelnychI jadów pełne śmiertelnych,Ciche, zaledwie szeptane,W sercu się odbiły głucho,Tak jak węże lazły w ucho.„Nieszczęśliwa niewiasto!“ wrzasła,„Nieszczęśliwa! śmierci będziesz łupem!Proś, by piękność ta twoja zagasłaWprzód, nim zmarłych zostanie okupem.Tak... ta piękność twoją będzie cenąA kupiony towar będzie trupem.“To wyrzekła, a ja taką scenąZatrwożona i dotąd lękliwa,Pół umarła a jeszcze pół żywa;Ach! i lepiéj bym cała umarła!Niżby ta wróżba straszliwa,Wiedźmie téj wydarta z gardła,Była prawdą, nim wejdę w mogiłę,Nim te oczy blask niebios utracą.Ach! więc ciało ludzkie! ciało zgniłeOszacują i mną żywą zapłacą.
Porzuć, piękna, te rozpacze,Ja ci te sny pełne trwogiJedynie przez mój los srogiRozwiążę i wytłómaczę.Tarudanta masz być żoną!A jeśli go nie pokonam...(Ach! na same tę myśl konam!)To pewnie, że moje łonoNa dwoje mieczem rozkroi,Nim go twa miłość napoi....Więc zawsze widzę z daleka,Jak mi los okrutny grozi;Za mnie, martwego człowieka,On cię dostał i uwozi;I tak... o! moja Syreno!Przyszłość wróżbę sprawdzoną zobaczy;Bo ty mego trupa będziesz ceną,Bo z miłości skonam i z rozpaczy.
W tym ogrodzie, kopiąc grzędy,Skorośmy tylko postrzegli,Panie, że przechodzisz tędy,Wszyscyśmy oto przybiegliU nóg twoich się położyć.
Bóg nam pozwolił téj pociechy dożyć!I tę nam ulgę w nędzy dał jedyną.
Tyś jest litosny! bo łzy twoje płyną,Ty niewolników litujesz się męce.
Bracia! podajcie mi ręce.Bóg, co widzi ludzkie duchy,On wie, że tymi rękamiChciałbym zdjąć wasze łańcuchy,Ale nie mogę... Bóg z wami!...Pracujcie cicho i skromnie,A częściéj o Nim niż o mniePamiętajcie... Smętna chwila!..Ale też miéjcie nadziéję,Bo zło, gdy nad miarę przeléje,To się często na dobre przesila.Pomnąc, że i w ostatecznymBazie odwaga pomoże,Idźcie z losem koniecznym,Sercami nie bądźcie w sporze.Uwaga ta niech was czyniOdważnymi na fortuny upiora,Bo to dziwna na świecie bogini!Trup z niéj dziś, a kwiat był wczora,To się może znów jutro zaśmieje.O! Boże! cóż dawać rady!
Kiedy ten tłum taki bladyI smętny... takie łzy lejeTrzeba te nauki schować,Aż ich serca jęk nie zgłuszy.Chciałbym was czém udarować,Ale nie mam nic przy duszy,Przebaczcie mi, przyjaciele!Nadzieją się z wami dzielę,Bo sądzę, że nam z ojczyzny,Co pewnie tam o nas pamięta,Przybędą wkrótce okręta,Zgoją cierpienia i blizny;Wtenczas, co ja mam na świecie,To będzie moje i wasze.Wszystkich rękami opaszę!Wszyscy ze mną pojedziecie!Teraz idźcie już, biedacy,Srogo bardzo spracowani;Idźcie znów do waszéj pracyI bądźcie panom poddani.
Twoje zdrowie, panie nasz,Nieszczęsnym nam dodaje sił.
Bogdaj ty setne lata żył!Bóg ciebie weź pod swoją straż!
Duch mój został pełny mąkI w smętném dumaniu stoi,Żeście wy od moich rąk,Biedni, tak odeszli z niczém!Biedni! biedni bracia moi!Któż nad sercem niewolniczemUlituje się prócz Boga?
Tu byłem. I żałość srogaZdjęła mnie... i z uwielbieniemPatrzałem, z jaką miłościąTraktowałeś niewolniki.
Zaprawdę, żem przejęty litościąI przejęty był cierpieniem,Patrząc na te męczenniki,Które pan do taczek pędza...I uczyła mię ich nędza,Jak znosić więzy haniebneI los swój dźwigać biednemu...Kto wie? może mnie samemuWkrótce to będzie potrzebne.
Co wasza Jasność powiada?
Co?... kto się infantem rodził,
A dziś pan nim obcy władnie,Niech wie, że los często spada,I spadł już i jeszcze spadnie.W infanctwo mię już ugodził;A kto wie? może niżéj pokłoni?...Dzień za dniem nieszczęsny goniI płacz z płaczem w łańcuch wiąże.
Nie mniejszy mój ból, o! książę!Chociaż innego rodzaju,Bo wasza Jasność do kraju,Jak sądzę, wkrótce powróci...Ale to, co mnie tu smuci,Ratunku znaleść nie może;Troska moja bezimienna...Fortuna jak księżyc zmienna.
Gość jestem na waszym dworze,I twój los mię serdecznie obchodzi,A tyś mi nie dał nowiny,Jak się tam tobie powodziZ sercem téj cudnéj dziewczyny?
Łaski były na mnie zlane.Ale wielką tajemnicąUsta przypieczętowaneI tą pieczęcią zamknięte...Lecz przyjaźń ma prawa święte,
Więc z jakąm winien różnicą,Tym dwóm a równym potęgom,Obojgu serca przysięgom,Powiem mową nieudolną,Ile mi powiedzieć wolnoI com ci winien istotnie.Miłość ma cierpi samotnie,I bogata jest i biedna,Bo jak Fenix na świecie jest jednaI nie ma podobnéj sobie.Miłość moja jest na próbie,Bo dla oka, myśli, duszy,Fenix jest skrą wyobraźni;Fenix powodem katuszyDla czucia, miłości, bojaźni.Fenix nadzieję mi niszczy,Gdy wątpię i czuję trwogę...Lecz gdy się na duchu wzmogę,Fenix mi nadzieją błyszczy.Fenix moją wieczną troską!Fenix moją iskrą boską!Tak méj przysięgi nie łamiąc,Przyjaźni fałszu nie zadam,Bo o Fenixie ci gadamI nie milcząc i nie kłamiąc.
Więc ci powiem bez ogródki,Otwarcie, żeś nie wart litości;
Bo Fenixem są twe smutkiI Fenixem ty jesteś miłości.Lecz mój ból, miły kolego,Mój smutek, to co innego...Ludzie go pojmą niejedni,Bo to jest smutek powszedni,I wielu już tak cierpiało.
Książę, oto za tą skałąI tam za tymi parowyKazałem przyrządzić łowy.Nim słońce swój wieniec spaliPośród pereł i korali,Strzelce zaskoczą z przeciwkaI tygrysa nam napędzą.Dla księcia to będzie rozrywka.
Panie, twe ręce nie szczędząCiągłych łask. Utrudzasz głowę,Zawsze wynajdując noweRozrywki rozrywkom bliźnie;Jeśli tak zwykłeś, pan dziki,Traktować twe niewolniki,To zapomną o ojczyźnie!
Więźniom takim jak ty, panie,
Którzy panów swoich szczycą,Takiem winien traktowanie.
Panie, idź i spójrz strzelnicaNa morze, a mówię szczerze,Ujrzysz najpiękniéjsze zwierzę,W którém się i dzikość szczeraI ludzka maluje sztuka.Jedna chrześciańska galeraDo drzwi tego portu stuka.A taka piękna i wolna,Choć cała czarna i smolna,Że nam pojąć niepodobna,Patrząc na tego sokoła,Jak ona razem wesołaI w wesołości żałobna?Wszyscy tam wysoko stańcie,Portugalski herb ujrzycie.Żałoba ta po infanciePrędko nam pociechą zlegnie,Bo z jéj lotu po błękicieWidać, że po niego biegnie.
Przyjacielu, Don Żuanie,Omyli cię ta rachuba.Zły to znak to jéj ubranieI ta żałoba jéj gruba.
Oj, byliby oni biali,Gdyby po mnie przyjechali.
Rąk mi pozwól, Tangierski mocarzu.
W szczęsny czas wasza Jasność przybywa...
Don Żuanie, już ja na cmentarzu...
Ceuta moja!
Niech mi wasza mościwaŁaska brata uściskać pozwoli.
Mój Henryku, czemu téj niedoliZnak na tobie? i twarz taka blada?Dość!... Twa postać mi to sama powiada.Słów nie trzeba, bo mówią twe oczy...Nie płacz, bracie, ja wiem, co cię boli,Ja wiem, co ci serce tłoczy.Masz mi donieść, że zostanę w niewoli?...Ha! to dobrze, ja tego i żądam.Niepotrzebnie cię w żałobie oglądam,Mogłeś przyjść tu wesoło i w bieliI mnie mogłeś uścisnąć weseléjI ucztować na każdym popasie...
Jak się ma brat mój miły i król mój?Nic nie słucham, aż powiesz, jak ma sięBrat i pan mój...
O! bracie, ach, ból mójBez wyrazów... ach! ty nie wiesz, co czuję.Niech raz tylko poselstwo sprawuję,A ty, bracie, co mi towarzyszyszSercem w mowie, raz me słowa usłyszysz,I dość będzie jednego słuchania!
Panie, chociaż na téj górze,Gdzieś przybył dla polowania,Nie w stolicy twojéj murze:Podaruj mnie swą uwagąA tego jeńca wolnością.Kiedy wielką nawałnością,Kiedy wielką fal przewagąBici, na morskich rozruchach,Utraciliśmy armadę;Gdy infant został w łańcuchach;Gdy te wieści, jędze blade,Rozkołysane przez dzwony,Przyleciały do LizbonyZ wiatrem, co po morzu dyszał;Kiedy król o nich usłyszał,To bez żadnéj prawie skargi
Wpadł w melancholie serdeczne,A z melancholii w letargi,A z letargów we sny wieczne.I zwłoki jego dziś leżą,Płacze go ciżba nabożna;A ludzie, patrząc, dziś wierzą,Że z boleści umrzeć można.Niebieska mu świeci chwała!
Tyle brata kosztowałaMoja niewola!
Wie Alla,Ile mię ta śmierć zasmuca.
Otóż król, co świat porzuca,W swym testamencie pozwala,Owszem, każe dać fortecęCeuty za infanta osobę...A ja, przywdziawszy żałobę,Od króla Alfonsa lecę,Jako od dziedzica tronu,Którego jeszcze nie znacie,Oto z tym aktem...
Stój, bracie!Słowa te pełne pokłonu
Nie tylko że nie są godneKrwi królewskiéj i wyrodne,Nie godne są ust infanta,Nie godne mistrza zakonu,Od którego wiara czekaWsparcia i wiecznego zelanta;Lecz nie godne są człowiekaI nie godne barbarzyńca,Co nigdy o Chrystusie nie słyszał,Że mój brat, (niech mu Bóg świeci)Włożył ją do testamentu,Tę klauzę — to tylko na to,Aby u ludzi wiedziano,Że brat dba o swego brata;Nie na to, aby czytanoI tłómaczono to słownie.Jeśli rzekł: oddajcie Ceutę,To ma się znaczyć, że trzebaPowolnie, albo gwałtownie,Z pomocą ludzi i niebaUpomnieć się o infanta.Jakżeby król katolickiJak on, wierny, sprawiedliwy,Taki król jak on? — nieżywy.Na swój proch oddany lauromKładł taką okropną plamę,By Ceutę oddawać Maurom,Tę Ceutę — miasto te same,
Gdzie on pierwszy, zdjęty żarem,W imię przenajświętsze Pańskie,Ze szpadą i ze sztandaremPrzyskoczył i chrześciańskieChorągwie zatknął na wieżach.A teraz byłożby czynemGodnym téj sławy w rycerzach?By miasto, które wyznało,Że Chrystus jest Boga synem,Kościoły pozakładało,Gdzie się imię Jego święciPośród serdecznych płomyków,I męka się ma na pamięci,Aby kościoły już starePrzez ludzi, przez katolików,Przez ludzi, co mają wiaręI tego Boga wyznają,Przez ludzi, co serca mają!Przez nas! przez Portugalczyków!Były?!... Aby te kościoły,Które złoconymi czołyPodpierają mleczne pasy,Jak naszéj wiary Atlasy;I na krzyż złoty pobożnyWieszają słońca czerwone;Aby przez księżyc dwurożnyByły na niebie zaćmione,Jęcząc tak jak męczennice!
Więc-że teraz te kapliceOpuścilibyśmy tajnie?Oddawszy na stodoły i stajnie;Albo, czego ten Maur łaknie,Na Mahometa meszkity?Gdy to mówię, tchu mi braknie!Gdy myślę, stoję jak wryty;Język mi w ustach kościeje,Włosy wstają, pot się lejeI drży całe moje ciało!Bo choć to nieraz bywało,Że jaka stajnia ubogaUgościła Pana Boga,I dała mu sen w swoim żłobie,Lecz meszkity? Boże Panie!Ach, toby na naszym grobieNapisano: tu Chrześcianie,Przewrotnym podobni panom,Wygnali Boga z kościołów,Boga i jego aniołówI oddali je szatanom!I byłożby sprawiedliwie,Ażebyśmy boże gmachy,Gdzie my stoim jak szyldwachy,Mając cały świat pod namiW zatrwożenni i podziwie,Teraz otwierali sami,Wpuszczając tam nasze wrogi?
Ażeby ten lud ubogiChrześciański a gorącyZ miasta wychodził płaczący,Z dobytkiem, z całą rodziną:A my, na te łzy, co płyną,Patrzalibyśmy, gnąc szpady?Aby osadnik nieradyZmieniał wiarę dla majątku?Aby tam Arab dzieciątkuUrodzonemu bez winyWlewał fałsz trupa z Medyny,Za młodu kalać zaczynał,Do swojéj wiary naginał,Do swych zapędzał namiotów.Do swego zamykał płota?Więc dla jednego żywotaTyle chrześciańskich żywotów!Tyle łez wylanych z powiek!Cóż ja? czym więcéj niż człowiek?Cóż mię równa z ludzi likiem?Czy to, że byłem infantem?Więc oto nie infant ze mnie,Oto jestem niewolnikiem,Już nie korony brylantem,Gotów jak drudzy nikczemnieŻyć i tu Pana bogacić.I któż wam każe tak płacićZa niewolnika? Niech płaci
Niewolnik ciałem i gardłem.Bo kto swoje wolność straci,Ten, mówię, ludziom umiera.Więc ja, dawno już umarłem.Któż mię dziś z trumny wydziera?Któż chowa na większe czyny?Daj! niech drę te pargaminy!Niech drę na świstki tę kartę,Niech drę na kawałki gadu,I jeszcze je zjem już podarte,Aby nie zostało śladu.
A teraz, królu i panie,Rozkazuj mi, panuj srogo,Jak chcesz... Niewolnik zostanie,Którego kupić nie mogą.Każ, niech mię łańcuchy strzegą,Niech robią na rękach blizny;Cierpliwością cię nasycę.Henryku! wróć do ojczyznyI mów: żeś mię tu w AfryceZostawił pogrzebanego.Bo ja z żywota mojegoTaką rzecz pokorną zrobię,Jakbym na prawdę był w grobie,Wspomnienia ludzi nie warty,Z oczu ludzkich i z myśli już starty.Chrześcianie! książę Fernand już skończył!
Losom swoim on jeszcze nie sprostał,Lecz co do was, czas służby już wybył.Maury! oto niewolnik wam został.Niewolnicy! brat jeden wam przybył,Aby nędzę z niedolą połączył,I łzy swoje połączył z waszymi.Wy niebiosa! oto człowiek na ziemiPanu swemu kościoły zakłada,Założone podpiera na skale.Morza! morza! do fal waszych padaJedna łza, co powiększy wam fale.A wy góry! oto człowiek pospołuZe zwierzęty do jaskiń ucieka.Wichry! wichry! oto nędzarz was z dołuWestchnieniami zaklina i wścieka.A ty ziemio! oto garstkę popiołuRzuca tobie i zewłok człowieka,Co z robaków twoich włoży laury...A to wszystko, by ten król i te MauryI ten infant i ziemi gdzieś końce,Chrześcianie i księżyc i słońceI niebiosa i ziemia i chmuryI zwierzęta i morza i góryI kto jeszcze na powietrzu przytomnyA pieczęć żywota nosi,Tu widzieli: jak książę niezłomnyWiarę swoję przeświętą podnosi,W obronie praw bożych stawa,
I przed Maurami wyznawaJego Przenajświętsze Imię.A choćbym w działowym dymie,Śród mieczów i ludzkich grotów,Bronił od ludzkiéj obrazyNie wymówionych przymiotówTéj, co poczęła bez zmazy,A miał w sobie sto żywotów,Oddałbym żywot sto razy!
Twardy, niewdzięczny człowieku?Także mi za łaski mojeOdpłacasz?... Jak śmiesz, robaku,Tego mi właśnie odmawiać,Czego najwięcéj żądałem?W państwie cię tak traktowałemJako brata, jako syna;Nie czułeś prawie niewoli.Lecz teraz przyszła godzina,Że cię twój łańcuch zaboliI los cię ukole srogi.Tu, więźniu! z duszą robaczą!Tu sam! niech wszyscy zobaczą,Jak ty mi całujesz nogi.
O! nieszczęście!
O! cierpienie!
Boże! co za poniżenie!
Do mnie twe należy ciało.
Tak, zaprawdę, ale mało,Mało to ci mocy doda,Panować nad kościami moimi.Bo ta ziemia to gospodaW ogromnéj naszéj podróży;I na to wyskoczył z ziemiCzłowiek, by się z losem kłócił;I na końcu każdéj burzyZnowu do ziemi powrócił.Więc, żeś mi kazał pochyłąTwarzą paść tu, gdzie proch leży!Za to ci wdzięczność należy,Bo mię oswajasz z mogiłą.
Ponieważ jesteś w niewoli,Zatem więc idzie z porządku,Że nie możesz mieć majątku,Ni pieniędzy, ani roli.Więc ponieważ ciebie trwogaMoże zmusić... lub bicz pana,Czemu mi Ceuta nie zdana?
Bo nie moja jest Ceuta, lecz Boga.
Nie jest-że to pierwsze prawo,Że niewolnik pana słucha?
Nie przeciwko prawom duchaMa niewolnik słuchać pana.To nie pies nęcony strawą,Ale uchrystusowanaNatura z woli przymiotem,Która służy... grzech ją maże.
Podły jeńcze, zabić każę.Dam ci śmierć...
Śmierć jest żywotem.
Więc życiem ciebie obdarzę,Ale takiém, że się zlęknieszI sam śmierci będziesz chciwy.Bo jam srogi.
Ja cierpliwy.
Obaczymy — zaraz zmiękniesz.Hej...
Co, panie?
W mgnieniu okaWziąść go, niech mi stóp nie plami,I porównać go z jeńcami.Niech jego postać wysokaUgnie się pod równą nędzą,Niechaj go do łazień pędzą,Niech moich koni dogląda;Dać mu w ręce taczki, grabieA zdjąć te jasne jedwabieI ubrać w szarak ubogi;Dać chleba, gdy jeść zażąda,Spleśniałą wodę niech pije;Łańcuch mu włożyć na szyję,Łańcuchami okuć nogi;W mazamorach bez podłogiNa wilgoci niechaj lega;Niech jego orszak służebnyTym samym prawom podlega,Co on.
O! wyrok haniebny!
O! żałości!
O! rozpaczy!
Zobaczy ten jeniec! zobaczy!Czy mi jego duma sprzecznaI cierpliwość na téj próbieWytrwa.
Wierz mi, wytrwa tobie,Bo ta cierpliwość jest wieczna.
Henryku, a co do ciebie,To ci powrotu nie bronię.Wracaj i powiedz w Lizbonie,Niech się w popiołach zagrzebie,Bo stracon ratunek wszelki,Bo jéj infant, jéj mistrz wielkiZostał tu... czyści mi konie.Niech mu z ratunkiem przychodzą.
O! przyjdą! klnę się przed światem,Że przyjdą pod Boga wodzą.A że ja tu z moim bratemNie został, choć serce boli,To dla tego, królu fezki,Że przyjdę, jak syn królewski,Uwolnić brata z niewoli.
Czyń, co ci rozum poradzi.
A teraz nic mi nie wadzi,Ażebym się FernandowiZ długu wdzięczności uiścił.
Król każe i to stanowi,Abyś tutaj ogród czyścił;Posłuszny więc bądź królowiI schyl do pracy ramiona.
Cierpliwość moja srogość królewską pokona.
Oj, na Tangier wysłał król...Jaki ból! jaki ból!Na podbicie wysłał świataDon Fernanda, swego brata,Posłał król! posłał król!Aby zawojował Fez,Ile łez! ile łez!
Don Fernanda wysłał król...Ile łez! jaki ból!
Już z historyi mojéj jest piosenka,Już ją słyszę żałośnie śpiewaną.Smętny jestem i serce mi pęka,Duszę jakby mam zaturbowanąI zlęknioną...
Co ci jest, niewolniku?Czy ty nie wiesz, że wolność mieć mamy?Infant wraca i wszyscy wracamy,A tu na tym mogilnikuNie zostanie z nas żaden! z nas żaden!
O! jak prędko tę nadzieję stracicie!
Przynieś, bracie, wody na ten gradynPolać kwiaty.
O! wodę prosicie?...O jak dobrze! jak dobrze! że do mnie,Który z wami smętne życie wiodę,Udajecie się, bracia, po wodę,Bo zaprawdę... że choć cierpię niezłomnie,
Jakiś robak, tu, serce mi toczy,Pełne serce i łez pełne mam oczy.
Nam do łaźni iść teraz wypada,Gdzie już poszli wszyscy niewolnicy.
Szukajmy, czy ta gromadaGdzie mego księcia nie mieści?Może go ci robotnicyWidzieli?... szukam go wszędzie.Przy nim i mniéj mi boleści,I siły w sercu przybędzie...Bracia, powiedzcie mi, proszę,Czyście tu gdzie nie widzieliNoszącego kwiatów koszeKsięcia Fernanda?
Nie, bracie.
Pomóżcie, święci anieli!Bo łez utrzymać nie mogę.
W łaźni go pewnie spotkacie.Pokażemy tobie drogęDo téj gorącéj piekielni.
Czy się nie zlękniecie, śmiertelni,Widząc w takiem pohańbieniuI mizeryi infanta korony?Mistrza Avis? czy w zastanowieniuCzas nie stanie, jak stają zegary!!
O mój panie! jaki ty zbiedniony!?O mój panie! w jakiem ty odzieniu!O! mój książę, do jakiéj ty maryJuż podobny? jak żal cię już strawił!
W imię Ojca!... wielkiś smutek mi sprawiłTém odkryciem, drogi don Żuanie;Ja się chciałem tu ukryć w łachmanieMiędzy ludźmi własnymi, w tym cebrzeNosić wodę, jak człowiek, co żebrzeI pracuje, tak biedny jak oni.
Przebacz, panie! i daj mi twéj dłoni,Jam nie wiedział, kto jesteś; nas wieluNie wiedziało...
Całujemy twe nogi.Przebacz, panie.
Wstań, mój przyjacielu.
Ja ci równy, niewolnik ubogi,Jak ty... pana mego teraz własność.
Wasza Jasność...
Puść! jaka tam jasność!?Rzuć ten tytuł, mój drogi biedaku!Jaka proszę mi jasność w żebraku?Jasność!?.. jestem ci równy, kolego,I ty teraz traktuj jak równego,I wy wszyscy traktujcie jak brata.
Czemuż piorun mię w proch nie obróci!Czemuż czaszki mi grom nie rozpłata!
Don Żuanie, to serdecznie mię smuci,Że utrzymać nie umiesz powagiJako szlachcic... i potępiam tę żywość...Bo zwątpiłeś w nieba sprawiedliwość,A tu trzeba spokojnéj odwagiUfającéj.
Chodźcie tu, niewolniki.Fenix, moja pani, prosi,Ażebyście te koszykiNapełnili kwiatami.
Ja pierwszyBędę kosił je tak, jak śmierć kosi.
Idźmy tam, gdzie ogród szerszy.
Ja z ganku patrzę za wami,Jak chodzicie za kwiatamiI polewacie je łzami.
A wy bez tych już pokłonów,Bracia moi ukochani,Losem my już porównani,A jeszcze królowa zgonówJutro we drzwi zakołace,Szczerszą równość postanowi;Więc, bracia, na co tę pracęZostawiać jutro grobowi?
Czy posłałaś niewolnikiPo kwiaty?
Zaraz powrócą.
Zasmuciły mnie słowiki,
Kwiaty może odesmucąI kolorami zabawią.
Twe fantazye takie ładneI piękne, że ach! nie zgadnę,Jakie ciebie smutki trawią,Gdy je kwiatami malujesz?
Cóż ty cierpisz? cóż ty czujesz?
Nie sen to był... ale widzenie,Ale mój los i przeznaczenie.Bo czy nieszczęsnemu śni się,Że znalazł gdzie skarby duże?Brylanty jak jaja kurzeW perłowéj leżące misie?Czy mu się przyśni, że czytaNapis literami krwawymi,Że wszystko stracił na ziemi,Tak że we śnie aż zazgrzyta?Jeśli go nieszczęście tłoczy,Zarówno obudzonemuSpojrzy świat w zbudzone oczyNieszczęściem... Biada biednemu!Ach! i mnie nieszczęsnéj biada,Na którą los taki spada,Że za umarłego mię dadzą.
Na to płacze nie poradzą.Jeśli ciebie takie smutki rozdarły,Jakże cierpieć ma... ach, ten umarły?
Któż słyszał o takim losie,Jak ten, co nademną świta!Nieszczęśliwa ja kobieta!Wykąpana w kwiatów rosie,Jako perła czysta, biała,Biała jak srebrne łabędziePrzy żółci trupiego ciała.A ten trup — ach, kto on będzie?Zda mi się, żem go widziała,Ciągle mi się w oczach roi.
Ten trup — tu — przed tobą stoi.
Co widzę? anieli w niebie!
Cóż cię trwoży?
Ty! twoja twarz!Strach mię zdjął, patrząc na ciebie.
I zaprawdę słuszność maszDziwić się fortunie światów.
Przyniosłem ci, oto, kwiatówW koszyku, garstkę pokosu.Zbierałem, gnąc się ku ziemi.Są niektóre między nimiHieroglify mego losu;Wyciągnij, znajdziesz niektóre,Co były rano szczęśliweJak ja...
Ręce moje chciweLecą na tych róż purpuręJak gołębie. Ach, ten kwiat,Który mi już w ręku spadł,Znalazłam wczoraj śród łąkI nazwałam: maravilją.
Ach! tak nazwij każdą lilją,Z moich niewolniczych rąkPodaną... czyż nie jest cudem?
O prawda! prawda! Lecz któż cię tak zmienił?Kto ci te włożył łańcuchy na nogi?
Sieniora, mój los.
Twój los, taki srogi?
Tak twardy, pani!
Ach, tyś mię skamienił!Powiedz? za cóż to?
Jesteśmy skazani,Rodząc się tu już, na mękę i ból.
Czyż ty nie Fernand?
Ja Fernand, tak, pani.
Któż skazał?
Prawo.
Któż miał prawo?
Sam król.
Za cóż to?
Jeniec, do niego należę.
Zaledwo oczom zasmuconym wierzę!Wszakże cię wczora król wysoko cenił!
A dzisiaj serce, jak widzisz, odmienił.
Ach, więc-że gwiazdom, co przy sobie siedzą,Dosyć jednego dnia, by się rozeszły.
Kwiaty, co z gwiazdą nieszczęśliwą weszły,Same ci na to, pani, odpowiedzą.Kwiaty, co wschodzą na ranek umyteI tak się w zorzach rozwinęły jasno,W objęciach nocy pomarszczone zasnąI dla nich już dnie nie wrócą przeżyte!Lilije w tęcze kolorów spowiteI umoczone w złoto i karminy,Zejdą jak duchy aniołów z dolinyZ jednym dniem życia pięknego pozbyte.A czy to rosy spadały obfite,Czy otulone były mgłą i tęczą,Śmierć je znalazła w godzinę urodzin.Tak ludzie kiedyś przyjdą i zaręczą,Że wieki, które się wloką i dręczą,Nie były dłuższe nam od smętnych godzin.
Ranisz mię... słyszę z dalekaW twoim głosie wieków głos.Kto cierpi na własny los,Od cierpiącego ucieka.
A te kwiaty? takie śliczne?
Jeżeli pomiędzy nimiSą kwiaty hieroglificzne,Jak losy twoje, żałobne,
To je rozsypię po ziemiI zdepcę...
Cóż cię w nich rani?
Ach, że są do gwiazd podobne!
Przebacz im te grzechy, pani.
Co?
Niestałość, próżne blaski.
Nie, wszystkie wypuszczam z łaski!Z gwiazdami zarówno cenię.
Jak to?
Moje przeznaczenieZ jedną smętną gwiazdą chodzi:Dla tego, bo kobieta się rodziGwiazdom podległa i kwiatom,Co ją prowadzą do truny.
Wiem, że w kwiatach są piołuny.Ale ach! niebieskim światomWpływy przysądzam uczynne.
Więc się dowiesz, że i gwiazdy są winne.Ach gwiazdy! gwiazdy, co takie gromadne,Niebieskie mają ze słońcem sojuszeI leją w słońce całą światła duszę,Są także dniowi jednemu podwładne.Kwiaty błękitu — bo są takie ładneJak te, którymi oto ziemię pruszęKwiat ci powiada: przez dzień skonać muszę;Gwiazda ci mówi: przez noc jedne spadnę.Więc gdy się od gwiazd ludzkie losy sądzą,Jeśli się od nich nasze losy winą,Nie dziw, że często spadają i błądzą,I gdzieś w mgły ciemne niewidzialne płyną.I naszym losem tak niestale rządząOne, co przez noc palą się i giną.
Czekałem, aż się oddaliFenixana. Pierwszy razOd jéj oka, od jéj krasUciekam jak orzeł smętny,Gdy na słońcu oczy spali.Fernandzie, czy jesteś sam?
Cóż mi powiesz, Muleju szlachetny?
Oto chciałem, abyś wiedział,Że czasem i w sercu MauraZnajdzie się miłość i wiara,Radząca czyny rozpaczne.Ach, nie wiem od czego zacznę?Nie wiem, czy ci mam powiadać,Ile ja cierpiałem na to,Kiedyś ty zaczął fortunieUlegać, pod nią upadać,Jéj niesłusznéj podległ zmianieI poszedł na urąganieI stanął za przykład losów.Ach, jak one z ludzi szydzą!Tyle nędzy! tyle ciosów!Niech mię tu ludzie nie widzą,Że z tobą, Fernandzie, gadam.Bo król wydał rozkaz srogi,Aby ustępować z drogi,Traktować cię bez respektu:Lecz ja do nóg ci upadam,Fernandzie, pełny afektuI wielkiéj wiary dla ciebie;Twój niewolnik, a w potrzebieTwój przyjaciel. Nie chcę tracićTych chwil, więc krótko ci powiem,Że przychodzę dług zapłacić,Życie życiem, zdrowie zdrowiem,
Wolność wolnością; więc żądam...(Daruj mi, że się oglądam,Czy nas gdzie nie widzą z murów)Weź ten nóż, ten wianek sznurów;Weź je o! panie... a skoroNoc się zaczerni, gotowaBędzie łódź pod mazamorą,Łódź dobra, silna i zdrowa,Z rdzawym, pękniętym łańcuchem.A wtenczas ty, panie, duchemNapełń twoje niewolniki,Rozkuj więzy; znajdziesz na toGotowe piły, pilniki,Zapas ubioru, bielizny;Weź ich i na łódź skrzydlatąWsiadaj i uchodź szczęśliwyDo miłéj tobie ojczyzny.Ja zaś tu zostanę żywyOdpowiadać życiem, zdrowiem,I czém trzeba, tém odpowiemI przed królem i przed prawem;Gotów twoim być zastawem,Choćby głową, jestem gotów.To wszystko. Ach, jeszcze sądzę,Ze ci potrzebne pieniądze?Więc oto garstka klejnotówZa mój okup niechaj służy,Bo człowiek, gdy się zadłuży,
Połowę przyjaźni traci,Gdy pieniądz serca przegrodzi.Dopiero, gdy dług zapłaciI usunie tego rocha,Z przyjacielem równiéj chodzi,Lepiéj czuje, wolniéj kocha.
Mówisz mi o wolnéj łodzi...Chciałbym... Lecz patrz, król nadchodzi.
Czy nas widział?
Nie.
O, panie!Skryj się.
Tutaj, w téj altanie.
Gadali tajemnie oba.Jeden skrył się do altany,Drugi stoi pomieszany.Wcale mi się nie podobaTo zejście obu, ta zmowa.Jeden się przedemną chowa,Drugi zlękły stoi, czeka.Więc go podejdę z daleka,
A słuszny czy nie, powód trwogiUsunę. Do Muleja. Bardzo się cieszę...
Panie, pozwól uściskać twe nogi...
Żem cię spotkał tu...
Co mi rozkażesz?
Wyznam tobie, żem mocno żałosnyZ niepoddania się Ceuty.
O, panie!Ceutę szturmem zdobędziesz bez trudu.Siłom twoim nie oprze się miasto.
Nie, Muleju, ta Ceuta się musiPoddać sama, bez kosztu żadnego...
Jak to, panie?
O tak, przyjacielu,Myślę nędzą i głodem okropnymTak przycisnąć Fernanda infanta,Że mi sam téj fortecy da klucze.Rzecz mię jedna tylko trwoży...Oto infant, ten książę, Muleju,W Fezie nawet mieć może przyjaciół.
Sami jeńce go widząc w niedoliI w cierpieniu, gotowi lada dzieńBunt mi podnieść... a baczę też na to,Że pieniądze łakomą są rzeczą,Więc strażniki przejęte zapłatą,Mogą jeńca wypuścić... a nie mamPewnych ludzi....
W téj go myśli utrzymam.A tak, widząc moje dobroduszność,O mnie bać się nie będzie.
Masz słuszność!Myśli twoje biorą dobry kierunek.
Jeden na to jest tylko ratunek,Jeden sposób, a o tym sposobie...
Cóż to, panie?
Pod straż go dam tobie,Bo wiem, że cię nie kupi brylantemAni kiesą... Więc ty nad infantemPostanowion, bądź jemu alkadem...Ufam tobie, a jedynym zakłademZa infanta twój honor mi stoi.
Słyszał wszystko i o mnie się boi,Albo sam się domyślił wszystkiego.O! Allachu!
Cóż tak smutny, kolego?
Nie słyszałżeś, co pan ten okrutny?...
Owszem, wszystko słyszałem z altany.
Czemuż pytasz, dla czegom ja smutny?Dla czego stoję zmieszany?Dla czego rozmawiam z sobą?Czemu żal mi pierś rozrywa?Pomiędzy królem a tobą,Posłuszeństwem a przyjaźniąStraszna się walka odbywa.Sumienie mi będzie kaźnią,Jeśli króla mego zdradzę;Węgle na głowę zgromadzę,Jeżeli ciebie opuszczę...Ach! zaszedłem w straszną puszczę!Myśl zbłąkanego odbiega...Król na mnie tylko polega,Ty we mnie masz tylko nadzieję...Radź, co czynić?
Miłość grzeje,I przyjaźń szczęście stanowi;A choć obiedwie są święteI zdradzone są ohydą,Lecz w porównanie nie idąZ wiarą należną krajowiI klękają przed nią zgięteTe anioły naszych dusz,Więc radzę, królowi służZ tą wiarą niepokalaną.A ja tu przyrzekam święcie,Że choćby mi dziś dawanoWolność na pierwszym okręcie,Co do Portugalii płynie,Odrzucę, bo na mnie leżyTwój honor i przezemnie nie zginie.
Jesteś zwierciadłem rycerzy!Ale mi nie dawaj rad,Wszak ty mi wróciłeś życie!Smętnemu wróciłeś świat!A ja miałbym... Nie, mój książę!Téj nocy, jak była zmowa,U brzegu ci łódź przywiążę;Uchodź, a moja tu głowaOdpowie.
Bracie mój miły,Byłżebym ja sprawiedliwy?Dałżebym ja dowód siłyI serca? wolności chciwy,Z hańbą mego przyjaciela...Hańbą się jego bogacąc,Honor biorąc, serce tracąc?Wolność, ten brylant wesela,Jażbym jego łzami płacił?Zostawiał tu męczennikiem?Jeżeliś miary nie stracił,Która czyny ludzkie mierzy,To bądź mi sam poradnikiemI mów, czy mi to należyUczynić?
Ach! nie wiem, panie,Co ci sam na to poradzę...Powiem: nie, to serce pęknie,Powiem: tak, to ciebie zdradzę,Jak przyjaciel, co sam zmięknieI w trwodze źle radzi może.
Więc ja tu słowo położęNiewzruszone, głaz ogromny.Wiedz, że mię tu sądy boże
Skazały, bym wybrał miaręLitości i tu za wiaręSkonał jak książę niezłomny.
Ponieważ pomóc nie mogęFernandowi niczem prawie,Do króla się za nim wstawię,Może on co postanowiLitośniejszego z tym jeńcem.
Panie, służyłem ci wiernieI na lądzie i na morzu;Wszędzie, gdzieś mię tylko użył...I jeszcze tę pierś postawię...A jeślim na łaskę zasłużył,Dziś wysłuchaj mnie łaskawie.
Cóż tam?
Fernand...
Dosyć tego.
Sądziłem, żeś mi łaskawszy?
O Fernandzie tym wspomniawszy,Jużeś tknął mię i zostawiasz smętnego.
Jak to, panie?
Bo przysięgam na duszę,Że dać chciałbym, a odmówić ci muszę.
Wszakże jestem strażnikiem książęcia,Czyliż nie chcesz o więźniu mieć sprawy?
Mów, lecz nie sądź, że będę łaskawy.
Ten Fernand, co z niemowlęciaNa króla był wychowany,A dzisiaj tak podeptanyŻałośnie stopą fortuny,I tak bliski, panie, truny,Takim straszliwym posągiemDo grobu po stopniach zlata,Że fortuny dziwolągiemWydaje się w oczach świata,Który patrzy i drży z trwogi,Widząc jéj depcące nogi.A myśli świat i o tobie,
O twojéj mocy i sile,Co takiéj wielkiéj mogileRzuca takie wielkie ciało.Ty go sam trzymasz przy grobie;Tyś mu jest na piesiach skałą;Ty, panie, pod twoje nogiWziąłeś piersi takie dzielne,To czoło takie naczelne!Rzekłeś, a on dziś ubogi,Nieszczęsny żebrak i nędzarz,W rdzawym na szyi łańcuchu,Nie godzien twojego słuchu,Oczu, które ty oszczędzasz,Abyś nie stracił płaczących;Litości u przechodzącychProsi rękami obiema,Litości prosi i nie maNawet litości!... Bo jakoRozkazałeś, panie srogi,Aby wymiatał podłogiI strawę miał lada jaką,A potem odmówił strawyI chleba dawać zabronił,A do stajeń twoich goniłI w loch zapędził plugawySypiać w mazamorach ciemnych,Gdzie wilgoć ma gad i plamy.Z członków się jego nikczemnych
Zrobił trup, a z oczów jamy...Te oczy, niegdyś pogodne,Dziś na ludzi patrzą głodne,We łzach bolesnych czerwone,Suche, głodem zapalone;A ręce jałmużny proszą.Bankiem swoi go wynosząZ mazamor jako kość bladąI gdzieś go na słońcu kładą.Gdzieś na słońcu, pod murami;Potem uciekają sami,Bo... (ach, głos mi w piersiach głuchnie)Bo ten książę trupem cuchnie,Gnije żyw, z kości opada;Nikt z nim nie żyje, nie gada,Nikt przy jego mazamorzeOd swądu wytrwać nie może;Tak kość, ciało, co się cegli,Trąci i tak się rozpada,Że go już wszyscy odbiegli.Jeden tylko, jeden sługaZostał przy tym panu biednymI przyjaciel jeden jednym,Szlachetny pewien kawaler.Tych dwóch ani męka długa,Ani dżuma, córka galer,Nie odstraszyły od pana.Ci dwaj, jeden mu kolana
Okrywa łachmany wielą,Drugi pierś pod głowę daje.Chlebem z nim się oba dzielą,Choć dla jednego nie stajeTéj cząstki... Bogi to wiedzą,Jak oni ją we trzech jedzą?...Jeszcze często książę musi,Gdy go chleb żebrany krztusiA przyjaciele go śledzą,Musi, kawałek podanyJak złodziéj chować w łachmany,Kryć się z tem, że przez obrożęI gardło (o! jasne nieba!)Tego żebrackiego chlebaTen nędzarz przełknąć nie może.A zaś owych karmicieliSłużba twoja srogo karze,Kijem biją twoje straże.Więc przy panu jeden czuwaI słowami go weseli,Drugi żebrze i z nim dzieliChleb i łzę, co chleb zatruwa.O! skończ, panie, już tę mękę!Ulż więźniowi w imię Boga!Spuść mu, panie, podaj rękę,Nie stężaj tego powroza.Bo to już nie żal, lecz trwoga,Nie litość bierze, lecz zgroza!
Przestań na tém.
Królu panie!...
Cóż tam, moja córko miła?
Jeżelim ja zasłużyła,Przez miłość i przez pokorę,Na twoje, ojcze, kochanie,Przychodzę o łaskę prosić.Niech ją z twoich rąk odbiorę.
Choćby królestwo! pół berła!...Niechaj prosi wschodu perła.
Ojcze! Fernand...
Dosyć! dosyć!...Daléj nie gadaj, bo próżno.
Ojcze, zgrozą już przenika!Daruj go jaką jałmużną.Ulituj się niewolnika!Nieszczęsny aż do łez wzrusza.
A któż go do tego zmusza,
Aby cierpiał?... Nędzny, słyszę,Lecz on sam swój wyrok pisze,Sam swoję pieczęć przykłada.A pod nędzą nie upada,Choć wyszedł z głodu na marę;Ale chce cierpieć za wiarę,Co mu niebiosa otwiera...Chce umrzeć, niech więc umiera,Ja zeń méj nie zdejmę nogi,Bo on sam nad sobą srogi,Chce żyć w nędzy i plugastwie;I nie ja się nad nim pastwię,Ale on sam siebie męczy.Niech mi Ceuty klucze wręczy,Dziś wolno puszczę infanta.
Panie, przyszli dwaj posłowie.Jeden z nich od Tarudanta,A zaś PortugalczykowieDrugiego przysłali w łodzi.
Ach! jeden po mnie przychodzi!Tarudant po mnie przysyła!
Ach! w dniu jednym taka siłaNieszczęść na serce mi spada!
Wpuścić obu... FenixanieTu miejsce, niech przy mnie siada.
Przepotężny Fezu panie!
Przesławny Maurów tyranie!
Którego moc...
Którego siła...
Bogdaj trwała...
Bogdaj żyła...
O! zorzo tego narodu!
O! jutrzenko jasna wschodu!
Obyś lata...
Obyś wiekiWielkie i nieprzeliczone...
Miał laury...
Nosił koronę.
W każdéj walce...
W każdym czynie...
Jak ty, psie chrześcianinie,Ważysz mi się głos przewlekać?
Jak ty się tu ważysz szczekać,Gdzie ja gadam?
Słuszność każe,Że gdzie Arab tron zasiada,Tam najpierwszy Arab gada.
A gdzie znają gospodarzeGrzeczność, tam prawo stanowi,Że głos pierwszy dać gościowi.
Nie znam ja takiego prawa.Niech dla gości pierwsza ława,Ale głos...
Siadajcie obaI niech poseł chrześcianów,
Jako nieznańsza osoba,Ma głos.
Krótko powiem, panie.Oto Alfons, LuzytanówKról, którego panowanieSławne teraz po wszéj ziemi,A ustami bronzowymiSławy po morzach głoszone,Pozdrawia twoją koronę,Zdrowia ci życzy i błaga:Ponieważ ma tutaj brata,Który się wolności wzdragaKupionéj Ceutą i duszą,Aby teraz ta zapłata(Nim się jędze wojny ruszą)Dla zobopólnéj ugody,W innych mogła być pieniądzach.Poszukaj, panie, w twych żądzach,Oszacuj dwa takie grodyJak Ceuta, rachuj na krocie,Każ je złożyć w srebrze, w złocie;Alfons je pewno wypłaciI przyjaźń z tobą zachowa.Lecz gdy tę nadzieję straci,A z wiatrem pójdą te słowa,Ten sam wiatr z po za odmętówNagna tu tysiąc okrętów;
Flotę, co już brzegów sięga,Krzyżami zaczęła błyskać,I króla, który przysięgaOgniem i mieczem odzyskaćKsięcia i walczyć dopóty,Aż więzień będzie rozkuty.A te pola i dolinySzmaragdów pozbędą kłosaI ubiorą się w rubiny,Nim słońce zajdzie w niebiosa.
Choć jako poseł zasiadam,Lecz krewny tego mocarza,Jako taki odpowiadamNa to, co Pana obrażaI rani. — Powiedz odemnieAlfonsowi, jego rzeszy,Niechaj się na pola śpieszy,Bo nim się w blasku lazurzeJutrzenki pokażą różeI ozłocą wschodnie chmury,Na ziemi będą purpury.
Gdybyś ku nam się podźwignąłPrzez jaki wielki uczynek,Możeby tu pojedynekTę całą sprawę rozstrzygnął.
I tak rzecz niech z nami stanie:Niech Tarudant krwi nie skąpi,Niech wasz król przyjmie wyzwanie,A ja w tém, że mój wystąpi.
Kłamiesz! król się twój przelęknie.Tarudant placu dotrzyma.
Więc na pole...
Aż krwią zmięknie...
Aż krew wytryśnie oczyma,Będę patrzał, czy przybędziesz?
I nie długo patrzeć będziesz,Bo ja piorun.
Jam obłokiem!
A ja piorunowym smokiem!
A ja wulkan z ognia łonem!
A jam jędzą!
A ja zgonem!
Słuchasz... i żyjesz? to dziw!
Widzisz mnie i jesteś żyw!
Niech wasze Jasności obieNa czas pofolgują sobie;Bowiem i słońce już bliskieZachodu... A niechaj pomnąŻe bez mego pozwoleniaNa mojéj ziemi nie mogąSzranków mieć otwartych sobie.A teraz niechaj pozwolą,Abym gościnnością służył.
Kto mię ugaszcza niedoląI podał czarę żałości,Ten inaczéj nie ugościI gościną nie przynęci.Po Fernanda tu przyszedłemI miałem to na pamięci,Aby ludzkiéj krwi oszczędzić,A zachować króla sławęTeraz czekam na odprawę.
Odprawa, królu Alfonsie,Będzie krótka. Jasny panie!
Jeśli mi nie oddasz Ceuty,To infant u mnie zostanie.
Ponieważ przychodzę zbrojnyPoseł srogi, wieszczby kruk,Ogłaszam żałobę wojny.
A ty czy poseł, czy wróg,Chodź w pole. Za godzin trzyCała niech Afryka drży.
Wojny ognista pochodnia,Która o czasie stanowi,Twojemu niewolnikowiNie daje służyć inaczéj,Niechaj mnie więc perła wschodniaZgiętego u nóg obaczyI ręką swoją obdarzy,A weźmie duszę w niewolę.
Nie przystoi dla mocarzyTakich jak ty w takim doleZostawać, i w téj pokorzeUtracać godności miarę.
Słyszeć to i żyć! o! Boże!
Wasza Jasność godzin paręNiech przyjmie moją gościnę.
Królu! zaledwo godzinęMogę czekać. I to jeszczeJak ambasador obwieszczę,Że jestem umocowanyWybiwszy mymi kolanyPrzed tą pięknością dwa groby,Prosić o dar jéj osobyI z sobą wziąć ten skarb drogi.Przebacz, że tak krótko proszę,I tę piękną stąd unoszęNiby orzeł, pełną trwogi.
We wszystkiem, panie, me żądzePrześcigasz takiem życzeniem.A ponieważ to być sądzęNaszych długów skwitowaniemI naszych wojen skończeniem,Ugodę potwierdzam daniemI unieść ją stąd pozwolę;Ale spieszny odjazd radzę,Nim wrogi zastąpią pole.
Swaty ja liczne prowadzę,W swaty wiodę wojsko całe,
Tak, że puszcze mi za małe,A z obozów stoją miasta,Więc odjedzie ta niewiastaBezpieczna.
Dla wszelkiéj pieczy,Nie będzie i to od rzeczy,Że, Muleju, weźmiesz SpachyI odprowadzisz pod dachyMałżeńskie tę narzeczoną.
Więc i to?... pęka mi łono!Fortuna się koligaciZ wrogami, a ze mnie się śmieje,Ach! i Fernand we mnie traciPrzyjaciela i ostatnią nadzieję!
Połóżcie tu moje ciałoNa słońcu, przy białéj ścianie,Aby mię słońce ogrzało.Wielki Boże! Boże Panie!Bądź pozdrowion duszą całąZa twoje słońce wiosenne,
Pełne złotego uśmiechu.Hiob przeklinał światło dzienne,Bo urodzony był w grzechu,W nędzy, w upadku, w obawie;Ale ja ci błogosławięZa dzień, co mi żyć pozwala,Miłości goreć płomykiem.Każde drzewo się zapalaI tobie, Panie, goreje;Każdy promień, co mię grzeje,Płomienistym cię językiemNa wysokości wychwala!
Czy ci tak dobrze, o! panie?
Dobrze, bracie... dobrze, ciepło.Wielkie Twoje zlitowanie,Boże! wielkie łaski Twoje!Gdy mi ciało w lochu skrzepło,Ty mi dajesz światła zdroje,Ptaszkom twoim każesz śpiewać,Słońcu twojemu ogrzewać.Dobry jesteś! i łaskawy!
Pozostalibyśmy dłużéjPrzy tobie, ale z obawyNie możemy. Człowiek służy...Czeka nas łańcuch i plaga.
Bracia, niech wam Bóg pomagaI szczęści.
Jakie katusze!
O! jaka nędza na świecie?
Wy dwaj ze mną zostaniecie?
Ach ja, panie, odejść muszę.
Ciebie mi zawsze potrzebaPrzy boku, bez ciebie się smucę.
Panie, ja zaraz powrócę,Pójdę tylko szukać chleba,Abyś miał co jeść; dziś ranoNie jadłeś. O! biada! biada!Odkąd Muleja zabrano,Ziemia, zdaje się, zapadaPod nami, okropna puszczaSzerzy się, wszystko opuszcza!A straszliwa blada nędzaCiągle nam karku dopędza;Wczoraj jak straszydło krwawe,
Dziś suchsza, bladsza od trupa.Bo kiedy biegnę po strawę,To łajdactwa tego kupa,Co po wioskach, panie, siedzi,Pomna na zakaz surowy,A bojąc się, że ją śledziJaki Argus stuokowy,Od króla stawiony na to,Chleba ani za opłatąNie chce dać... o twarda taka!...Ani na prośbę żebrakaNie chce dać, skruszona łzami,Taki twardy los nad nami!O! panie... Lecz ktoś nadchodzi.
Głos go mój w serce ugodzi.Może litość wydobędęI cierpiąc, dłużéj żyć będę,
Panie, przechodząc tą drogą,Musisz tu nadeptać nogąInfanta.
Bądź świadkiem, panie,Jakie moje panowanie.
Zamiary moje podróżneOpaźniasz przez tę gościnę.
O! dajcie jaką jałmużnęŻebrakowi, z głodu ginę!...Niech próżno rąk nie otwieram,Pomnijcie, żem człowiek przecie!A z nędzy, z głodu umieram,W oczach mi głodnemu ciemno,Ludzie! miejcie litość nademnąI nie odwracajcie oka.
Książę, nie tak żebrać trzeba...
A jakże?
W imię proroka!I w imię siódmego nieba,Maury, dajcie nam jałmużnę,A niebo wam będzie dłużneI sam prorok wam zapłaci.
Taki nędzny, a nie traciŻywota, nie skłania czoła...Mistrzu infancie!
Król woła.
Mylisz się, więźniu, kolego,Mistrzem ja nie jestem zgoła,Ni infantem... trupem obu...Ich trupem, to co innego...Bowiem wyglądam z pod grobuNa piasku jak nędzarz drzemięI proszę wody kropelki...Lecz nie infant, nie mistrz wielki...Tamtych grobowiec naciska,Ja jestem człowiek z nazwiska.
Więc mi odpowiedz na imięFernanda.
Teraz, ubogi,Wstanę całować twe nogi,Prosić o posiłek skromny.
Zawszeż-li taki niezłomny?I wytrwały dziś jak wczora!...Powiedz mi, to uniżenie,Duma to jest? czy pokora?
Króla godność w tobie cenię,I każdym to stwierdzam czynemTo prawo, które zamykaZakon boży: że nad gminem
Król ma sobie berło dane,I ma mieć od niewolnikaPosłuszeństwo... więc złamaneCzłonki przed twoją osobąProstując, stanę przed tobą,Nim przed Panem Bogiem stanę...Wiedz, że król, skąd nie bądź, nosiTaką powagę, moc bożą,Tak się w nim siły wielmożą,Że krew, co mu ciało rosi,Musi wstać w ciała nicestwieI zaświadczyć o królestwie,Do cnót królewskich się dostać.Więc nietylko króla postać,Ale i cnót świadczy żywość,W sercu łaska, sprawiedliwośćI inne cnoty mocarza.A to prawo, podług wzorówBoskich, do natury tworówPrzechodzi i tak przerażaSame dotkniętą naturę,Że prawa prosto idące,O te twory królująceZbiwszy, nieraz cofa w góręI cud robi niesłychany,Jak niegdyś boże Jordany.I tak: pomiędzy zwierzętyLwu się królestwo należy.
Ten kiedy grzywę najeżyI kudłami stanie wzdęty,Jak ogromna fala złota,Co zwierzę przed sobą goni,To mu królewska istotaPastwić się nad jeńcem broni.A patrz na mórz błękit siny;Tam królami są delfiny.Bowiem kiedy akwilonyNapędzą fale gromadą;Fale te delfinom kładąSrebrne i złote korony.Jednak to królewskie plemięCo włada na wodnym świecie,Nieraz na swym sinym grzbiecieCzłeka wynosi na ziemięI wściekłym falom wyrywa.Więc i orzeł, ten król trzeci,Który po błękitach pływaI zawsze na słońce leci;A koronę ma nie lichsząOd innych, tych z piór na głowie,Które mu burze rozwichrzą!A jednak, kiedy się dowie,Że gdzie podłe żądło gaduDo źródeł nalało jaduI woda już śmiercią trąci,By nie była ludzi grobem,
Rusza ją skrzydły i dziobem,I wichrzy, aż ją zamąci,Aby swój kryształ popsuła,Zbladła i ludu nie truła.Królestwo roślin, kamieniTym samym prawom podpada.Pani owoców, grenada,Co z drzewnych niby promieniKoronę nosi i wieniec,Gdy ją dotknie jad zarazy,Traci ognisty rumieniec,A wewnątrz ziarnek rubinyWnet zamienia na topazy.Więc śród kamiennéj drużynyTakże król ma swój sakrament.Oto, panie, ów dyament,Co jest nad kamienną zgrają,Twardszy od granitów kości,Przed którym magnesy stają,Stają w jego obecnościPomne na króla potęgę,I tę mu zdają przysięgęPoddaństwa, ów król tak twardy,Tyle ma dumy i wzgardy,Że nie pomny własnéj siły,Kiedy go stal z dziecka krzykiemZdradzi i dotknie pilnikiemI o królestwo zalęka,
W drobne rozpada się pyły,W proch się rozpada i pęka,A biednéj stali nie niszczy...Taka więc szlachetność błyszczyWszędy w królewskich sumieniach,W zwierzętach, w rybach i ptakach,I w roślinach i w kamieniach;Więc i w ludziach po tych znakachMają być znani królowie.Nie tylko że z wielmożności,Nie tylko z koron na głowie;Ale, panie, i z litościI ze szlachetnego serca.Chrześcianin, czy bluźniercaKrzyżowy, gdy spojrzy we dnoDuszy, wyczyta to jednoPrawo przez Boga wyryte,Któreś ty w sercu zagłuszył.Nie gadam, abym cię skruszył,Abym do litości skłonił.Ciało me bólem rozryteNie tyś, ale Bóg pokłonił.Nie chcę u twojéj osobyŻebrać, życia już mam sytość.Późna też byłaby litość;Bo wiem, że żądło chorobyAż w serce mię już raniło;Oddech mi powietrzem szkodzi,
Jak nóż przez serce przechodziI rznie zapalone płuca.Ja wiem, żem już nad mogiłą,Że mię już żywot porzuca,I żar wypala piekielny...I to wiem, żem jest śmiertelny,Jak ty, panie, robak drobny,Nie żadna anielskość dumna.I dla tego to podobnyKształt ma kołyska i trumna;Aby to ludzie wiedzieli,Że na podobnéj pościeli,Gdy przyjdą na rozkaz boży,Matka ich i śmierć położy.Tak więc podobne do paryPrzy kołysce stoją mary!Tak podobne u podwoiDwojga — dwoje łóż człowieka.Kto to wie — czegóż się boi?Kto słyszał to — czegóż czeka?Kogo strzaskał los na ćwierci,Naraził na nieszczęść krocie —W czemże ufa! czy w żywocie?O nie, zaprawdę, że w śmierci,W śmierci ufa! Tę ofiaręZrób ze mnie, panie, o! proszę...Daj śmierć — niech umrę za wiarę!Oto ręce me podnoszę
I o śmierć, panie, cię błagam.Nie dla tego, że się wzdragam,Żyć i cierpieć jestem nierad;Że chcę umrzeć jak desperat;Nie dla tego u nóg szlocham,Ale ja się, panie, kochamW takiéj śmierci męczennika,Co krwawe ciało odmykaI Bogu uwalnia duszęI na wieki ją ożywia.Więc choć grzechu prosić muszę,Miłość mię usprawiedliwia,Że o śmierć nieszczęsną proszę...Oto me ręce podnoszę,A ty daj! Lwem będziesz wtedy,Co widząc myśliwce śmiałki,Napastniki ojców schedy,Napada i rwie w kawałki.Orłem będziesz, co się ciskaNa gniazd swoich rozbójnika,W szpony mu czaszkę zamyka,I dziób maluje rubinemTéj krwi, co z oczu wytryska.O! panie, będziesz delfinem,Który na nieba lazurzeZapowiada śmierć i burzeLudziom grożące zalewem.Królewskiém ty będziesz drzewem,
Co piorunami czerwone,Ramiona ogołoconeW burzach rwie i tak się zżyma,Że zda się piorun otrzymaI nad światowym zamętemBędzie spełniało gniew boży.Panie! będziesz dyamentem,Co się na stal biedną sroży,Gardząc kamieni motłochem.Lecz syp się w proch i zrób mnie prochem!Bo ja nie ulegnę prędzéj;Bo im więcéj cierpię nędzy,Im więcéj mnie gną rozpacze,Im boleśniéj w nędzy płaczę,Im przed tobą jestem mniéjszy,Im we wnętrznościach głodniejszy,Im bardziéj odarty z ciałaI z nadziei i z łachmanów,Choćby ta ziemia gnać miałaZa mną szczękami kajdanówNawet — nawet w żywot dalszy;Im więcéj cierpię, tém stalszyMuszę trwać przy mojéj wierze.Bo ona mnie jedna strzeże!Serce nadzieją roznieca!Słońcem w męczeństwie oświeca!Palmy zawiesza nad czołem!Nie przeważysz nad kościołem,
Ile go jest w méj osobie.Z kości tych tryumfuj sobie.Gardło masz i moje łono.Bóg ucieczką moją i obroną!
To już przechodzi pojęcie!Aby człowiek tak grobowyBawił się takimi mowy,Wpadał na takie sentencyeI sam się cieszył w niedoli.Jakże ty chcesz, abym bolał!Gdy ciebie serce nie boli.Jeśliś ty sam umrzeć wolałNiż żyć? Nie, nie, nadaremnie,Litości nie znajdziesz we mnie,Pierwéj miej ją sam nad sobą.
Przed twoją, panie, osobąUniżam się, wspomóż jeńca...
Nędzarzu!
Więc potępieńcaTy się ulituj, o! pani,Jeśli twa piękność jest z Boga,A nie jest wzięta z otchłani.
Ach! jaki widok!
Ty sroga,Odwracasz oczy?...
We łzach miToną... człowieku! ach! strach mi!Duch mi cały z ust wyskoczy!
I dobrze, bo są też oczyAch! nie do nędzy stworzone.Dobrze! że twój wzrok roztropny.
Puść mię. Jaki ty okropny!
Okropny? Choć odwrócone,Oczy masz pełne popłochu.Dobrze jest, abyś wiedziała,Że piękność twojego ciałaTyle, co mój szkielet waży,Tyle co ja... garstkę prochu.
Puść mię, oddech mię twój parzy,Głos zabija, szaty cuchną.Puść mię ty, człowiecze próchno!Szaty mi rękami skazisz,
Oddechem twoim zarazisz.Puść, człowieku, bo omdleję!
Oto mię Maury, złodzieje,Za kawałek tego chlebaZbili — krew się ze mnie leje.Panie, jedz.
Już mi nie trzebaJadła, drogi przyjacielu.Oto już jestem u celu...Już idę...
Panie mój drogi!Czy ty już... o! ratuj, Boże...
Płacz tu już nic nie pomoże,Nie martw się — ziębną mi nogi —Zaprawdę, jużem przy śmierci.To serce, za godzin mało,Robak śmiertelny przewierciI znajdzie, że cię kochało,Ciepło w niem jeszcze zostanie.Nie martw się, mój Don Żuanie.Ja się w długą podróż wybieram...A dla Boga tu umieram,
Chóry anielskie bogacęI dług Panu memu płacę.Nie martw się i oczu rosąNie léj na ciało książęce.Każ, niech mię wezmą na ręceI do méj jamy odniosą.Już konam...
Z tą ziemią nędzyOstatni mój węzeł pęka!
Don Żuanie... czy późniéj, czy prędzéjO tu.
Daj rękę. Ta rękaKarmiła mię — o! szlachetna!Chociaż moja śmierć nie świetna,Po śmierci Bóg może zdarzyćOdmianę... więc w mazamorze,Gdzie się sam jak trup położę,Nie rusz mię, lecz po skonaniu,W mistrzowém zawiń ubraniuI zostaw tak okrytegoCichym i spokojnym trupem,Jeśli król pozwoli na to.A kiedy przyjdą z okupem,To znajdą mistrza martwegoPod zwykłą krzyżową szatą.
I powiozą, gdzieś przez morza,Do kraju garstkę popiołów...Już też, za tyle kościołów,Da mi tam grób łaska boża!
Zostawić falom zhukanym okręta,Co podpierały żaglami obłoki.I niechaj biją dział ogniste smoki,I niechaj rzeka ludzi wyrzygniętaZ okrętów płynie i ten kraj zalewa...
Zły do ładunku brzeg wybrałeś, panie,Radziłem lepiéj te masztowe drzewaBliżéj po srebrnym posunąć bałwanieI z nich samemu Fezowi dać szturmy.A tu, jak widzisz, maurytańskie hurmyRażą nas straszną szabel błyskawicą.Tu sam Tarudant, z swą oblubienicąZ Fezu wracając, bój nam wypowiada.
Jasnych aniołów była to dorada,Abym uczynił to, co teraz czynię:W Fezie na oba natrafiłbym wrogi,A tutaj jeden.. o pół nie tak srogi,
Stoi na polu. Więc, nim się rozwinie,Każ huknąć w trąby.
Bacz zważyć, że wojnaZawczesna, panie, ludzie nie gotowi.
Na nie nie zważam, dusza moja zbrojna,A duch w méj piersi rówien piorunowi!A duchy święte pilnują mych skroni,A dla Afryki niosę śmierć w téj dłoni!
Lecz noc zaciąga swoje smętne kiryNa ogień słońca, na niebios szafiry;Ona zwycięstwo tobie wydrze z ręku...
Ha! więc zwyciężać będziemy po ciemku.Niechaj noc idzie z czarnymi sztandary,Ona nie wydrze z mego ducha wiary,Że się o sprawę biję sprawiedliwą.A jeśli Fernand mękę swą cierpliwąZa nas, o bracie, Bogu ofiarował,To Bóg pioruny te jasne ukował,Którymi szyki będzie walił krwaweA my zbierzemy zwycięstwo i sławę.
Lepiéj by w polu porobić przerąby...
Cyt... słyszysz, bracie?...
Głosy jakby śnią się...
Głuchną... i znowu.
Alfonsie! Alfonsie!...
Głos mego brata... i znów jakieś trąbySmętne, powietrzne, rozpłakane głosy...
A więc to Pan Bóg z całymi niebiosySchyla się ku nam, owinięty nocą.
Z błogosławieństwem tobie i z pomocąDla twojéj, Alfonsie, wiaryPan Bóg zesłał tę noc ciemną,I zlitowany nademną,Pozwolił opuścić mary,Gdzie płakali... odejść od nich...A tu z duchów ciżbą licznąI z tą pochodnią gromnicznąU gwiazd zapaloną wschodnichIść przed wami... Za mną... za mną!...
Bracie, opuszcza mię męstwo,Zda się, że czaszkę dwujamnąMiał ten...
Za mną...
Słyszysz?...
Za mną...
Na koń, bracie, Bóg nam daje zwycięstwo!...
Napaś oczy tym widokiem,Oto w czterech deskach leżyBohater, perła rycerzy,Twoim okrutnym wyrokiemZabity...
Ktoś ty jest taki?...
Rycerz bez żadnéj poszlaki...
Z nim oto dźwigałem biédęI łez się wspólnych napiłem,Do śmierci wierny mu byłemI za ciałem jego idę.
Patrzajcie się, ludzie krzyża,Bo oto trumna się zbliża,Trumna, co do mnie należy,A w niéj oto przykład leżyZgiętego aż do mogiły,Pod nogą króla, oporu.Niech teraz Alfonsa siłyWyrwą go i ów sen moruOdwalą... Niech kto wyzwoliZ téj ostatecznéj niewoli,W któréj mu łańcuchy śnią się?Chodź! chodź po brata, Alfonsie!Chodź mu teraz z uwolnieniem!...Co do mnie... choć Ceutę tracę,To się tém książąt zgnieceniemI starciem więcéj bogacęW sławie, niż tysiącem grodów...Otom upor ich zwyciężył.A jakom żywemu ciężyłNa piersiach... obaczą tłuszcze,Że nawet téj garstce lodówI po śmierci nie odpuszczę,Ale kość zgnilizny bliską
I to nieszczęśliwe ciało,Z tą trumną napół spróchniałą,Oddam na wiatrów igrzysko,Na słońca wystawię skwaryI wiatry...
Bliskiś jest kary!Bo oto widzę z wysokaChorągwie twego prorokaNiżéj... a krzyże u góry...
Selimie... wyjdźmy na muryZobaczyć... co za nowiny?
Przez ciemnoście i mrok siny!Przez skały i rozpadliny,Gdzie orzeł latać się lęka,Prowadziłem was bezpiecznych.Oto różana jutrzenka!Oto Fez w ogniach słonecznych!Więcéj mi Bóg nie pozwoli...
Wykupcie mię u pogan z niewoli.
Zniknął w jutrzenki lazurze...Hej... kto tam z ludzi na murze?...Niech król do układów stanie.
Czego chcesz? śmiały młodzianie.
Wypuść infanta z niewoliA ja ci oddam w zamianęTwoje dziecko ukochane,Które oto w mojéj mocy...Inaczéj... choć serce zaboli,Uczynię twój dom sierocy.Śmiercią twojéj córki pusty...
Selimie... ach, tymi ustyWydan wyrok sprawiedliwy...Co zrobię? Fernand nieżywyA moja córka u wroga.Fortuno! fortuno sroga!Jak ty się nagle odmieniasz!
Ojcze! czy ty zakamieniaszSerce na twéj córki głosy?
Że widzisz mię w téj niedoli,Widzisz z rozwianymi włosy,Pod toporami, pod strażąI spokojną patrzysz twarząNa córki twojéj więzienie.W twoim ręku los mój cały,W twoim głosie me zbawienie,A ty stoisz oniemiały?Kiedy w jedném twojeé słowieRatunek dla córki leży?Widzisz miecz na mojéj głowieI czekasz, aż we mnie uderzy?I milczysz? aż mię zabiją,Aż mi nóż utopią w łonieI szyję zetną bułatem...Ach, lwem ty byłeś na tronie!Będąc ojcem, jesteś żmiją!Będąc sędzią, byłeś katem!Nie król ty, nie sędzia, nie ojciec.
O! Fenixano... ta zwłoka,Choć z twarzy méj trudno dociecBoleści... ach, na proroka!Straszną mię rani katuszą.Bo wiedz, Alfonsie, że wczoraKsiążę się wasz rozstał z dusząO samym zachodzie słońca,Po wyjeździe Fenixany,
I leży niepogrzebany...A ja... wskrzesić go bezsilnyWam... (o fortuno zdradziecka!)Oddaję krew mego dzieckaNa zemstę...
O nieomylnyWyrok był!... jestem zgubiona!
Niech płynie ta krew czerwona,Za jéj duszą moja śpieszy.
Co słyszę! mój brat nieżywy!O! więc już go nie pocieszyTa wolność... i pomoc próżna.
Nie mów tak, twój brat szczęśliwy,Girlanda go gdzieś podróżnaDuchów i gwiazd bratnich wita.Co do mnie, treść jego woliNie jest mi wcale zakryta.Prosząc, byśmy go z niewoliUwolnili, gdy w ciemnościachZ pochodnią przed nami błądził,Mówił o sercu i kościach...Więc, królu, abyś nie sądził,Że ten trup, po którym lamentMorskie podniosą Syreny.
Podlejszéj jest u nas ceny,Niż jaki wschodni dyamentI cudne piękności lice,Za Fernanda zewłok świętyOddam ci twoje dziewicę;Róże dam... za dyamenty,Śniegi dam... za te popioły;Oddam tobie maj wesołyA posępne wezmę grudnie;Tę postać świecącą cudnie,Co mi z rąk jak anioł ucieka,Zdając się młodością i chwałą,Oddam ci za biedne ciałoNieszczęśliwego człowieka.
Co mówisz?...
Każ spuścić trumnę...
Ach! i czoło moje dumnePójdę... przed tobą uniżyć...Spuścić tu ciało książęce...
Przyjmuję ciebie na ręce,Święty! drogi męczenniku!...Całuję twe rany i krzyże...
Proszę... pomóż mi, HenrykuTę trumnę...
Witaj, mój bracie!...
A mnież to nie powitacie?
Witaj, don Żuanie stary?Dobry nam zdajesz rachunekZ opieki...
Prowadzę mary...Póki żył, każdy frasunekPodzieliłem z nim i nędzę...A teraz (od łez mi ciemno!)Oto on poszedł przedemną,Ale ja go tam dopędzę,Dopędzę...
Wuju mój drogi!Fernandzie, pochodnio świata!Na twoje ręce i nogi,Jako na święte stygmata,Kładę usta.. i tę mroźnąDłoń ściskam w królewskiéj dłoni...A choć przyszedłem zapóźno,
Miłość moja się wyłoniW pośmiertnéj dla ciebie cześci;I z mojéj wielkiéj boleściWielkie, ze złotymi czołyWstaną dla ciebie kościoły.Bowiem po śmierci się jasnoI przyjaźń ludzka pokaże...Królu, a tobie zaś w darzeOddając twą córkę własną,Oddaję też Tarudanta.Ale przez pamięć infanta,Któremu Mulej był miły,Proszę... abyś ten kwiat złoty,Który był ceną mogiły,Uczynił nagrodą cnoty,Wiary — i dał Mulejowi.
Wszystko u mnie twa łaska stanowi.
Teraz wy, coście w niewoliNosili z księciem łańcuchy,Z niańczynymi teraz ruchyNieście to ciało, powoli,Niech spocznie... a my za trumną,Co jest jako Arka święta,Rycerską idźmy kolumną,
Żałobni, aż na okręta;Gdzie w srebrną złożymy skrzynięZewłok ten niezłomnéj duszy...I z prochem flota wyruszyI do ojczyzny popłynie.