Dzień Trzeci
Traducido del español por Edward Porębowicz
Lekarz swojego honoru
Pedro, któremu dziedzinaIndyj z blasków wije wieńce,Niech ucałuje twe ręce.
Odejdźcie.
Cóż za przyczyna?...
Do cię, ziem tych ApollinaI do Atlasa Kastylji,Który barki swoje chyliŚród pogody i śród miruPod ziem naszych glob szafiruI dyamentu, — w téj chwiliPodchodzę i życia szczętySkładam, — źle bronnego życia,Któremu pośród rozbiciaCień bytu nawet odjęty,Nie dziw się, że wypryśniętyŻal się oczu wylał łzami.Mówią ludzie, że gdy namiHonor, albo miłość wstrzęsie,Wolno zwisnąć łzie na rzęsieI że taka łza nie plami.
Patrz, oboje żyją we mnie;Honor od pierwszego tchnienia,Miłość od tego spojrzenia,Co mię skuło nierozjemnieZ żoną lubą. Lecz daremnieUfałem, żem od zła skryty.Zaszła chmura na błękity,Co zmroczyła niezmąconyDotąd lazur cnót méj żonyI mój honor niespożyty.Bolesna to dla mnie sprawaI zmieszany cały stoję,Bo wymówić ją się boję.Niech mi honor sił dodawa:Żądam surowości prawaNa waszego, Królu, brata.Nie bym wiedział, że poświataJuż się starła z mojéj tarczy;Ale pomyśleć wystarczy,W kim się honor z życiem splata.Szukam dla mego kalekiRady w Was; témi sposobyUprzedzając bieg chorobyWczesne gotuję mu leki.Bo gdyby z febryrcznéj spiekiChoroba weszła w złe fazy,Na radę wszystkie obrazyWezwałbym, zadał truciznę,W śmiertelną odział bieliznę,Pod grobowe schował głazyKrwią zmytego... Nie marszcz czoła,Krwią jedynie piersi mojej.O brata niech król się nie boi:Bo infant bezpieczny zgoła,Cześć ma na świadka powołaTen sztylet. Patrz: téj stalowéjKlingi język brylantowyJego jest. A gdy mi jasnyKsiążę sztylet zwierza własny,Snać jest pewien swojéj głowy.
Pochwalam to, don Gutierre,Że nosicie takie szczere,
Jak zwierciadło części znamię,Że się o nie słońce łamieSwym blaskiem; toż pewni bądźcie,Że wasz honor...
O, nie sądźcie,Panie, żem tu przyszedł po to,By mi słów królewskich złoto,Jak gdyby mnie już zabrakło,Ozłociło cześć mą zblakłą.Żywy Bóg! chwalić się mogęSkarbem takiéj zacnéj żony,Że jéj ustąpią koronyLukrecya, Porcya, Tomirys.Mówię tylko na przestrogę.
Dobrze, że tak czci swéj strzegłeś,Don Gutierre, dzielną strażą,Rozsądku oblókłszy kirys.Co wiesz i czego dostrzegłeś?
Niczego; ludzie jak ja,Wystarczy, jeśli wymarzą,Jeśli odgadną, przeczują.Jeśli z powietrza wysnują,Jeśli — nie wiem, jak mam rzec.Niema słowa, coby zwlecZdołało z ust mych pojęcieRzeczy, co nawet atomemNie jest. Chciałem w tym momencieWam tu, najjaśniejszy Panie,Oznajmić złe, nim się stanie,Nim mi zawiśnie nad domem.Gdybym to, czego się płonię,Znał już, lekarstwo-bym zadałSam, miast tu przychodzić po nie.
Skoro się lekarzem zowieszHonoru, przynajmniéj powiesz,Coś mu dotąd przepisywał,Gdyś go pierwszy raz wybadał?
Wiele, — jeno-m nie przyzywał
Zazdrości; miłość udałemCzulszą; z kwinty, gdzie mieszkałem,Choć wygodnéj i uroczéj,Widząc, że tak na uboczySmutek żony mojéj wzrasta,Dom przeniosłem tu do miasta,Gdzie — mogę to wyznać szczerze —Ma wszystko, czego zapragnie.Łagodny jestém jak jagnię;W brutalności rady szukaMąż głupi, bo mu się zdaje,Że z pamięci swéj wykrajeMyśl krzywdy, gdy ją wyhuka,
Widzę, infant tu nadchodzi.Spotkać wam się z nim nie godzi,Bo domyśliłby się celuNiezwykłego posłuchania.Co zrobimy? Przed niewieluDniami — przypominasz sobie —Skargę tu na cię wniesiono,Wówczas to osobę onąZa firankami ukryłemI — jak pomnę — wyleczyłemZłe w téjże saméj minucie,Jad zadając na zatrucie.Otóż dziś to samo zrobię,Ufając owéj kotarze.Ale zalecam i każę,Byście, cokolwiek się zdarzy,Nie śmieli pokazać twarzy,I milczeli tam, jak grób.
Ścielę się do waszych stóp,Królu — i wytrwam w téj próbieNiby ptak z kamieniem w dzióbie.
Dobry wieczór wam, mój bracie,Choć złym go może doznacie,Znajdując mię...
Ha! już po mnie!
Gniewnym.
Przelękły ogromniePytać się ważę — na kogo?
Na was, infancie, samego.
Ach, to na mnie góra złego;Już śmiertelny całun brać mi,Bo śmierć, gdy słońce się zaćmi.
Czy nie wiesz, Henryku, o tém,Że się czasem puginałyI w królewskiéj krwi walały?
Wiem. Dla kogóż to wskazanieGroźby, najjaśniejszy Panie?
Dla ciebie, dla ciebie, Henryku.Honor na duszy płomykuZasiada jak baczny stróż,A ja-m nie jest królem dusz.Dosyć; — słów nie chcę marnować.
Nie wiem...
Jeżeli sprostowaćNie zechce twa miłość dróg,Które zapędowi mościDo niedostępnych piękności,Gdzie honor cnych moich sług
Zarówno żyje z ich prawem,Stanie się, — przykładem krwawymNawet brata nie oszczędzę.
Seńor, choć słowa, co słyszę,Święte mi i język je piszeTwój w méj duszy, niby w księdzeBrązowéj, pozwolić raczyszSłów kilka ku méj obronie.Pamiętasz, że według prawaSędzia głos wolno oddawaZarówno przeciwnéj stronie.Tak, królu. Kochałem damę,Dość było jednego słowa,Abym wiedział o kim mowa —A tak bardzo ją kochałem...
Cóż tam po kochaniu całem,Gdy jest niedostępna, mówię.
Niedostępna, ale...
Milcz.
Pozwól, królu, niech domówię.
Dopowiadań tutaj niéma.Piękność to jest, co wytrzymaWszystkim natręctwom.
Tak, przecieCzas wszystko kruszy na świecie,Miłość przysięgi rozplecie.
Boże mój, jak źle zrobiłem,Że Gutierra tam ukryłem.
Milcz, milcz!
Nie wybuchaj, królu.To wyznanie mię osłoni,Żem miał pewne prawa do niej.
Wiem, wiem o całéj intrydze...
Co począć! Wyjścia nie widzę.
Że ją kochałem, wiesz zatémJeszcze z nim nieożenioną.Czyż przez to zadarłem z magnatem,Z tym wasalem?
Milcz, przeklęty!
Zanim była jego żoną,Była...
Ani słowa daléj —Wszystko to fałsz i wykrętyWynalezione w zamiarzeUjścia mym gniewom. Infancie,Nie będę nanowo wszczynałBadania. Znasz ten puginał?
Mój jest; bez niego wróciłemDo pałacu jednéj nocy.
I nie pomnisz, gdzie ci zginął?
Nie, królu.
Przypomniéć muszę.Tam gdzie mógł ci wydrzeć duszęI tylko pierś ci wyminąłPrzeto, że się znalazł w mocyNieskalanego wasala.Nie widzisz, że zemstą władaCzłowiek, co choć obrażony,Pierś i broń u nóg mych składa?Spójrz na ten sztylet złocony.Hieroglif to, co się paliZłotemi pisząc głoskamiTwą winę, skarżąc się na cię.Wierzę mu; przejrzyj się, bracie,
W zwierciedle téj stali prawéj,Obaczysz w niéj swoje winy.
Panie, patrz, — tak bez przyczynyKarcisz mię, że w pomieszaniu...
Weź ten sztylet. Coś uczynił,Zdrajco?...
Ja?
W niehamowaniuZłości, którą dawno trawisz,We krwi brata sztylet krwawisz?Królobójca? Chciwy tronu,Zwracasz go ku memu łonu?
Uważ, seńor, co powiadasz.W pomieszaniu...
Śmiesz mi grozić?Henryku, głowę postradasz.Weź ten puginał. Umieram...
To może człeku zamrozićKrew w żyłach.
Odejdę lepiej;Wygnanie nad śmierć wybieram.Jak niesprawiedliwyś, gdy cięNiechęć ku bratu zaślepi.Ja tobie odbierać życie!...
Wspomóż mię Bóg! Co to było?Jak nieznośne podejrzenieW myśli mi się zapaliło.We krwi własnéj się ujrzałem.W téj nieszczęsnéj wyobraźniWstają groźne mordu cienieI dreszcz gniewu i bojaźniChodzi mi po ciele całem.
Daj Bóg, — niechaj nie wytropię,Że się tutaj zdrada kryje,Bo twarz w okropnym potopiePrzelękłe słońce odbije.
Wszystkie piekieł bramy pękły.Zdziwion stałem i przelękły.Nie dziw, że król nieprzytomnieOdszedł, zapomniawszy o mnie.Czegom się dowiedział, Nieba!Lecz powtarzać czy potrzeba,Gdy się mą niedolą mierzyTen obelgi dowód świeży?Złe wyrwijmy od korzeni,Tak nieszczęście się wypleni.Niech umrze Mencia; jéj krewNiech pierś zbroczy, gdzie króluje;A skoro mię prześladujeDrugi raz téj widmo stali,Niech wrota otworzy jéj fali.
Uczynię to w tajemnicy,Bo w milczeniu i w ciemnicyLeży zwycięstw płód spowity,Bo kiedy Obelga tajnaŻąda na się zemsty skrytéj,Śmierć jéj będzie niezwyczajna,Okropnością niesłychana,Ach, nim poddam dłoń téj hydrze,Niech mi niebo życie wydrze.Bym patrzeć nie potrzebowałNa taki miłości koniec.Dlaczego ta szyba szklanaPrzejrzystych niebieskich pował
Ciężarem na mnie nie runie?Czemu ten niebieski goniecJak Chrystowe zmiłowanieBłyskawicą tu nie sfrunie?Nie masz dla nędznych, o Panie,Grobowego śmierci domu?Dla rozpacznych nie masz gromu?
Jakiż żal ustawicznyNosisz, pani ma, na twarzyczce ślicznej,Czemu w nocy i we dnieSzlochasz i szlochasz?
Tak mi w duszy blednieWszelka świadomość bytu,Że wieczny mrok bez śwituZ myśli mych zrobił cmentarz.Od owéj nocy, jeżeli pamiętasz,Gdyśmy mieszkały w wiliI gdy w nieszczęsnéj chwiliDon Henryk przyszedł do mnie,Struchlała jestém i zlękła ogromnie,Ważąc, co mówisz, że to być nie może,Bo o téj saméj porze,Gdym się z tą dziwną znalazła osobą,Infant rozmawiał z tobą.Odtąd mi z leku konaDusza, szelestém lada przerażona,Bo w jakąż otchłań dążę,Jeśli to Gutier sam był, a nie książę?
Czyż zbłądzić było można?
Tak, Hiacynto; bo ja nieostrożnaŚwiecy zagasnąć dałam.
A gdy zmieszana szept jeno słyszałam,Wzięłam go za Henryka.Jeśli to Gutier był, mróz mię przenika.Przytém z jego naturySądząc i widząc, że w sobie ponury,A zemną jest wesoły,Wiedząc, że smutki to ócz przyjacioły,Które im nic nie kryją,Straszną się we mnie trwogą myśli biją.
Pani!
Cóż niesiesz znowu?
Zaledwo usta przejść pozwolą słowu.Infant don Henryk oto...
Dosyć; to imię nad moją zgryzotąTak rozłożyło czarne skrzydła swoje,Że równie brzydzę się niém, jak się boję.
Nie o miłości mowa.
Gdy tak, powiadaj, ale w krótkie słowa.
Don Henryk, który — pani —Nie umiał do twéj dopłynąć przystani,I jasny król nasz PedroZadarli z sobą, jak się bracia nie drą.Jak — już tego nie powiem,Raz, żem nie słyszał, a drugi, że zdrowiemOpłaca ten i pludry,Co się z królami waży iść na udry.Więc milczę, jak wypada.Infant mię bierze na bok i powiada:Pójdziesz do dońy Mencii
I powiesz, że jéj wzgardy i niechęciBrata mi mego odebrały laski.Uprzedzając niesnaskiI ocalając życieNa obcą ziemię uciekam stąd skrycie,Gdzie jednak żyć nie tuszę,Bo srogość Mencii zatruła mi duszę.
Dla mnie infant opuszczaMiasto w niełasce króla? Chce, by tłuszczaSkandale węsząc noweZacne me imię wzięła na obmowę?Co uczynię nieboga!
Jest jeden łatwy sposób, pani droga,Gdy złe nam grozi, — na zatamowanie.
Jakiż?
Infanta prosić, niech zostanie.Gdy się oddali książę,Wieść ta wnet wszystkie języki rozwiąże.Bo wyjazd infantowyZbyt jest niezwykłą rzeczą, aby głowyNad dziwnego zniknięciaPrzyczyną łamać nie chciano.
Gdzież księciaZnajdę, gdy o tym czasie już ostrogęKoniowi dawszy ruszył pewno w drogę?
Słów mu napisać paręTrzeba, by poniósł dla cię tę ofiarę,Że twój honor zależyOd tego, aby nie jechał. Czas bieżyI śpieszyć się konieczna.
Próba honoru — próba niebezpieczna.Ha! dobrze, list napiszę,Bo w niepewności, w któréj teraz wiszę,Honor mając na względzieZ mych szkód najmniejsza to mi szkoda będzie,
Jeśli są mniejsze w méj niedoli szkody,Proszę, zostańcie tutaj; — chcę swobody.
Kokin, już to dni kilkaNosisz się z miną pobitego wilka.Dawniéj byłeś jak źrebię.Cóż to?
Ach! Chciałem zgnieść i wtłoczyć w siebieBoleść mą — niemądry jaI taka wstała tam hipochondryja,Że umrę.
Cóż to za choroba sławna?
Choroba bardzo w modzie i niedawna.Przywędrowała — ot dwa lata będzie,A tak jest dzisiaj używana wszędzie,I tak ją ściśle przykazuje moda,Że pewna dama czerstwiuchna i młoda,Słodziutką robiąc do kochanka minę,Rzekła: Przynieś mi hipochondryi krzynę.Lecz kroki pana słyszę,
Boże! List znajdzie, który pani pisze.
Poczekaj, moja mała!Cóż tak pilnego? Gdzieżeś to biedź chciała?
Święta Panno kochana,Panią uprzedzić o przybyciu pana.
Sługom nie ufaj wiele.Wrodzeni domu to nieprzyjaciele,
Na twarzy obu spostrzegam ambaras.Chodź tu! Co znaczyć miało? Powiedz zaraz,Gdzie biegłaś?
Cóż to szkodziŻe pani biegłam rzec, że pan nadchodzi?
Niewiniątko jagnięce!Od tego może coś więcéj wykręcę.Kokin, byłeś uczciwy,W mym domu chowasz się od niepamięci,Powiedz mi, na Bóg żywyPowiedz, błagam cie, co się tutaj święci?
Panie, gdybym coś wiedział,Jużbym dla naszéj czci wspólnéj powiedział.Przysięgam, panie...
Nie przysięgaj wasze.Czemuś zmieszany taki?
Djabeł-by strachał się, toć ja się straszę.
Ha, dają sobie znaki!Już o złoczyńcy nie kłamie przysłowie.— Precz!
Sam z honorem. — O, biada méj głowie!Większa-li jest gdzie męka,By łkały oczy, a karciła ręka?Mencią piszącą widzę.Za to, co myślę zrobić, sam się wstydzę.
Boże mój miłościwy!...
Zakrzepła z lęku niby posąg żywy.
„Wasza wysokość”.Ha! wysokość owaMój honor w otchłań grobową pochowa.
„Niech nie wyjeżdża“... — Dosyć.Czyż nie wystarcza mi, że śmie go prosić?Kroczę po nieszczęść zbyt stroméj drabinie.Tu zaraz śmierć jéj zadam..Nie. Gdzież roztropność? — Oto, co układam;Z domu oddalę sługi,Niedola jeno zostanie, — ja drugi.A że mimo odkrycieStraszne Mencią mą kochałem nad życie,Uświęcę to kochanie,I na ostatnie rzewne pożegnanie,W ostatecznym podrzucieŚmierci, jeszcze jéj zjawię me uczucie.Skoro mię użyć takich leków zmusza,Ciało niech ginie, — lecz niech nie mrze dusza.
Panie mój, co chcesz czynić?Nie chciej, nie chciéj mię winić!W niewinność moje samo niebo wierzy.Twa dłoń okrutna, twe żelazo mierzyW pierś moję? Łaski, ach łaski! kobiecieNiewinnéj życia nie chcesz wydrzeć przecie.Lecz co to? Czy tu w własnéj swéj postaciNie stał Gutierre? W méj imaginacjiNie oglądałam ciała mego w faliWykąpanego koloru korali?Jaki lęk mię ogarnia!To prób śmiertelnych ostatnia męczarnia.Złudzenie!... A jam jawą ją sądziła!List podrę. Na com się też ośmieliła!..Co to jest? Męża list!... Mój wyrok skonu!Wyrazy straszne, niby jęki dzwonu.
Co czytam! Nieba! Hiacynto, do mnie!
Nie odpowiada? Zginęłam. — Już po mnie!Gdzie jest służba? — O, święteNiebiosa; te drzwi — i te drzwi — zamknięteBez echa głos przepada.Jaka potworność — okrucieństwo — zdrada!U okien grube i żelazne sztaby,Próżny jęk... przez mur głos nie przejdzie słaby.Przez okno wołać?... Wychodzi w ogrody.Kto się zlituje mnie nędznéj i młodej?Gdzie pójdę? kędy stąpię?Już chłód śmiertelny członki moje kąpie!
Henryk umknął niespodzianie?
Tak jest, najjaśniejszy panie.Nocą wyjechał z Sewili.
Mniema, — ale się omyliZuchwalec, — że na świecie,Moje ramię go nie zgniecie!I gdzież uciekł?
Do KonsegrySadze.
Do Wielkiego MistrzaWidzę — rzecz najoczywistsza,Że zechcą na spiskach grać mi.
Wszak są, królu, twemi braćmi,Już pragnąłbym ręczyć duszą
Że jak brata kochać muszą.To obowiązek natury.
Odjechał z nim z dworzan który?
Don Arias.
Ha! Powiernicy!
Śpiew słychać z tamtéj ulicy.
Idźmy, posłuchajmy śpiewu.Niech ochłonę trochę z gniewu.
Masz słuszność, królu; w harmonjiTonów wszelki żal się roni.
Infant w trakcie pogawędki,Kwaśno z królem się pożegnał.Oby nam ten odjazd prędki,Wszystkie z miasta kwasy przegnał.
Smutny śpiew. Chodźno don Diego.Tamtędy — niech nie spostrzegą; —Chcę wiedzieć, co to za ptaszekAutor takich śmiałych fraszek.
Wejdź, i niech cię strach nie warzyJak liść zwiędły. Maskę z twarzyZdejm, a teraz ja ją włożę.
Naco mię prowadzisz? Boże!
Cokolwiek tutaj obaczysz,Nie bój się. (Kładzie maskę.)
Wreszcie, mi raczyszPowiedzieć, przychodzę po co...Z domu wywołujesz nocą,Wyprowadzasz mię w ulicę,I do piersi mi puginałPrzytknąwszy, bym nie poczynałObrony, każesz mi liceZakryć maską i jak frygęObracasz, grożąc, że w łonieUtopisz, gdy twarz odsłonię.Na tę dziwaczną intrygęWodzisz przez całą godzinę.A ja drżę i z dziwu ginęCzekając, co daléj będzie,Czując, że straszne narzędzieRobisz ze mnie. Już nad ranemPrawie wiedziesz do mieszkania,Gdzie mi skarby wzrok odsłania,A nie zgadnę, kto ich panem.Chyba ty... Jakaż zagadkaMa mieć tutaj we mnie świadka?
Zaczekaj, wrócę w momencie.
Tajemniczo, niepojęcieCoś się gra! W oczach mi ciemno.Wspomóż mię niebo!
Chodź ze mną.Lecz daję ci do wyboru:Téj stali — patrz — żądło żmije
Krwi emalią cię pokryjeNa najmniejszy znak oporuPrzeciw tému, co polecę.Wejdź ze mną do téj komnaty.— Co spostrzegasz?
Na makatyPołożony i skostniałyUmarłego posąg biały.Po bokach gromniczne świeceI krucyfiks ChrystusowyU stóp téj okropnéj truny.Nie wiem kto; nie widzę głowyW czarne osnutéj całuny.
Tému żywemu trupowiKtóry tutaj widzisz, zadaszŚmierć.
Ha! panie, co powiadasz?
Krew puściwszy, będziesz czekał,Patrząc, jak mu będzie zciekałŻycia sok, aż się wylejeWszystek i ciało omdleje,I nie drgnie już więcéj łonoKrwią, — po kropli wykrwawioną.— Na nic wstręt twój i błagania.Niema we mnie zmiłowania.Słuchać masz, gdy-ć żywot miły.
Panie, nie będę miał siłyDokonać strasznego dzieła.
Więc kogo dzielność natchnęła— Gdy zrozumiała konieczność —Na straszniejszą ostateczność,Zadać śmierć zdoła i tobie.
W obronie życia to zrobię.
I dobrze; — istnieje na téjZiemi taki, który żyje,
By zabijał; — do komnatyWejdź sam, ja tutaj postoję.
Rozważne są plany moje.Wszak mi trzeba, będąc katem,Hańby dowód skryć przed światem.Trucizna? — ta się wykryje;Nie podobna ukryć rany,Gdy żelazem cios zadany.Tak zaś powiem, że umarłaMimo troskliwe leczenie.Konieczne było puszczenieKrwi, a nikt mi nie zaprzeczy,— Bo to są codzienne rzeczy —Że w gorączce bandaż zdarła.Potrzebne też było i to,Żem go tu przywiódł z zakrytąDo samego końca twarzą,Bacząc, że komu tak każąKrew puszczać zdrowéj kobiecieI gwałtém, — pośpieszy zdradzić.Teraz w swojéj opowieściNie zdoła na trop wprowadzićTego cmentarza méj części.Ani domu nie odkryje,Témbardziej, że go zabijęWywiódłszy w ulicę daléj.— Lekarzem jestém honoru,Tak się mu zdrowie ocali,Bo tak się lancetem leczyWszystko w téj doli człowieczéj.
Jedzie sobie do Konsegra,Gdzie tragiedya się rozegra,Tragiedya najdziksza z wielu,Krwią na pagórkach Montelu.
Don Diego!
Co pan mój każe?
Napróżno tak długo łażę.W téj ulicy oczywistaKryje się; wszak nie wiatr śwista.
Nie warto się głupstwem — panie —Trudzić: ot, błahe śpiewanie...Piosenek takich w SewiliMnóstwo śpiewają w téj chwili.
Dwaj ludzie ku nam podchodzą.
Prawda; nie żal było pracy.Poznamy, co za śpiewacy.
Że mi tak niebiosa grodząTemi dwoma ludźmi drogę!Że powtórnie kluczem śmierciSekretu zamknąć nie mogę!...
Cofnę się; — tu na ulicyPozostawić go konieczna.Jest rzecz dla mnie niebezpiecznaByć poznanym w téj dzielnicy.
Jeden — najjaśniejszy Panie —Umknął gdzieś niespodzianie.Drugi pozostał i stoi...
Ku niecierpliwości mojej.Przy bladym świetle księżycaSpostrzegam, że nie ma lica,Ale na twarzy opaskęI niby gipsową maskęO kształtach niedorzeźbionych.
Z daleka — Panie — od niego.Ja przystąpię.
Puść, don Diego!Odpowiedz, ktoś jest, człowiecze?
Zalęk mi i pomieszanieUst wrota zamyka, panie.
Zalęk biednego lekarza,Który się myślą przerażaSamą, że przed królem stoi,Dostojności bowiem twojéjGłos sam zdrajcą był w swém brzmieniu.Pomieszanie z uczestnictwaW najokropniejszem zdarzeniu,Jakie lud, kronika żywa,W błędnych annałach odkrywa.
Cóż to?
Udział mój w tém dzieleWam tylko wydać się ośmielę.
Don Diego, odejdź na stronę.
Dziwy niewytłómaczoneOglądam dzisiejszéj nocy.Brońcie nas, niebieskie mocy!
Oblicza jéj nie dojrzałem,Jeno śród jęków słyszałemSkargę: Umieram niewinna.Niech ci niebo nie pamiętaMéj śmierci! — Mówiąc, ta świętaSkonała, — a w tejże saméjChwili człowiek zgasił świécęI wyprowadził za bramyTą samą, co przedtém drogą.Gdyśmy przyszli w tę ulicę,Usłyszawszy pewno szmery,Odszedł i tu mię zostawił.Lecz nie ujdzie nam, bom ręceNaumyślnie tam zakrwawiłI wszędzie, którędy wracał,Udając, żem w cieniu macał,Poznaczyłem domów muryŚladem téj strasznéj purpury.Za takiemi drogoskazyOdkryjemy dom zbrodniczy.
Za zasługę ci się liczy,Coś zrobił. Twoje wyrazyNie jasne; o czem się dowieszJeszcze, natychmiast mi powiesz.Weź ten pierścień z dyamentém:Dniem i nocą każdéj chwiliDrzwi pałacu ci rozchyli.
Niech cię, królu, nieba strzegą!
Odejdźmy teraz, don Diego.
Co było?
Czyn niesłychany!...
Król mój i pan zadumany.
Zadumać się jest przyczyna.
Panie, czeka na Was łożeI dzień już zjawiać zaczynaNa wschodzie rąbki złocone.
Do snu głowy méj nie nagnę,Aż dowiem się, czego pragnę.
Panie, zachcenie szalone.We dnie poznać cię kto może!...
Choćbyś miał biednego człekaZabić, — ujrzawszy zdaleka,Mówić z tobą, królu, śpieszę.
Jakież nam Kokin świadectwoDziś da, że myśli dorzecznie?
Czyn ten straszny ostateczniePotwierdza jego szlachectwo.Choć mię między wartogłowyLiczysz wiatrem nadymane,Patrz, królu, — jak, kiedy stanęPrzed tobą, jestém surowy,Ja, ów sowizdrzał swawolny.— Słuchaj, królu, co opowiem.
Płakać cię przymuszę bowiem,Gdym rozśmieszyć nie był zdolny.Don Gutierre ułudzonyNieszczęśliwemi pozoryZaczął do zazdrości skoryPodejrzewać cześć swéj żony;A tak go opanowała,Że naszedłszy w niespodzianySposób, znalazł list pisanyDo infanta, gdzie wzywałaKsięcia, ażeby zaniechałWyjazdu, by nie mówiliLudzie, że dla niéj z SewiliI dla jéj wstrętów wyjechał,Niby w zamiarze odwetu.W takim gwałtownym obcesie— (Że była niewinna, klnę się) —Wpadłszy do jéj gabinetuZ rąk jéj wydarł list brutalnieI z pianą na ustach białą,Wydaliwszy służbę całą,Zamknąwszy na klucz sypialnię,Sam jeden pozostał z panią.A ja widząc, jak był gniewny,I czując to, że nad pewnéjŚmierci stanęła otchłanią,Do nóg twych, królu, podchodzęProsząc, byś powagą tronuUratował ją od skonu.
Dobrześ zrobił; czem nagrodzęLitość taką?
Żadnem złotém,Lecz zwolnieniem mię z zakładu,Gdzie mym zębom nie do ładu.
Pozostawmy śmiech na potém.
Na kiedyż to?
Nieba szlaki
Bledną. Odejdźmy, don Diego,Zanim nas tutaj spostrzegą.Wynajdziemy pozór jakiWejść do owego mieszkania;Powiemy, że mię w téj stronieDzień naszedł i że się chronię,Aby uniknąć poznania.Gdy się raz w tym domu będzie,Rozpozna się sprawę całąI sąd wyda, jak przystałoNa króla, pierwszego sędzię.
Gdzie król życzy iść, słuchamy.
Do jego domu możecieWejść, królu, zwłaszcza że przecieStoisz już u jego bramy.
Don Diego!...
Co cie przeraża?
Patrz — nie widzisz na téj bramieNiby krwawéj dłoni znamię?...
Prawda!
W Gutierze zbrodniarzaOdkrywam? Ha! PołożenieKrytyczne. Téj nocy zatémOn był tym okrutnym katém,— Dzielne zadość uczynienie!
Aby mię nie posądzono,Że pośród gwarów ulicy
Chcę zapomnieć méj tęsknicy,Na mszę wychodzę tak rano —Ale ulica już ludna,Król tu i o téj godzinie?...
Zasłoń się, póki nie minie.
Ukryć się pani rzecz trudna.Piękności łatwe poznanie.
Nie śmiałabym twarzy słonic,Aby się zaszczytu chronićUściskania stóp twych, Panie.
Według wyrzutów sumieniaJabym raczéj racyą wszelkąMiał kryć się, bo wierzycielkąJesteś mego przyrzeczenia.Słowności pochwałę zyszczęI ufajcie, Leonoro,Że pierwszą okazyi porąZ długu mego się uiszczę.
Zabić dam się dzisiaj łzom,Ty rozgniewane powietrze,Jeśli mi nie padnie gromZ twoich sfer i w proch nie zetrze!
Co to?
Niby furya blada,Don Gutier z bramy wypada.
Don Gutierre, gdzie waść goni?
Niechaj król mi stóp nie broniI niech mi nie broni głosu,Abym u nich wydał powieśćNajokropniejszego ciosu,Powieść, od któréj zlęknionaDusza zblednie. Moja żona,Moja Mencia czysta, luba,Duma moja i ma chluba,Niechaj sława o tém powie, —Mencia, którą tak kochałem,Jak mą duszę, jak me zdrowie,Dziś w nocy w walce śmiertelnéjZgasiła nieskazitelnyBlask, by zadać kłam mniemaniu,Że była z bogiń nie z ludzi.Lekarz — jeśli mię nie myliRozgłos — pierwszy tu w Sewili,Którego rozgłośna sztukaRównéj sobie w świecie szuka,Posłuszny memu wezwaniuPrzybywszy, krwi rozporządziłPuszczenie, ile że sądził,Że gwałtownemi sposobyBieg trzeba przeciąć choroby.Jak kazał, uczynić chciałem:Cyrulika przywołałemJa sam, nie znalazłszy służby.Krew puścił, jak należało.Ja dziś, ledwo rozedniałoWchodzę cicho do alkowy.Od progu — o straszne wróżby! —Kobierzec karmazynowyNa posadzce; na pościeliCzerwone róże śród bieli,A na nich Mencia — umarła,W téj krwi świetnéj wykąpana.Zdrajczynią — otwarta rana,Którą wybroczyła duszę.
Pojąłem — opaskę zdarłaW gorączce... Ha! na cóż się kuszęNa okropnego obrazuOddanie szukać wyrazu?...Obróć w tamte stronę głowę,A obaczysz purpuroweZ bólu słońce, księżyc zbladłyI ujrzysz jak gwiazdy spadłyI od niebieskiego węgłaPlanet rzesza się odprzęgła.A ujrzawszy piękność owe,Pomyśl, czy mogę nie biadać,Gdy cios ten, by sroższą zadaćŚmierć, zostawił we mnie duszę?...
(Odsłania Mencią na łożu).
Czyn okropny niezawodnie,Lecz rozpatrzeć trzeba chłodnie.Takiéj wymierzenie karySądzić trzeba innéj miaryPrawami —
Skryj, bo krew mroziTen obraz i zmysłom grozi;Poruszyć zdolen marmuryTen symbol śmierci ponury.Jeśli pociechy szukacieDon Gutierre po téj stracie,Wyrówna jéj tylko jedna:Dajcie rękę Leonorze.Bo już czas, by jéj bezwiednaKrzywda w waszym też honorzeGodną znalazła odpłatę.Cześć jéj się należy za tęCnotę i za to wytrwanie.
Skoro, najjaśniejszy Panie,Po pożarze w czas tak krótkiNawet popioły nie schłódną,Toż i mnie dziś zebrać trudnoZmysły. Pozwól, niech rozważę.
Tak ma stać się, jak król każe.
Panie, chcesz, abym raz drugi,Z burzowéj dopiero szarugi„Wróciwszy, po tym mozoleW morze rzucał się?... i po co?
Aby spełnić króla wolę.
Niechże król mojéj przyczynyWysłucha.
Dobrze, słuchamy.
Jeśli fatalnéj godzinyWróciwszy do domu nocąPrzyjdzie mi prawdę odsłonić,Że w nim don Henryk się chowa?
Podejrzeniom wstępu wzbronić.
A jeśli moja alkowaZdradzi go, jeśli z za łożaRęka ma sztylet dobędzie?
Pomyśleć, że znajdzie wszędziePrzekupne i zdradne sługi,I być przezornym raz drugi.
Gdy nie wystarczy przezorność,Gdy mi się naprzykrzy dwornośćDniem i nocą pod oknami?
Poskarżyć się nań przed nami.
Jeśli skarga nie dopisze,I większą hańbę usłyszę?
Nie wierzyć jego pot warzy,Bo choć się na wiele waży,
Cnota przed nim się ostoiNiby mur żelaznych zbroi.
A jeśli niespodziewanieNaszedłszy ją, list z rąk wydrę,Gdzie go prosi o zostanie?
Na wszystko znajdą się leki.
I na taką nieszczęść hydrę?
Tak, don Gutierre.
Jakiż to?
Jeden z waszych: krwi puszczenie.
Co mówisz?
Byś wymyć kazałDrzwi domu i skrył przed światémPlamę, którą ktoś je zmazał.
Widzisz, królu, nad warsztatémKowale, zduny i cieśleŚwiadczą o swojem rzemieśleSzyldem. Ja jako honoruLekarz, umieścić mam prawo,Jako znak mój rękę krwawą,Bowiem honor krwią się pierze.
Leonora niech odbierzeHołd swych zasług z ręką waszą.
Dobrze, jeśli jéj nie strasząKrwawe z niéj wstające widziadła.Krwią jest myta — Leonoro!
Anim drgnęła, anim zbladła.
Wiesz, jestém honoru zawszeLekarzem; leki mam krwawsze,Gdy potrzeba.
W téj purpurzeWymyj cześć mą, gdy zasłużę.
Z warunkiem takim przystaję.Bierz ją więc.
Tu się rozstajeLekarz swojego honoruZ publiką; — błędy wybaczcie.