Pieśni ofiarne — całość

রবীন্দ্রনাথ ঠাকুর (1861–1941)

Traducido por Józef Jankowski

Gdzie w nieobjętym światła oceanieBiałe bez skazy wciąż promieniowanie,Gdzie niemasz nocy, ni dnia, — gdzie osnowaBez barw i kształtów — i gdzie niemasz słowa

„Niewolniku poterany!Mów, kto okuł cię w kajdany?“

„Pan mnie okuł: ja myślałem,Że, za Jego idąc działemNa ojczystej mojej niwie,Całą ludzkość uszczęśliwię.Więc — jak zbiera miód do ulaPszczoła — kropla do kropelki,Tak ja dla mojego królaGromadziłem skarbiec wielki.Aż — gdy skleił sen powieki,Na królewskie skarbów łożeLegłem — i gdy wstały zorze,W tym że skarbcu na mych wianachObudziłem się w kajdanach“.

„Niewolniku poterany!Kto zgotował te kajdany?“

„Sam mym trudem i zapałem,Sam ten łańcuch zgotowałem:Bo mniemałem — na mej drodzeTym łańcuchem się odgrodzęI wolności me człowieczeJego splotem zabezpieczę.Więc też pilnie we dnie, w nocyKułem łańcuch, pełen mocy, —Trudem wielkim w ogniach zżywaSporządzałem te ogniwa.Aż — gdy były już gotowe,Niespożyte, pomnikowe,Wtedy — wtedy w jego szponySam zostałem pochwycony.

Gdy malowanki przynoszę ci, dziecię,Ach, wtedy wiem już, zkąd mają barw tyleI odmian tyle kwiaty i motyle,Obłok i rosa, ziskrzona na kwiecie:Gdy malowanki przynoszę ci, dziecię!

Kiedy ci śpiewam, a ty tańczysz, dziecię,Ach, wtedy wiem już, zkąd taka muzykaW gajach — i poszmer co mówi strumykaDo serca ziemi, wszczęty w pozaświecie:Kiedy ci śpiewam, a ty tańczysz dziecię!

Gdy ci słodycze do rąk daję, dziecię,Ach, wtedy wiem już, zkąd kwiat ma swe miody,Zkąd tak tajemnie owoc i jagodySok sączą ludziom przy skwarnem ich lecie:Gdy ci słodycze do rąk daję, dziecię!

Gdy od mych pieszczot tryskasz śmiechem, dziecię,Ach, wtedy wiem już, co czuje zorzanyPotok, od słońca blaskiem oderwany,Co powiew rzeźki w porannej podniecie:Gdy w mych ramionach tryskasz śmiechem, dziecię!

Do Ciebie, Panie, poprzez mrok i błędyWołam: podcinaj mego serca pędy.

Daj moc mi, abym na dzień tutaj krótkiNiósł w świetle moje radości i smutki.

Daj moc mi, aby miłość moja mocnoStanęła służbą na ziemi owocną.

Daj moc, bym dolę przygarniał sierocąI nigdy kolan nie zgiął przed przemocą —

I moc daj, abym, pełniąc tutaj kolej,Poddał moc moję z miłością Twej woli.

Ciebie jedynie pragnę, tylko Ciebie!O, pozwól mi to powtarzać bez końca!Co mnie tu mami w noc i w blaskach słońca,Fałszem jest wszystko na próżności glebie.

Jako do światła powita i głuchaNoc czeka, jutrzni szukając na niebie,Tak w mojej głębi, w otchłaniach mych duchaKrzyk jeden tylko: Ciebie pragnę, Ciebie!

Jako wezbrana burza do pokojuDąży, choć gromy w swem łonie kolebie,Tak wciąż o miłość mój bój — i wciąż w znojuKrzyk ten błyskawic: Ciebie pragnę, Ciebie!

Gdy śmierć zastuka do mojej komory,Czemże ją przyjmę, gospodarz niespory?

O, niech się dusza moja nie zasroma, —Niech nie odpuszczę z pustemi rękomaGościa mojego — lecz, jak na ochoczeGody, niech sutą kadź przed nią wytoczę.

W niej wszystkie słodkie moje winobraniaDni mych jesiennych i nocy czuwania, —Owoc, przystrojon w zorzany rumieniec —I dożynkowy mój położę wieniecNa dni mych schyłku, kiedy, pomna pory,Śmierć zakołace do mojej komory.

Jednym pokłonem dla Ciebie, mój Boże,Do stóp Twych — jako na ojców ugorzeBielone płótno w południa godzinę,Niech me uczucia rozpostrę, rozwinę.

Jako ciężarna deszczami złotemiChmura majowa chyli się ku ziemi,Tak niech me myśli zwisną na Twym dworzeJednym pokłonem dla Ciebie, mój Boże!

Jako tęskniące do kraju żórawieDzień i noc ciągną, mdlejące już prawie,Tak niechaj ciągnę na me wieczne zorzeJednym pokłonem dla Ciebie, mój Boże!

Gdy już odejścia mój czas się opowie,Szczęśliwej drogi życzcie mi, druhowie!Na niebie jutrznia krasi się różana,A ścieża moja pięknie rozesłana.

I nie pytajcie, z czem ruszam na zorze,Jaki gościniec do stóp tam położę, —Ręce me puste, sakwy nie ciężące,Ale me serce — pełne, gorejące.

Na głowę wieniec przywdzieję swadziebny, —Wór ci nie dla mnie podróżniczy zgrzebny, —I, chociaż grozy wiele śród przeprawy,W sercu mem — świadkiem Bóg — niemasz obawy.

Gwiazda wieczorna właśnie się wynurzy,Kiedy się skończy kres mojej podróży, —I rozszemranej melodyi urokiDo wrót królewskich skierują me kroki.

Pieśń moja przednia, pieśń dla mego Pana,Dotychczas jeszcze wciąż niewyśpiewana.

Wszystkie dni moje przeszły najrozrzutniejNa rozstrajaniu i strojeniu lutni.

Rytm nie był słuszny, słowa bez znaczenia, —W sercu jedynie — agonia pragnienia.

Kwiat mego ducha nie wystrzelił jeszcze:To wiatr w listowiu westchnieniem szeleszcze.

I nie widziałem jeszcze Jego lica,Słowa-m nie słyszał, które tak zachwyca...

Słyszałem tylko stóp Jego jakgdybyEcha na drodze do mojej siedziby.

Dni moje zbiegły i jeszcze wciąż biegąNa uprzątaniu mej izby dla Niego —

Lecz lampka jeszcze w niej nie zapalona,Przyjąć Go — jeszcze nie godne ramiona.

Żyję tęsknotą, że zjaw ten się stanie,Ale dotychczas — wciąż tylko czekanie.

Przyszedł i cicho siadł przy mojem łożu,Gdy dusza w sennem błądziła przestworzu.O, jakże twardy to sen niespożycie,Żem się nie ocknął na Jego przybycie!

Przyszedł, gdy cicha noc zwisła tęsknotą,A w ręku jasnem trzymał harfę złotą —I grał — a moje sny, jak obłok biały,Echami wszystkich tych melodyj drgały.

I tak ubiegły wszystkie moje noce!I tak goniłem echo, co migoce,I nie widziałem poprzez ciężkie zwojeTego, co tchnieniem maluje sny moje!

Gdy serce wyschnie, jak pustynne piaski,Przybywaj, Panie, z ulewą Twej łaski.

Gdy życie nudą zasnuje się w pleśni,Przybywaj, Panie, z natchnieniami pieśni.

Kiedy spraw natłok spadnie mętnym rojem,O, Królu Ciszy, przybywaj z pokojem.

Gdy, jako żebrak, to serce się stula,Przybywaj, Królu, w majestacie króla.

Gdy chuć oślepła czycha ze swym sromem,Przybywaj, Święty, ze światłem i gromem!

Dziecko, w książęce przystrojone szaty,Na szyi łańcuch ciągnące bogaty,Utraca wszystkie rozkosze zabawy —Ubiór mu cięży, jak kajdan nieprawy.

W obawie, aby go nie urażono,Nie śmie się ruszyć — gdzie rówiesne grono,I tak się trzyma zdaleka od świata —By mu się pyłem nie zwalała szata.

Matko! wykwintu ta uwięź znikoma,Gdy w niej się dziecko pyłu ziemi sroma —I gdy mu wzbrania to kosztowne pętoWstępu na wielkie społeczności święto!

Wiem, wiem już — wszystko tutaj jest miłością,O, najmilejszy mej miłości Panie!Światła złotego na liściach pląsanie,Chmurki, płynące nieba wysokością,I wietrzyk ranny, który zmiłościwaPieszczotą pomną me czoło opływa.

Światło poranka zalało me skronie:To Twe poselstwo do mnie poprzez błonie —Lico Twe chyli się z niebios przezroczy,Oczy Twe z góry patrzą w moje oczy,A moje serce, święty wiążąc ślub,Już rozmodlone dotyka Twych stóp.

Jam jest, jak chmury jesiennej na niebieSzczątek, błądzący pod Twą wieczną chwałą, —Dotknienie Twoje jeszcze nie rozwiałoOparu mego, ciągnąc go do siebie, —Więc jeszcze muszę lata i miesiąceCzekać na Ciebie i tęsknić w rozłące.

Gdy więc ta Twoja wola i ochota,Użycz mi onej ruchliwości sporej:Na dzień mój krótki ubierz mnie w kolory,Wymaluj rąbek gloryą Twego złota —I puść mnie z wiatrem — a niechaj się mienięCudami Twemi — przez Twoje promienie.

A jeśli znowu będzie Twoją woląZakończyć z nocą te wszystkie uroki,Rzuć mnie w toń ciemną, na mgły i na mroki,

Niech zgasnę, — potem z dnia aureoląWpleć mnie w Twój uśmiech białego porankaI strząśnij rosą z Twojej zorzy wianka!

Na morskiej łasze bezbrzeżnego świataZbór wielki dzieci. Bez chmurnego płataZawisło niebo kręgiem na przestworze —Lecz — niespokojne i szumiące morze.Na morskiej łasze bezbrzeżnego świataZbór wielki dzieci — hasa, figle płata.

Domki buduje sobie dziatwa z piasku,Muszelki zbiera, mieniące się w blasku, —Wachlarzykami swe małe okrętyNiecąc, ze śmiechem wpędza na odmęty:Na morskiej łasze bezbrzeżnego świataDziatwa wesoła w pomysły bogata.

Pływać po morzu nie umieją dzieci,Ani nie wiedzą, jak zarzucać sieci...Szukacze pereł nurkują głębiną,Kupcy na statkach w daleki świat płyną,Podczas gdy dziatwa z wesołym szczebiotemSkorupki zbiera — by je rzucić potem:

Ukrytych skarbów nie szukają dzieci,Ani nie wiedzą, jak zarzucać sieci...

Morze wybucha śmiechem: biała pianaNa brzeg się toczy, wciąż rozchychotana.Fale, śmierć w kółko wynosząc na szranki,Śpiewają dzieciom długie kołysanki,Właśnie — jak matka, gdy z jednego wątkaKołyskę buja swojego dzieciątka.Morze się bawi z dziećmi: biała pianaNa brzeg się toczy, wciąż rozchychotana.

Na morskiej łasze bezbrzeżnego świataZbór wielki dzieci. Burza kołowataTam na dalekim niebios firmamencieGromami huczy, — w bezdrożnym odmęcieStatki się kruszą i, jak piórka, trawią, —Śmierć stąpa falą — a dzieci się bawią —Na morskiej łasze bezbrzeżnego świataZbór wielki dzieci...

Ci wszyscy, którzy mnie tu miłowali,By mnie zatrzymać, dążyli najstalej.

Lecz Twoja miłość, choć większa, z padolnąTą drogą sprzeczna: Ty mnie puszczasz wolno.

Więc porzuciłem tych, którzy na drodzeMojej miłosne kładli na mnie wodze.

I oto mija dzień za dniem upalnyI noc za nocą — lecz Tyś niewidzialny.

Jedno — gdy w modłach mych Ciebie nie wzywam,Jedno — gdy w sercu Ciebie nie odkrywam,Wtedy Twa miłość dla mnie, jak dalekaJutrznia, na miłość moję ciągle czeka.

Przyszli, gdy dzień był, i rzekli nieśmiało:„Chcemy izdebkę tylko zająć małą,Boga twojego uczcić z tobą blaski,Wziąć kornie tylko nasz dział Jego łaski“.

Rzekli — i w domu moim, na mej ziemi,W kątku zasiedli, potulni i niemi.

Ale — gdy przyszła noc, — jak nawałnicyŁoskot, wtargnęli do mojej świątnicyI pochwycili, jak czerń jaka wraża,Ofiary Boga mojego z ołtarza.

Sen, który spływa na oczy dziecięcia,Wiecie, z jakiego urodzon zaklęcia?...Ach, to jest szmerek, co żywie i mamiW krainie czarów, wiecznie roześnionych,Pośrodku cieniów lasu, oświetlonychŚwiętojańskiemi mrocznie robaczkami:Tam wiszą pąki dwa trwożne zaklęcia,Ztamtąd spływają na oczy dziecięcia.

Uśmiech na ustach śpiącego dziecięcia,Wiecie, z jakiego urodzon zaklęcia?...Młodego promyk to miesiączka, któryJesiennej trąca skraj niknącej chmury —I pierworodny rajski uśmiech z wiankaSnów umytego rosami poranka:Ztamtąd spływając, pomny zniebozdjęcia,Igra na ustach śpiącego dziecięcia.

Świeżość rozkoszna na ciałku dziecięcia,Wiecie, jak długie ma dzieje poczęcia?...

Kiedy dziewczątkiem jeszcze była matka,Świeżość ta tchnieniem różanego płatkaSerce jej słała, jak żywego cości,W tkliwem milczącem misteryum miłości:Ztamtąd tak słodka, tak pełna natchnięcia,Żywa rozkwitła na ciałku dziecięcia.

Był czas, gdym nie wiódł dla Ciebie uprawy —I oto, serce i wzrok mój nieprawyKiedym niósł w tłumie i z tłumem zmieszany,Tyś, Panie, wtedy jeszcze mi nieznany,Wycisnął sygnet wieczności na wieluChwilach mojego przelotnego celu.

Dziś, kiedy światłem już przejrzałem święciejI odczytuję rysy Twej pieczęci,Widzę, że wszystkie te minione chwileLeżą zmieszane i w kurzu, i w pyle,Smutków, radości sypiąc się pamięciąDni moich — z Twoją, o, Boże, pieczęcią!

Ale Tyś lica nie odwrócił w blaskuZe wzgardą od tych moich zabaw w piasku,I kroki, które-m był słyszał w pokojuMoim dziecięcym, tajemne w zestroju,Są to te same, które dziś wyżynąTwoją echami od gwiazd do gwiazd płyną.

Ty jesteś niebem i gniazdem zarazem:W tem gnieździe miłość Twoja pośród toni,Zamykająca duszę z jej obrazem,Ze skarbcem dźwięków, kolorów i woni.

Ztąd płynie ranek w przeczystej sukience,Ze złotym koszem w swojej prawej ręce,Girlandy piękna niosący, by niemiWieńczyć w milczeniu posady Twej ziemi.

I ztąd twój wieczór, płynący przestworemNad opuszonym przez stada ugorem,Poprzez samotnie zadumane ścieże,Niosący Ciszy posłuchania świeże,Niosący dzbany złotego napojuOd oceanów zachodnich Pokoju.

Lecz tam — dla duszy gdzie nieogarnioneNiebo na schron jej odchyla zasłonę,

Tam, w nieobjętym światła oceanie,Białe bez skazy wciąż promieniowanie:Tam niemasz nocy, ni dnia, — tam osnowaBez barw i kształtów — i tam niemasz słowa.

Tę, która w głębiach pozostała bytuMojego, w zmierzchach jawy i zachwytu,Tę, która nigdy, nigdy swej zasłonyNie odchyliła w ranek rozświetlony:

Tę w darze Tobie ostatnim, mój Boże,Zamkniętą w pieśni mej ostatniej złożę.

Próżno ją mową zaklinałem różną,Rozum wyciągał ramiona napróżno...

Schodziłem kraje, przerżnąłem wód fale,W sercu ją mego serca nosząc stale, —Krążyły wokół niej, jak pszczół rój złoty,Mojego życia upadki i wzloty.

Ponad me myśli i ponad me czyny,Ponad marzenia i snów mych wyżyny,Wyniosła swoje królewskie znamiona,Zawsze samotna i niedosiężona.

Wielu do drzwi mych stukało tułaczy,Pytając o nią, — wracali w rozpaczy.

Niemasz człowieka ze swoją tęsknicą,By ją obaczył kiedy licem w lico —I tak samotna pozostała, Panie,Oczekująca na Twe zmiłowanie.

Rankiem mi wietrzyk wyszeptał pobudką,Że popłyniemy razem z Tobą łódką,Jedno ja z Tobą — i już o tej zmowieŻadna się dusza na ziemi nie dowie,O tem pielgrzymstwie naszem w kraje słońca,Ach, nie do brzegów — ale już bez końca.

Na tym bezbrzeżnym blasków oceanieTy będziesz słuchać z milczącym uśmiechem, —A moje pieśni, jak światła wylanie,Popłyną jednym miłości oddechem,Wolne, jak fale, i wolne, jak skrzydła,Wolne od ziemi i od słów wędzidła.

Więc chwila jeszcze ta nie przyszła złota?Więc ciągle jeszcze tutaj ta robota?...Oceanowy brzeg gaśnie w zamieciPyłów słonecznych, i zmierzch już zapada —W stygnącem świetle pospieszna gromadaMorskiego ptactwa do gniazd swoich leci...

I któż wie, kiedy nadbrzeżna i kruchaŁódź więzy swego odczepi łańcucha —I, jak ostatni szmer słońca na fali,Zadrgnie i zniknie w nieprzejrzanej dali?...

To moja rozkosz — u wrót koło drogiSiadać i czekać, kiedy chmur załogiZe światłem walczą, kiedy deszcz szeleszcze,Złotego lata przynoszący dreszcze.

Posłowie z nieba ulewnym pokotemDo nóg mi padną — i śpieszą wzdłuż drogi, —I znowu światło rozelśni się złotem,I zaraz wietrzyk oznajmi się błogi.

Od rannej zorzy i tak aż do zmrokuSiedzę i czuwam, i serce me słodzę —Bo wiem, że spłynie ta chwila z potoku,Kiedy znienacka ujrzę Cię na drodze.

W przerwach się śmieję i śpiewam niepłonny —Chwilami powiew zapowiedzą wonny...

Próżno czekałem na Niego noc całą, —Lękam się, czyli w ranka szczyptę białą,Gdy zadrzemała ma dusza znużona,Nie był tu, jako chwila już wyśniona...O, pozostawcie, druhowie, otworemDrzwi — nie zrażajcie Go pytaniem skorem!

Gdy mnie szmer Jego nie obudzi kroków,To mnie nie ruszcie, nie płoszcie uroków, —Ani sejm ptaków głośnych, ni hulankaWiatru rannego na uczcie porankaNiech mnie nie budzi — a nawet jeżeliPan się przybliży do mojej pościeli...

O, mój śnie złoty! W tej cudów godziniePierzchnij na Jego dotknięcie jedynie!Oczy zamknięte! zbudźcie się bez grzechuNa światło Jego jedynie uśmiechu,Gdy już przedemną stanie, jak promiennySen, unoszący się z ciemności sennej.

Najpierwszem światłem, najpierwszym urokiemKształtu niech jawi się przed moim wzrokiem!Pierwszy radości krzyk zbudzonej duszyNiechaj od Jego blasków się odkruszy, —I niech mój powrót do siebie, jak racaZłota, natychmiast do Niego powraca!

Z dnia na dzień, o, Panie, za ducha tęsknicąCzy będę przed Tobą tak stał licem w lico?

Złożywszy tak dłonie, z wpatrzoną źrenicą,Czy będę przed Tobą wciąż stał licem w lico?

Pod wielkiem Twem niebem, pod gwiazd Twych śnieżycą,Czy będę przed Tobą tak stał licem w lico?

Na świecie tym trudów, gdzie znojem-krwawicąWciąż rwące odmęty zgiełkliwie się sycą,Śród ludów buczących — kłoseczka smętnicąCzy będę przed Tobą tak stał licem w lico?

A śmierci ramiona gdy ztąd mnie pochwycą,Tą już niegasnącą ducha błyskawicąCzy będę przed Tobą tak stał licem w lico?