Dzień II

Pedro Calderón de la Barca (1600–1681)

Traducido del español por Juliusz Słowacki

Książę Niezłomny

Zara! Estrella! Roza!... Cóż?Nikogo nie ma oprócz róż?

Piękna! w wołaniach imię zmień,Ja ci odpowiem, lutni słodka!I oko twoje mnie napotka,

Boś ty jest słońce, ja twój cień.Za tobą chodzę nakształt chmur,I słysząc echo twego głosu,Wołanie twoje, zszedłem z gór...Co dumasz?

Ach! z mojego losuGirlandy sobie czarne plotę.W górach, gdzie jedno pochlebne,Wolne, niewdzięczne i srebrneI słodkie i szepcące tęsknotęŹródło ma tajemną grotę,I stamtąd strumieniem bieżyKwiaty łąkom malujące;Pochlebne, bo szepce coś łąceA własnym słowom nie wierzy;Niestałe źródło i zwodne,Bo chociaż szemrze, pogodne;Wolne, bo otwarcie gada,Gdy głos zefirom poruczy;Szalone, bo ze skał spada,A słodkie, bo w trawach mruczy;A głośne, bo słyszane z daleka;A niewdzięczne, bo ucieka;Tam, przy tém źródle, zmęczonaŚciganiem za jedną sarną,Z melancholią moją czarnąLegłam... a góry téj strona

Pokryta nakształt płomykówKrzyczącą jaśnią gwoździków,Jakoby falą karminówI szmaragdami jaśminówBłyszczała... Ledwo z tęsknotąSmętnym się oddałam dumomI samotnym źródła szumomI wielkiéj ciszy... gdy otoSzmer usłyszałam za sobą:Przelękła, skoczyłam z trawyI twarz w twarz z ciemną osobą,Z duchem kobiecéj postawy,Z czarną spotkałam się marą:Z Afrykanką suchą, starą,W łachmanach, z pochyłym grzbietem;Z cieniem człowieczéj postaciI z cienia tego szkieletemZeszłam się. Zda się, pień drzewa,Co korę spróchniałą traciI bursztynem się oblewa.Gdy czarne myśli naraisz,Czarne wróżby ci przychodząI straszą i sercu szkodzą,Nim się do nich przyzwyczaisz.Gdy mię wzięła ta szalonaZa rękę, szatańskie plemię!Myślałam, że wrosłam w ziemię,Że byłam drzewem jak ona...

W oczach mi czarno i dymno...Od jéj rąk szło we mnie zimno;I broniłam się daremnie,Od niéj strach przechodził we mnie...A jéj głosy obłąkane,Pełne urągań bezczelnychI jadów pełne śmiertelnych,Ciche, zaledwie szeptane,W sercu się odbiły głucho,Tak jak węże lazły w ucho.„Nieszczęśliwa niewiasto!“ wrzasła,„Nieszczęśliwa! śmierci będziesz łupem!Proś, by piękność ta twoja zagasłaWprzód, nim zmarłych zostanie okupem.Tak... ta piękność twoją będzie cenąA kupiony towar będzie trupem.“To wyrzekła, a ja taką scenąZatrwożona i dotąd lękliwa,Pół umarła a jeszcze pół żywa;Ach! i lepiéj bym cała umarła!Niżby ta wróżba straszliwa,Wiedźmie téj wydarta z gardła,Była prawdą, nim wejdę w mogiłę,Nim te oczy blask niebios utracą.Ach! więc ciało ludzkie! ciało zgniłeOszacują i mną żywą zapłacą.

Porzuć, piękna, te rozpacze,Ja ci te sny pełne trwogiJedynie przez mój los srogiRozwiążę i wytłómaczę.Tarudanta masz być żoną!A jeśli go nie pokonam...(Ach! na same tę myśl konam!)To pewnie, że moje łonoNa dwoje mieczem rozkroi,Nim go twa miłość napoi....Więc zawsze widzę z daleka,Jak mi los okrutny grozi;Za mnie, martwego człowieka,On cię dostał i uwozi;I tak... o! moja Syreno!Przyszłość wróżbę sprawdzoną zobaczy;Bo ty mego trupa będziesz ceną,Bo z miłości skonam i z rozpaczy.

W tym ogrodzie, kopiąc grzędy,Skorośmy tylko postrzegli,Panie, że przechodzisz tędy,Wszyscyśmy oto przybiegliU nóg twoich się położyć.

Bóg nam pozwolił téj pociechy dożyć!I tę nam ulgę w nędzy dał jedyną.

Tyś jest litosny! bo łzy twoje płyną,Ty niewolników litujesz się męce.

Bracia! podajcie mi ręce.Bóg, co widzi ludzkie duchy,On wie, że tymi rękamiChciałbym zdjąć wasze łańcuchy,Ale nie mogę... Bóg z wami!...Pracujcie cicho i skromnie,A częściéj o Nim niż o mniePamiętajcie... Smętna chwila!..Ale też miéjcie nadziéję,Bo zło, gdy nad miarę przeléje,To się często na dobre przesila.Pomnąc, że i w ostatecznymBazie odwaga pomoże,Idźcie z losem koniecznym,Sercami nie bądźcie w sporze.Uwaga ta niech was czyniOdważnymi na fortuny upiora,Bo to dziwna na świecie bogini!Trup z niéj dziś, a kwiat był wczora,To się może znów jutro zaśmieje.O! Boże! cóż dawać rady!

Kiedy ten tłum taki bladyI smętny... takie łzy lejeTrzeba te nauki schować,Aż ich serca jęk nie zgłuszy.Chciałbym was czém udarować,Ale nie mam nic przy duszy,Przebaczcie mi, przyjaciele!Nadzieją się z wami dzielę,Bo sądzę, że nam z ojczyzny,Co pewnie tam o nas pamięta,Przybędą wkrótce okręta,Zgoją cierpienia i blizny;Wtenczas, co ja mam na świecie,To będzie moje i wasze.Wszystkich rękami opaszę!Wszyscy ze mną pojedziecie!Teraz idźcie już, biedacy,Srogo bardzo spracowani;Idźcie znów do waszéj pracyI bądźcie panom poddani.

Twoje zdrowie, panie nasz,Nieszczęsnym nam dodaje sił.

Bogdaj ty setne lata żył!Bóg ciebie weź pod swoją straż!

Duch mój został pełny mąkI w smętném dumaniu stoi,Żeście wy od moich rąk,Biedni, tak odeszli z niczém!Biedni! biedni bracia moi!Któż nad sercem niewolniczemUlituje się prócz Boga?

Tu byłem. I żałość srogaZdjęła mnie... i z uwielbieniemPatrzałem, z jaką miłościąTraktowałeś niewolniki.

Zaprawdę, żem przejęty litościąI przejęty był cierpieniem,Patrząc na te męczenniki,Które pan do taczek pędza...I uczyła mię ich nędza,Jak znosić więzy haniebneI los swój dźwigać biednemu...Kto wie? może mnie samemuWkrótce to będzie potrzebne.

Co wasza Jasność powiada?

Co?... kto się infantem rodził,

A dziś pan nim obcy władnie,Niech wie, że los często spada,I spadł już i jeszcze spadnie.W infanctwo mię już ugodził;A kto wie? może niżéj pokłoni?...Dzień za dniem nieszczęsny goniI płacz z płaczem w łańcuch wiąże.

Nie mniejszy mój ból, o! książę!Chociaż innego rodzaju,Bo wasza Jasność do kraju,Jak sądzę, wkrótce powróci...Ale to, co mnie tu smuci,Ratunku znaleść nie może;Troska moja bezimienna...Fortuna jak księżyc zmienna.

Gość jestem na waszym dworze,I twój los mię serdecznie obchodzi,A tyś mi nie dał nowiny,Jak się tam tobie powodziZ sercem téj cudnéj dziewczyny?

Łaski były na mnie zlane.Ale wielką tajemnicąUsta przypieczętowaneI tą pieczęcią zamknięte...Lecz przyjaźń ma prawa święte,

Więc z jakąm winien różnicą,Tym dwóm a równym potęgom,Obojgu serca przysięgom,Powiem mową nieudolną,Ile mi powiedzieć wolnoI com ci winien istotnie.Miłość ma cierpi samotnie,I bogata jest i biedna,Bo jak Fenix na świecie jest jednaI nie ma podobnéj sobie.Miłość moja jest na próbie,Bo dla oka, myśli, duszy,Fenix jest skrą wyobraźni;Fenix powodem katuszyDla czucia, miłości, bojaźni.Fenix nadzieję mi niszczy,Gdy wątpię i czuję trwogę...Lecz gdy się na duchu wzmogę,Fenix mi nadzieją błyszczy.Fenix moją wieczną troską!Fenix moją iskrą boską!Tak méj przysięgi nie łamiąc,Przyjaźni fałszu nie zadam,Bo o Fenixie ci gadamI nie milcząc i nie kłamiąc.

Więc ci powiem bez ogródki,Otwarcie, żeś nie wart litości;

Bo Fenixem są twe smutkiI Fenixem ty jesteś miłości.Lecz mój ból, miły kolego,Mój smutek, to co innego...Ludzie go pojmą niejedni,Bo to jest smutek powszedni,I wielu już tak cierpiało.

Książę, oto za tą skałąI tam za tymi parowyKazałem przyrządzić łowy.Nim słońce swój wieniec spaliPośród pereł i korali,Strzelce zaskoczą z przeciwkaI tygrysa nam napędzą.Dla księcia to będzie rozrywka.

Panie, twe ręce nie szczędząCiągłych łask. Utrudzasz głowę,Zawsze wynajdując noweRozrywki rozrywkom bliźnie;Jeśli tak zwykłeś, pan dziki,Traktować twe niewolniki,To zapomną o ojczyźnie!

Więźniom takim jak ty, panie,

Którzy panów swoich szczycą,Takiem winien traktowanie.

Panie, idź i spójrz strzelnicaNa morze, a mówię szczerze,Ujrzysz najpiękniéjsze zwierzę,W którém się i dzikość szczeraI ludzka maluje sztuka.Jedna chrześciańska galeraDo drzwi tego portu stuka.A taka piękna i wolna,Choć cała czarna i smolna,Że nam pojąć niepodobna,Patrząc na tego sokoła,Jak ona razem wesołaI w wesołości żałobna?Wszyscy tam wysoko stańcie,Portugalski herb ujrzycie.Żałoba ta po infanciePrędko nam pociechą zlegnie,Bo z jéj lotu po błękicieWidać, że po niego biegnie.

Przyjacielu, Don Żuanie,Omyli cię ta rachuba.Zły to znak to jéj ubranieI ta żałoba jéj gruba.

Oj, byliby oni biali,Gdyby po mnie przyjechali.

Rąk mi pozwól, Tangierski mocarzu.

W szczęsny czas wasza Jasność przybywa...

Don Żuanie, już ja na cmentarzu...

Ceuta moja!

Niech mi wasza mościwaŁaska brata uściskać pozwoli.

Mój Henryku, czemu téj niedoliZnak na tobie? i twarz taka blada?Dość!... Twa postać mi to sama powiada.Słów nie trzeba, bo mówią twe oczy...Nie płacz, bracie, ja wiem, co cię boli,Ja wiem, co ci serce tłoczy.Masz mi donieść, że zostanę w niewoli?...Ha! to dobrze, ja tego i żądam.Niepotrzebnie cię w żałobie oglądam,Mogłeś przyjść tu wesoło i w bieliI mnie mogłeś uścisnąć weseléjI ucztować na każdym popasie...

Jak się ma brat mój miły i król mój?Nic nie słucham, aż powiesz, jak ma sięBrat i pan mój...

O! bracie, ach, ból mójBez wyrazów... ach! ty nie wiesz, co czuję.Niech raz tylko poselstwo sprawuję,A ty, bracie, co mi towarzyszyszSercem w mowie, raz me słowa usłyszysz,I dość będzie jednego słuchania!

Panie, chociaż na téj górze,Gdzieś przybył dla polowania,Nie w stolicy twojéj murze:Podaruj mnie swą uwagąA tego jeńca wolnością.Kiedy wielką nawałnością,Kiedy wielką fal przewagąBici, na morskich rozruchach,Utraciliśmy armadę;Gdy infant został w łańcuchach;Gdy te wieści, jędze blade,Rozkołysane przez dzwony,Przyleciały do LizbonyZ wiatrem, co po morzu dyszał;Kiedy król o nich usłyszał,To bez żadnéj prawie skargi

Wpadł w melancholie serdeczne,A z melancholii w letargi,A z letargów we sny wieczne.I zwłoki jego dziś leżą,Płacze go ciżba nabożna;A ludzie, patrząc, dziś wierzą,Że z boleści umrzeć można.Niebieska mu świeci chwała!

Tyle brata kosztowałaMoja niewola!

Wie Alla,Ile mię ta śmierć zasmuca.

Otóż król, co świat porzuca,W swym testamencie pozwala,Owszem, każe dać fortecęCeuty za infanta osobę...A ja, przywdziawszy żałobę,Od króla Alfonsa lecę,Jako od dziedzica tronu,Którego jeszcze nie znacie,Oto z tym aktem...

Stój, bracie!Słowa te pełne pokłonu

Nie tylko że nie są godneKrwi królewskiéj i wyrodne,Nie godne są ust infanta,Nie godne mistrza zakonu,Od którego wiara czekaWsparcia i wiecznego zelanta;Lecz nie godne są człowiekaI nie godne barbarzyńca,Co nigdy o Chrystusie nie słyszał,Że mój brat, (niech mu Bóg świeci)Włożył ją do testamentu,Tę klauzę — to tylko na to,Aby u ludzi wiedziano,Że brat dba o swego brata;Nie na to, aby czytanoI tłómaczono to słownie.Jeśli rzekł: oddajcie Ceutę,To ma się znaczyć, że trzebaPowolnie, albo gwałtownie,Z pomocą ludzi i niebaUpomnieć się o infanta.Jakżeby król katolickiJak on, wierny, sprawiedliwy,Taki król jak on? — nieżywy.Na swój proch oddany lauromKładł taką okropną plamę,By Ceutę oddawać Maurom,Tę Ceutę — miasto te same,

Gdzie on pierwszy, zdjęty żarem,W imię przenajświętsze Pańskie,Ze szpadą i ze sztandaremPrzyskoczył i chrześciańskieChorągwie zatknął na wieżach.A teraz byłożby czynemGodnym téj sławy w rycerzach?By miasto, które wyznało,Że Chrystus jest Boga synem,Kościoły pozakładało,Gdzie się imię Jego święciPośród serdecznych płomyków,I męka się ma na pamięci,Aby kościoły już starePrzez ludzi, przez katolików,Przez ludzi, co mają wiaręI tego Boga wyznają,Przez ludzi, co serca mają!Przez nas! przez Portugalczyków!Były?!... Aby te kościoły,Które złoconymi czołyPodpierają mleczne pasy,Jak naszéj wiary Atlasy;I na krzyż złoty pobożnyWieszają słońca czerwone;Aby przez księżyc dwurożnyByły na niebie zaćmione,Jęcząc tak jak męczennice!

Więc-że teraz te kapliceOpuścilibyśmy tajnie?Oddawszy na stodoły i stajnie;Albo, czego ten Maur łaknie,Na Mahometa meszkity?Gdy to mówię, tchu mi braknie!Gdy myślę, stoję jak wryty;Język mi w ustach kościeje,Włosy wstają, pot się lejeI drży całe moje ciało!Bo choć to nieraz bywało,Że jaka stajnia ubogaUgościła Pana Boga,I dała mu sen w swoim żłobie,Lecz meszkity? Boże Panie!Ach, toby na naszym grobieNapisano: tu Chrześcianie,Przewrotnym podobni panom,Wygnali Boga z kościołów,Boga i jego aniołówI oddali je szatanom!I byłożby sprawiedliwie,Ażebyśmy boże gmachy,Gdzie my stoim jak szyldwachy,Mając cały świat pod namiW zatrwożenni i podziwie,Teraz otwierali sami,Wpuszczając tam nasze wrogi?

Ażeby ten lud ubogiChrześciański a gorącyZ miasta wychodził płaczący,Z dobytkiem, z całą rodziną:A my, na te łzy, co płyną,Patrzalibyśmy, gnąc szpady?Aby osadnik nieradyZmieniał wiarę dla majątku?Aby tam Arab dzieciątkuUrodzonemu bez winyWlewał fałsz trupa z Medyny,Za młodu kalać zaczynał,Do swojéj wiary naginał,Do swych zapędzał namiotów.Do swego zamykał płota?Więc dla jednego żywotaTyle chrześciańskich żywotów!Tyle łez wylanych z powiek!Cóż ja? czym więcéj niż człowiek?Cóż mię równa z ludzi likiem?Czy to, że byłem infantem?Więc oto nie infant ze mnie,Oto jestem niewolnikiem,Już nie korony brylantem,Gotów jak drudzy nikczemnieŻyć i tu Pana bogacić.I któż wam każe tak płacićZa niewolnika? Niech płaci

Niewolnik ciałem i gardłem.Bo kto swoje wolność straci,Ten, mówię, ludziom umiera.Więc ja, dawno już umarłem.Któż mię dziś z trumny wydziera?Któż chowa na większe czyny?Daj! niech drę te pargaminy!Niech drę na świstki tę kartę,Niech drę na kawałki gadu,I jeszcze je zjem już podarte,Aby nie zostało śladu.

A teraz, królu i panie,Rozkazuj mi, panuj srogo,Jak chcesz... Niewolnik zostanie,Którego kupić nie mogą.Każ, niech mię łańcuchy strzegą,Niech robią na rękach blizny;Cierpliwością cię nasycę.Henryku! wróć do ojczyznyI mów: żeś mię tu w AfryceZostawił pogrzebanego.Bo ja z żywota mojegoTaką rzecz pokorną zrobię,Jakbym na prawdę był w grobie,Wspomnienia ludzi nie warty,Z oczu ludzkich i z myśli już starty.Chrześcianie! książę Fernand już skończył!

Losom swoim on jeszcze nie sprostał,Lecz co do was, czas służby już wybył.Maury! oto niewolnik wam został.Niewolnicy! brat jeden wam przybył,Aby nędzę z niedolą połączył,I łzy swoje połączył z waszymi.Wy niebiosa! oto człowiek na ziemiPanu swemu kościoły zakłada,Założone podpiera na skale.Morza! morza! do fal waszych padaJedna łza, co powiększy wam fale.A wy góry! oto człowiek pospołuZe zwierzęty do jaskiń ucieka.Wichry! wichry! oto nędzarz was z dołuWestchnieniami zaklina i wścieka.A ty ziemio! oto garstkę popiołuRzuca tobie i zewłok człowieka,Co z robaków twoich włoży laury...A to wszystko, by ten król i te MauryI ten infant i ziemi gdzieś końce,Chrześcianie i księżyc i słońceI niebiosa i ziemia i chmuryI zwierzęta i morza i góryI kto jeszcze na powietrzu przytomnyA pieczęć żywota nosi,Tu widzieli: jak książę niezłomnyWiarę swoję przeświętą podnosi,W obronie praw bożych stawa,

I przed Maurami wyznawaJego Przenajświętsze Imię.A choćbym w działowym dymie,Śród mieczów i ludzkich grotów,Bronił od ludzkiéj obrazyNie wymówionych przymiotówTéj, co poczęła bez zmazy,A miał w sobie sto żywotów,Oddałbym żywot sto razy!

Twardy, niewdzięczny człowieku?Także mi za łaski mojeOdpłacasz?... Jak śmiesz, robaku,Tego mi właśnie odmawiać,Czego najwięcéj żądałem?W państwie cię tak traktowałemJako brata, jako syna;Nie czułeś prawie niewoli.Lecz teraz przyszła godzina,Że cię twój łańcuch zaboliI los cię ukole srogi.Tu, więźniu! z duszą robaczą!Tu sam! niech wszyscy zobaczą,Jak ty mi całujesz nogi.

O! nieszczęście!

O! cierpienie!

Boże! co za poniżenie!

Do mnie twe należy ciało.

Tak, zaprawdę, ale mało,Mało to ci mocy doda,Panować nad kościami moimi.Bo ta ziemia to gospodaW ogromnéj naszéj podróży;I na to wyskoczył z ziemiCzłowiek, by się z losem kłócił;I na końcu każdéj burzyZnowu do ziemi powrócił.Więc, żeś mi kazał pochyłąTwarzą paść tu, gdzie proch leży!Za to ci wdzięczność należy,Bo mię oswajasz z mogiłą.

Ponieważ jesteś w niewoli,Zatem więc idzie z porządku,Że nie możesz mieć majątku,Ni pieniędzy, ani roli.Więc ponieważ ciebie trwogaMoże zmusić... lub bicz pana,Czemu mi Ceuta nie zdana?

Bo nie moja jest Ceuta, lecz Boga.

Nie jest-że to pierwsze prawo,Że niewolnik pana słucha?

Nie przeciwko prawom duchaMa niewolnik słuchać pana.To nie pies nęcony strawą,Ale uchrystusowanaNatura z woli przymiotem,Która służy... grzech ją maże.

Podły jeńcze, zabić każę.Dam ci śmierć...

Śmierć jest żywotem.

Więc życiem ciebie obdarzę,Ale takiém, że się zlęknieszI sam śmierci będziesz chciwy.Bo jam srogi.

Ja cierpliwy.

Obaczymy — zaraz zmiękniesz.Hej...

Co, panie?

W mgnieniu okaWziąść go, niech mi stóp nie plami,I porównać go z jeńcami.Niech jego postać wysokaUgnie się pod równą nędzą,Niechaj go do łazień pędzą,Niech moich koni dogląda;Dać mu w ręce taczki, grabieA zdjąć te jasne jedwabieI ubrać w szarak ubogi;Dać chleba, gdy jeść zażąda,Spleśniałą wodę niech pije;Łańcuch mu włożyć na szyję,Łańcuchami okuć nogi;W mazamorach bez podłogiNa wilgoci niechaj lega;Niech jego orszak służebnyTym samym prawom podlega,Co on.

O! wyrok haniebny!

O! żałości!

O! rozpaczy!

Zobaczy ten jeniec! zobaczy!Czy mi jego duma sprzecznaI cierpliwość na téj próbieWytrwa.

Wierz mi, wytrwa tobie,Bo ta cierpliwość jest wieczna.

Henryku, a co do ciebie,To ci powrotu nie bronię.Wracaj i powiedz w Lizbonie,Niech się w popiołach zagrzebie,Bo stracon ratunek wszelki,Bo jéj infant, jéj mistrz wielkiZostał tu... czyści mi konie.Niech mu z ratunkiem przychodzą.

O! przyjdą! klnę się przed światem,Że przyjdą pod Boga wodzą.A że ja tu z moim bratemNie został, choć serce boli,To dla tego, królu fezki,Że przyjdę, jak syn królewski,Uwolnić brata z niewoli.

Czyń, co ci rozum poradzi.

A teraz nic mi nie wadzi,Ażebym się FernandowiZ długu wdzięczności uiścił.

Król każe i to stanowi,Abyś tutaj ogród czyścił;Posłuszny więc bądź królowiI schyl do pracy ramiona.

Cierpliwość moja srogość królewską pokona.

Oj, na Tangier wysłał król...Jaki ból! jaki ból!Na podbicie wysłał świataDon Fernanda, swego brata,Posłał król! posłał król!Aby zawojował Fez,Ile łez! ile łez!

Don Fernanda wysłał król...Ile łez! jaki ból!

Już z historyi mojéj jest piosenka,Już ją słyszę żałośnie śpiewaną.Smętny jestem i serce mi pęka,Duszę jakby mam zaturbowanąI zlęknioną...

Co ci jest, niewolniku?Czy ty nie wiesz, że wolność mieć mamy?Infant wraca i wszyscy wracamy,A tu na tym mogilnikuNie zostanie z nas żaden! z nas żaden!

O! jak prędko tę nadzieję stracicie!

Przynieś, bracie, wody na ten gradynPolać kwiaty.

O! wodę prosicie?...O jak dobrze! jak dobrze! że do mnie,Który z wami smętne życie wiodę,Udajecie się, bracia, po wodę,Bo zaprawdę... że choć cierpię niezłomnie,

Jakiś robak, tu, serce mi toczy,Pełne serce i łez pełne mam oczy.

Nam do łaźni iść teraz wypada,Gdzie już poszli wszyscy niewolnicy.

Szukajmy, czy ta gromadaGdzie mego księcia nie mieści?Może go ci robotnicyWidzieli?... szukam go wszędzie.Przy nim i mniéj mi boleści,I siły w sercu przybędzie...Bracia, powiedzcie mi, proszę,Czyście tu gdzie nie widzieliNoszącego kwiatów koszeKsięcia Fernanda?

Nie, bracie.

Pomóżcie, święci anieli!Bo łez utrzymać nie mogę.

W łaźni go pewnie spotkacie.Pokażemy tobie drogęDo téj gorącéj piekielni.

Czy się nie zlękniecie, śmiertelni,Widząc w takiem pohańbieniuI mizeryi infanta korony?Mistrza Avis? czy w zastanowieniuCzas nie stanie, jak stają zegary!!

O mój panie! jaki ty zbiedniony!?O mój panie! w jakiem ty odzieniu!O! mój książę, do jakiéj ty maryJuż podobny? jak żal cię już strawił!

W imię Ojca!... wielkiś smutek mi sprawiłTém odkryciem, drogi don Żuanie;Ja się chciałem tu ukryć w łachmanieMiędzy ludźmi własnymi, w tym cebrzeNosić wodę, jak człowiek, co żebrzeI pracuje, tak biedny jak oni.

Przebacz, panie! i daj mi twéj dłoni,Jam nie wiedział, kto jesteś; nas wieluNie wiedziało...

Całujemy twe nogi.Przebacz, panie.

Wstań, mój przyjacielu.

Ja ci równy, niewolnik ubogi,Jak ty... pana mego teraz własność.

Wasza Jasność...

Puść! jaka tam jasność!?Rzuć ten tytuł, mój drogi biedaku!Jaka proszę mi jasność w żebraku?Jasność!?.. jestem ci równy, kolego,I ty teraz traktuj jak równego,I wy wszyscy traktujcie jak brata.

Czemuż piorun mię w proch nie obróci!Czemuż czaszki mi grom nie rozpłata!

Don Żuanie, to serdecznie mię smuci,Że utrzymać nie umiesz powagiJako szlachcic... i potępiam tę żywość...Bo zwątpiłeś w nieba sprawiedliwość,A tu trzeba spokojnéj odwagiUfającéj.

Chodźcie tu, niewolniki.Fenix, moja pani, prosi,Ażebyście te koszykiNapełnili kwiatami.

Ja pierwszyBędę kosił je tak, jak śmierć kosi.

Idźmy tam, gdzie ogród szerszy.

Ja z ganku patrzę za wami,Jak chodzicie za kwiatamiI polewacie je łzami.

A wy bez tych już pokłonów,Bracia moi ukochani,Losem my już porównani,A jeszcze królowa zgonówJutro we drzwi zakołace,Szczerszą równość postanowi;Więc, bracia, na co tę pracęZostawiać jutro grobowi?

Czy posłałaś niewolnikiPo kwiaty?

Zaraz powrócą.

Zasmuciły mnie słowiki,

Kwiaty może odesmucąI kolorami zabawią.

Twe fantazye takie ładneI piękne, że ach! nie zgadnę,Jakie ciebie smutki trawią,Gdy je kwiatami malujesz?

Cóż ty cierpisz? cóż ty czujesz?

Nie sen to był... ale widzenie,Ale mój los i przeznaczenie.Bo czy nieszczęsnemu śni się,Że znalazł gdzie skarby duże?Brylanty jak jaja kurzeW perłowéj leżące misie?Czy mu się przyśni, że czytaNapis literami krwawymi,Że wszystko stracił na ziemi,Tak że we śnie aż zazgrzyta?Jeśli go nieszczęście tłoczy,Zarówno obudzonemuSpojrzy świat w zbudzone oczyNieszczęściem... Biada biednemu!Ach! i mnie nieszczęsnéj biada,Na którą los taki spada,Że za umarłego mię dadzą.

Na to płacze nie poradzą.Jeśli ciebie takie smutki rozdarły,Jakże cierpieć ma... ach, ten umarły?

Któż słyszał o takim losie,Jak ten, co nademną świta!Nieszczęśliwa ja kobieta!Wykąpana w kwiatów rosie,Jako perła czysta, biała,Biała jak srebrne łabędziePrzy żółci trupiego ciała.A ten trup — ach, kto on będzie?Zda mi się, żem go widziała,Ciągle mi się w oczach roi.

Ten trup — tu — przed tobą stoi.

Co widzę? anieli w niebie!

Cóż cię trwoży?

Ty! twoja twarz!Strach mię zdjął, patrząc na ciebie.

I zaprawdę słuszność maszDziwić się fortunie światów.

Przyniosłem ci, oto, kwiatówW koszyku, garstkę pokosu.Zbierałem, gnąc się ku ziemi.Są niektóre między nimiHieroglify mego losu;Wyciągnij, znajdziesz niektóre,Co były rano szczęśliweJak ja...

Ręce moje chciweLecą na tych róż purpuręJak gołębie. Ach, ten kwiat,Który mi już w ręku spadł,Znalazłam wczoraj śród łąkI nazwałam: maravilją.

Ach! tak nazwij każdą lilją,Z moich niewolniczych rąkPodaną... czyż nie jest cudem?

O prawda! prawda! Lecz któż cię tak zmienił?Kto ci te włożył łańcuchy na nogi?

Sieniora, mój los.

Twój los, taki srogi?

Tak twardy, pani!

Ach, tyś mię skamienił!Powiedz? za cóż to?

Jesteśmy skazani,Rodząc się tu już, na mękę i ból.

Czyż ty nie Fernand?

Ja Fernand, tak, pani.

Któż skazał?

Prawo.

Któż miał prawo?

Sam król.

Za cóż to?

Jeniec, do niego należę.

Zaledwo oczom zasmuconym wierzę!Wszakże cię wczora król wysoko cenił!

A dzisiaj serce, jak widzisz, odmienił.

Ach, więc-że gwiazdom, co przy sobie siedzą,Dosyć jednego dnia, by się rozeszły.

Kwiaty, co z gwiazdą nieszczęśliwą weszły,Same ci na to, pani, odpowiedzą.Kwiaty, co wschodzą na ranek umyteI tak się w zorzach rozwinęły jasno,W objęciach nocy pomarszczone zasnąI dla nich już dnie nie wrócą przeżyte!Lilije w tęcze kolorów spowiteI umoczone w złoto i karminy,Zejdą jak duchy aniołów z dolinyZ jednym dniem życia pięknego pozbyte.A czy to rosy spadały obfite,Czy otulone były mgłą i tęczą,Śmierć je znalazła w godzinę urodzin.Tak ludzie kiedyś przyjdą i zaręczą,Że wieki, które się wloką i dręczą,Nie były dłuższe nam od smętnych godzin.

Ranisz mię... słyszę z dalekaW twoim głosie wieków głos.Kto cierpi na własny los,Od cierpiącego ucieka.

A te kwiaty? takie śliczne?

Jeżeli pomiędzy nimiSą kwiaty hieroglificzne,Jak losy twoje, żałobne,

To je rozsypię po ziemiI zdepcę...

Cóż cię w nich rani?

Ach, że są do gwiazd podobne!

Przebacz im te grzechy, pani.

Co?

Niestałość, próżne blaski.

Nie, wszystkie wypuszczam z łaski!Z gwiazdami zarówno cenię.

Jak to?

Moje przeznaczenieZ jedną smętną gwiazdą chodzi:Dla tego, bo kobieta się rodziGwiazdom podległa i kwiatom,Co ją prowadzą do truny.

Wiem, że w kwiatach są piołuny.Ale ach! niebieskim światomWpływy przysądzam uczynne.

Więc się dowiesz, że i gwiazdy są winne.Ach gwiazdy! gwiazdy, co takie gromadne,Niebieskie mają ze słońcem sojuszeI leją w słońce całą światła duszę,Są także dniowi jednemu podwładne.Kwiaty błękitu — bo są takie ładneJak te, którymi oto ziemię pruszęKwiat ci powiada: przez dzień skonać muszę;Gwiazda ci mówi: przez noc jedne spadnę.Więc gdy się od gwiazd ludzkie losy sądzą,Jeśli się od nich nasze losy winą,Nie dziw, że często spadają i błądzą,I gdzieś w mgły ciemne niewidzialne płyną.I naszym losem tak niestale rządząOne, co przez noc palą się i giną.

Czekałem, aż się oddaliFenixana. Pierwszy razOd jéj oka, od jéj krasUciekam jak orzeł smętny,Gdy na słońcu oczy spali.Fernandzie, czy jesteś sam?

Cóż mi powiesz, Muleju szlachetny?

Oto chciałem, abyś wiedział,Że czasem i w sercu MauraZnajdzie się miłość i wiara,Radząca czyny rozpaczne.Ach, nie wiem od czego zacznę?Nie wiem, czy ci mam powiadać,Ile ja cierpiałem na to,Kiedyś ty zaczął fortunieUlegać, pod nią upadać,Jéj niesłusznéj podległ zmianieI poszedł na urąganieI stanął za przykład losów.Ach, jak one z ludzi szydzą!Tyle nędzy! tyle ciosów!Niech mię tu ludzie nie widzą,Że z tobą, Fernandzie, gadam.Bo król wydał rozkaz srogi,Aby ustępować z drogi,Traktować cię bez respektu:Lecz ja do nóg ci upadam,Fernandzie, pełny afektuI wielkiéj wiary dla ciebie;Twój niewolnik, a w potrzebieTwój przyjaciel. Nie chcę tracićTych chwil, więc krótko ci powiem,Że przychodzę dług zapłacić,Życie życiem, zdrowie zdrowiem,

Wolność wolnością; więc żądam...(Daruj mi, że się oglądam,Czy nas gdzie nie widzą z murów)Weź ten nóż, ten wianek sznurów;Weź je o! panie... a skoroNoc się zaczerni, gotowaBędzie łódź pod mazamorą,Łódź dobra, silna i zdrowa,Z rdzawym, pękniętym łańcuchem.A wtenczas ty, panie, duchemNapełń twoje niewolniki,Rozkuj więzy; znajdziesz na toGotowe piły, pilniki,Zapas ubioru, bielizny;Weź ich i na łódź skrzydlatąWsiadaj i uchodź szczęśliwyDo miłéj tobie ojczyzny.Ja zaś tu zostanę żywyOdpowiadać życiem, zdrowiem,I czém trzeba, tém odpowiemI przed królem i przed prawem;Gotów twoim być zastawem,Choćby głową, jestem gotów.To wszystko. Ach, jeszcze sądzę,Ze ci potrzebne pieniądze?Więc oto garstka klejnotówZa mój okup niechaj służy,Bo człowiek, gdy się zadłuży,

Połowę przyjaźni traci,Gdy pieniądz serca przegrodzi.Dopiero, gdy dług zapłaciI usunie tego rocha,Z przyjacielem równiéj chodzi,Lepiéj czuje, wolniéj kocha.

Mówisz mi o wolnéj łodzi...Chciałbym... Lecz patrz, król nadchodzi.

Czy nas widział?

Nie.

O, panie!Skryj się.

Tutaj, w téj altanie.

Gadali tajemnie oba.Jeden skrył się do altany,Drugi stoi pomieszany.Wcale mi się nie podobaTo zejście obu, ta zmowa.Jeden się przedemną chowa,Drugi zlękły stoi, czeka.Więc go podejdę z daleka,

A słuszny czy nie, powód trwogiUsunę. Do Muleja. Bardzo się cieszę...

Panie, pozwól uściskać twe nogi...

Żem cię spotkał tu...

Co mi rozkażesz?

Wyznam tobie, żem mocno żałosnyZ niepoddania się Ceuty.

O, panie!Ceutę szturmem zdobędziesz bez trudu.Siłom twoim nie oprze się miasto.

Nie, Muleju, ta Ceuta się musiPoddać sama, bez kosztu żadnego...

Jak to, panie?

O tak, przyjacielu,Myślę nędzą i głodem okropnymTak przycisnąć Fernanda infanta,Że mi sam téj fortecy da klucze.Rzecz mię jedna tylko trwoży...Oto infant, ten książę, Muleju,W Fezie nawet mieć może przyjaciół.

Sami jeńce go widząc w niedoliI w cierpieniu, gotowi lada dzieńBunt mi podnieść... a baczę też na to,Że pieniądze łakomą są rzeczą,Więc strażniki przejęte zapłatą,Mogą jeńca wypuścić... a nie mamPewnych ludzi....

W téj go myśli utrzymam.A tak, widząc moje dobroduszność,O mnie bać się nie będzie.

Masz słuszność!Myśli twoje biorą dobry kierunek.

Jeden na to jest tylko ratunek,Jeden sposób, a o tym sposobie...

Cóż to, panie?

Pod straż go dam tobie,Bo wiem, że cię nie kupi brylantemAni kiesą... Więc ty nad infantemPostanowion, bądź jemu alkadem...Ufam tobie, a jedynym zakłademZa infanta twój honor mi stoi.

Słyszał wszystko i o mnie się boi,Albo sam się domyślił wszystkiego.O! Allachu!

Cóż tak smutny, kolego?

Nie słyszałżeś, co pan ten okrutny?...

Owszem, wszystko słyszałem z altany.

Czemuż pytasz, dla czegom ja smutny?Dla czego stoję zmieszany?Dla czego rozmawiam z sobą?Czemu żal mi pierś rozrywa?Pomiędzy królem a tobą,Posłuszeństwem a przyjaźniąStraszna się walka odbywa.Sumienie mi będzie kaźnią,Jeśli króla mego zdradzę;Węgle na głowę zgromadzę,Jeżeli ciebie opuszczę...Ach! zaszedłem w straszną puszczę!Myśl zbłąkanego odbiega...Król na mnie tylko polega,Ty we mnie masz tylko nadzieję...Radź, co czynić?

Miłość grzeje,I przyjaźń szczęście stanowi;A choć obiedwie są święteI zdradzone są ohydą,Lecz w porównanie nie idąZ wiarą należną krajowiI klękają przed nią zgięteTe anioły naszych dusz,Więc radzę, królowi służZ tą wiarą niepokalaną.A ja tu przyrzekam święcie,Że choćby mi dziś dawanoWolność na pierwszym okręcie,Co do Portugalii płynie,Odrzucę, bo na mnie leżyTwój honor i przezemnie nie zginie.

Jesteś zwierciadłem rycerzy!Ale mi nie dawaj rad,Wszak ty mi wróciłeś życie!Smętnemu wróciłeś świat!A ja miałbym... Nie, mój książę!Téj nocy, jak była zmowa,U brzegu ci łódź przywiążę;Uchodź, a moja tu głowaOdpowie.

Bracie mój miły,Byłżebym ja sprawiedliwy?Dałżebym ja dowód siłyI serca? wolności chciwy,Z hańbą mego przyjaciela...Hańbą się jego bogacąc,Honor biorąc, serce tracąc?Wolność, ten brylant wesela,Jażbym jego łzami płacił?Zostawiał tu męczennikiem?Jeżeliś miary nie stracił,Która czyny ludzkie mierzy,To bądź mi sam poradnikiemI mów, czy mi to należyUczynić?

Ach! nie wiem, panie,Co ci sam na to poradzę...Powiem: nie, to serce pęknie,Powiem: tak, to ciebie zdradzę,Jak przyjaciel, co sam zmięknieI w trwodze źle radzi może.

Więc ja tu słowo położęNiewzruszone, głaz ogromny.Wiedz, że mię tu sądy boże

Skazały, bym wybrał miaręLitości i tu za wiaręSkonał jak książę niezłomny.