Karp
W lśniącej szkliwem wannie pływają ciemne rybyI patrzą wzrokiem mądrym i szklanym, jak szyby.
Wcale nie są wypchane, choć ich oczy śpią, jak krągłe paciorki,A pletwy i ogony poruszają się, jak z czarnego papieru wycinane wzorki.
Zapewne sobie myślą, że już niedługo dostaną się do niebaI otwartemi pyszczkami chciwie chwytają rozmiękłe kawałki chleba.
A teraz są na półmisku. Leżą porządnie i wygodnie.I zieloną pietruszką obrzeżone są żałobnie i niemodnie.
Szare, słone i płaskie, mają oczy zupełnie umarłe i bez duszy.— Ktoś nad ich losem — i nad wszystkich losem — ulitował się i bardzo wzruszył.
Służący nieostrożnie potrącił srebrną tackę,Zadzwoniła dygotem szklanka, westchnęła ciemna posadzka.
Struchleli bladzi goście, z rąk im wypadły widelce:Oto stał karp na ogonie i ludzkim przemawiał głosem.
(A w wielkiej ciszy przez salę szedł Anioł, dziwując się wielce).