Harry

Stefan Marek Eiger (1899–1940)

Którymi-ś wzgardził, od żywych, dalekoodszedłeś; od nich, przejrzanych za młodu,o, nadto wcześnie! Wśród zboczy łagodnych,kiedyś z pod sklepień wychodził cienionych,czarnych, spadzistych, znanych ostrołukówmiasta Gentygi: świeży wietrzyk letnirozrzucał włosy lśniące, ciemne, bujnenad bladem czołem. Do warg, rozchylonychdziwnym uśmiechem ironji smutnawej,do ust, spragnionych w białym pyle drogi,na ganku, bluszczem gęstym oplecionym(a każdy listek dygotał na wietrze,igrając): kubek podnosiłeś wina,które chłodziło, choć zdało się cierpkie.W spiece przysiadłeś na stopniach; na różezaledwoś spojrzał: były zbyt płomiennei tak kuszące, jak miłość; sukienkaz batystu, wonna, jak obłoczek, naglena tej zieleni zaświeciła plamą.

Lecz wzrok już szklisty miałeś, jakbyś słuchał.Jakbyś usłyszał wichr, szumiący w żaglach,i rwący liny napięte, jak struny.I jakbyś czekał burzy. Nawałnicy,co kruszy skały, dudniąc; sercem ludzi,jak suchym liściem, miota. Jakbyś słyszałtę pieśń olbrzymią skargi wszechstworzenia,

którą pochwycić trzeba w flet dziurawyi na wesołe przemienić piosenki,by nie zabiła. Słuchałeś, nie słysząc,drzew, rozedrganych falą ciemnych cieni,tuż ponad głową, niby krwią zieloną,ni w drżącej siatce powietrza owadów:ale oczami ogarniałeś gwiazdy,na pustym dzwonie niebios ponad morzemzwieszone, czarnem, pianą rozełkanem:horyzont, cięciem błyskawic łamanyna tafle widne, jak kawały lodu:tam zaczerpnąłeś powietrza, milczący!

Tedy wracałeś po stokach przyjaznychzwolna, znużonym krokiem, ścieżką wązką,która w noc wiodła, w otchłań zamyślenia;ku szybom, co tak mrugały i gasły,jak oczy dziecka przed snem, i nęciłydo wypoczynku bez myśli, ni trwogi,wśród nich! Tam, w cieple swojskiem swem, mieszkali,a tyś, samotny, w dół zstępował; oni:profesorowie, rajfurki, studenci,krzywoprzysiężcy, szulerzy, turyściw kratkę, mówiący: „ach!”; i bawidamki,giełdziarze, literaci, jezuici,opoje i Werthery podstarzałe;i Klary tłuste i ckliwe Małgosie;filozofowie, kutwy, hipokrycii neofici: ci najmilsi bliźnipod księżycową gwiazdą, która wzeszłaskrzywiona, jakby ją bolały zęby:tak beznadziejnie ludzcy! I ty jeden,wiedzący o ich małości — i własnej,

nieuleczalnie wiedzący, podobny!Więc nie zadrżała ci ręka, poeto,kiedyś odchodził od nich; kiedyś wolność,tę sobiepańską i nie do zniesienia,na wyślizganych parkietach, w poblaskudzwoniących kandelabrów, przed ministrem,któremuś schlebiał, zaciskając zęby,i przygryzając w uprzejmym uśmiechuwargi, w swym szarym fraku bardzo smukły,lok czarny odrzucając z czoła, — gdyś zaprzedał!

I od umarłych, którzy byli blizko,odszedłeś; nocą, na głuchych wieżycach,kiedy dzwoniły zegary: wracali,zlekka muskając płomień świecy, trwali,a tyś nie zadrżał; z uśmieszkiem triumfu,jakgdyby w kole poświęconej kredy,z wargą drgającą, wzrokiem nieprzytomnym,kułeś i giełeś, jako klingę szpady,strofy hartowne, niezłomne, zabójcze,i celne, jakbyś samo serce świataprzebijał! Bo odszedłeś od umarłych:od mrocznych sprzętów frankfurckich kantorów,od mebli, które trzeszczały życzliwie,od poczerniałych, przychylnych portretów,od starych, złotych, okrągłych dukatów,obciętych z jednej strony, brzękającychna ladzie. Rozmawiałeś w puste nocei odpowiedzi słyszałeś olbrzymie,których nie było, o, wielki aktorze!Wreszcie pojąłeś, że to jest monolog.

I rozmawiałeś dalej. Cóż zostało

prócz wierszy? Oprócz psa, który w twej dłonipysk ciepły chował? Prócz samotnej drwiny?Prócz tej, która zdradziła; prócz przyjaciół,których zdradziłeś; prócz daremnej sławyi kołdry, gdzie twe ręce coraz bledszejuż nie szukały niczego, drgające,kiedyś paznogcie gryzł w noce bezsennei księżycowe, jako w twej młodości,u palców coraz chudszych, na pięterkupiątem, w poddaszu, nad ogromnem miastem,które huczało, jako samo piekło!

O, pozwól. Dzisiaj morze, jak przed wiekiem,szumi. Jest tylu bezdomnych na ziemi,którzy gdzie głowy złożyć swej nie mają.Pachnie ziołami wód, gorzkim i chłodnymmułem. Gwiazdy świecą tak niebacznie!Nie wracaj. Drogi powrotu tu niema,a, jeśli jest, to zamilcz ją, poeto.