Roksolanki — całość

Szymon Zimorowic (1608–1629)

Te kwiatki zbioru mego, na polach uszczknioneKastalijskich, niech będą tobie poświęconeUcieszny Rozymundzie z Lilidorą, któryChciałeś mię był wprowadzić na askrejskie góry,Kędy pod lasem siadszy Kalliroe śliskaZ piersi nabrzmiałych wody obfite wyciska.Lecz daremnie, abowiem w pół zaczętej drogiWściekła Lachezis kosą podcina mi nogiI pierwej w niepamiętnym chce mię kąpać zdroju,Niżbym wiekopomnego skosztował napoju.Ztąd jako zgruchotany garniec wodę leje,Tak znacznie we mnie siła wrodzona niszczeje;Przetoż, póki się młodość moja nie przesili,A dnia mego ku nocy wieczór nie nachyli,Cokolwiekem kwiateczków zebrał na AonieI jakom wiele słyszał pieśni w Helikonie,Do ciebie chętnie niosę. Ty, siedząc za stołemGodowniczym przyjmij je niezmarszczonym czołem.Ja nie dbam, choć ta praca do drukarskiej prasyNie przyjdzie, ani przyszłe obaczą jej czasy —Jeśli ty przeczytawszy dasz łaskawe zdanieI pochwalisz, dosyć się mej żądzy stanie.Ale próżna ma chluba, tylko to przebieraNie wdzięczniej łabędź gardłem, gdy prawie umiera;Ja zaś cichuchno więdnę jako letnie siano,Które strąciła ze pnia ostra stal porano.Namilsi oblubieńcy, dusze ulubione!Żyjcie za mnie, a ile blada PersefoneDni mi skróci pędząc mię za słoniowe wrota,Niechaj wam Bóg przedłuży tyle lat żywota —Ja choć od was odejdę w elizyjskie błonie,I tam kwiatki na wasze przątać będę skronie.

Owoż ja Hymen do was wdzięczni oblubieńcyPrzychodzę na biesiadę, panny i młodzieńcy!Nie rozrywajcie mojem dobrej myśli przyjściem,Na tom skronie obtoczył wawrzynowem liściem,Że nigdy krotochwili wesołej nie psuje,Owszem w małżeńskich godach chętnie ulubuje.Onci ja jest bożeczek młodziuchny, pieszczony,Synek idalskiej matki, wnuk krasnej Diony,Przyrodny Kupidynów, nie Kupido przecie.Aby ludzie samopas nie żyli na świecie,Żeby ziemskie nie stały pustyniami kraje,Mężom nie unoszonym płodne żony raję,Panienkom sromieźliwym panicze ochotneSposabiam w towarzystwo często dożywotne.Ztąd mię starzy ojcowie nazywali sprawcąMałżeńskiego przymierza, abo ślubodawcą.Nie dziwujcie, że jestem na postaci młody,Anim statkiem osypał młodziuchnej jagody;Jeszczem ja świata tego dziecinne pieluchyZ pierwocinami oddał matce złotoruchy,Nadto, gdy pokolenia następne rozpładzam,I sam coraz młodnieję, coraz się odradzam,Jako winna macica płód swój wielomnogiPrzez każdorodczne zwykła rozkrzewiać połogi,Z której na miejsce macior młódź wynika nowa.Tak też nie naganione one boskie słowa:Rozrastajcie się, ludzkie rozmnażajcie plemię,Mieszkańcami żywemi napełniły ziemię,Cokolwiek świat okrągły swem kołem zamyka,I kędy słońce gaśnie i kędy wynika,Wszystkim obywatelom daj pomnożenia,I to do was przybyłem nago bez odzieniaNie bojąc się sytońskich śniegów, ani osiArktowej, którą wodnik iliacki rosi —Ogień mię przyrodzony i zewnątrz zagrzewaI z wierzchu swym płomieniem ciało mi odziewa.Jeźli mię też spytacie, na co łuk napiętyZ sercowładnemi noszę w mym kołczanie pręty?Czemu mi w ręku ogniem pała lana świeca?Temu, skoro krnąbrnego napadnę panicza,A on wysoko a nad ziemskiemi stany,Zaraz mu w serce sieję z tego łuku rany.Także i was panienki, kiedy szyje waszeUkrywacie przed jarzmem, tą pochodnią straszę.

Bo niesłusznie do spółku ludzkiego przychodząCi którzy, mogąc, sobie podobnych nie rodzą —Owszem, światłości dziennej zażywać niegodni,Że drugim nie podają żywotniej pochodni.Przetoż niechaj przede mną, kędy chce, kto stroni,Ujrzy, jeśli hardego pióra nie uroni.Doznał mię Polifemus, niegdy syn Neptunów,Chociaż się bogów nie bał ani ich piorunów,Skorom mu tylko gładką Galateę schwalił,Wszytek się, jako Etna siarczysta rozpalił,Że z jamy jego ciemnej gęsty dym wypadał,Że też on krwawożerca, który ludzie jadał,Galantować się umiał: w pojśród oceanaCiało olbrzymskie kąpał stojąc po kolana,Nauczył się grabiami poczesać czupryny,Sierpem brody przystrugać, dla młodej dziewczyny,Często z stodziurnej surmy piszczek jednookiOgromne głosy na wiatr wypuszczał szeroki,Nie jednego nieźwiedzia dla kożucha zabił,Żeby tylko do siebie Galateą zwabił.Wtąż mężnemu Pelidzie Pryjamowa córaPodobała się, chociaż brata jej HektoraNa placu położywszy, trupokupcą został,Starał się, aby grzecznej Polikseny dostał;Ojciec był nie od tego, dlategoż pan młodyBezbronny do Cyntego kościoła na godyPrzyszedł, ale niż wiarę Pryjamównie ślubił,Przy ołtarzu go Parys niemęski zagubił.Nie wspominam dziewoi twojej EnomanieUchodzącej zalotów na prędkim rydwanie;Wszak jej nie ratowały woźniki obrotne?Ani poszosne, ani wozy bystrolotne?Kiedy własny forytarz wydał ją na jatki,Skoro do niej wyjechał Tantalowic gładki.Wszak i ty Rozymundzie zaledwieś wyczytałImię półbrata mego, kiedyś się go chwytał;Jeszcześ go z twarzy nie znał, aniś jego krzywychSłuchał obietnic, ani fortelów zdradliwych —A już w niewinnych latach zamysłami twemiBujałeś równo z jego pióry pierzchliwymi.On się nad tobą pastwił za twą ludzkość srodze,Oczy twoje dał ślepej chciwości za wodze;Ilekroć się do serca wemknął on gość chytry,Wznieciwszy gorzki ogień z smrodliwej saletry,Kuźnie swoje założył, tam swe strzały kował,Tam je ostrzył, tam twoją krwią one hartował.Ty zasię swej krewkości zostawszy rozrutnym,Obrałeś z towarzyszem przestawać okrutnym,Wolałeś swe zabawy mieć z niemiłosiernymZabójcą, niźli ze mną, przyjaciel wiernym.

Jam tobie kwiatki zbierał po świętym Syonie,Jam na Libanie wieniec składał na twe skronie;Jam dostawał balsamu z raju twej młodości,Jam owoc z palmy zrywał do twej wieczności —A ty odemnie spieszno na atyckie góryUchodziłeś do mądrej rzkomo Terpsichory,Przecie jednak musiałeś minąć Terpsichorę,A otrzymać tysiąckroć wdzięczną Lilidorę.Prawda, mało pomogą Muzy miękkoliczne,Kiedy moje dochodzą strzały sercotyczne.Niewiedział przedtem Febus syn wielkiej Latony,Coby za władzę miała królowa z Ankony;Wszystkie lata młodości swojej i godzinyPoświęcił wiecznośpiewnym pannom Mnemozyny,Z niemi usiadłszy blisko askrejskiej fontany,Na głośnotwornej arfie waleczne hetmany,Nieużyte bojary, hardomyślne grofyWychwalał zawięzując gładkim rymem strofy.Milej mu było, siedząc u aońskiej studnie,Płaskim głosem wykwintnie zaśpiewać w południe,Abo trąbę i stalną wziąwszy rohatynę,Bieżeć z myśliwą siostrą w moskiewską krainęI tam zabijać żubry, tury i niedźwiedzie,Niżeli przy podwice siadać na biesiedzie.Do tegoż się mojemi uciechami brzydził,Kędy mię kolwiek zoczył, wszędy ze mnie szydził:Naco, prawi, ten sajdak nosisz na twych karkach,Ponieważ do strzelania nie masz siły w barkach?Mnie to raczej Marsowe oręże przystoi,Którego się wieprz groźny i mściwy lew boi.A ty licha dziecino, zaniechawszy łukuGłównią podkurzaj gachów przemierzłych na bruku,Mnie strzały daruj. - Prawda Febie! z twojej kuszeNieme bestye martwej pozbywają dusze —Mój zasię bełt z pieszczonych wypuszczony rogówPrzejmie ciebie i twoich przechwalonych bogów.To rzekłszy z lampsackiego pałacu cięciwąWrzuciłem mu do piersi strzałę zapalczywą,A drugą, która niechęć i nienawiść czyni,Utopiłem w penejskiej młodziuchnej kniehyni.Pierwsza była arabskiem powleczona złotem,Ta zasię przytępiona ołowianym grotem;Przetoż Apollo całem sercem ku niej pała,Nimta zaś, obowiązków małżeńskich niedbała,Woli jelenie, śledzić po kniejach nieludnychZaniechawszy urody i zalotów trudnych.Titan co na nią wejźry, z miłości umiera,Jako ogień chrost suchy i plewy pożera,Tak płomień jego serce gorące otacza,Czasem bierze otuchę, a czasem rozpacza.

Widzi warkocz po szyi białej rozpuszczony,Piękny, choć superfinem w kółko nie spleciony,Patrzy na oczy równe gwiazdom wyiskrzonym,Dziwuje się paluszkom z kryształu toczonym,To wargi, to ramiona okrągłe przechwalaI to, czego nie dojźrał; on tak się rozpala,Panna od niego oczy odwraca wstydliwa,Cyntius krzyknie: Postój panienko poczciwa!Nie uciekaj przedemną służebnikiem wiernym,Tylko owcy lękliwej przed wilkiem obżernym,Lub garlicy przed orłem, który ją chce szkodzić,Abo łani przede lwem przysłusza uchodzić.Ale ja nie umysłem wilczycy drapieżnejSpieszę do twych różanych ust i szyi śnieżnej.Pohamuj bieg niebogo, żebyś bieżąc marnieNie ugodziła nóżką na ościste tarnie.Uchodź lekko, za tobą i ja pójdę miernie,Waruj upaść na skałę, abo ostre ciernie.Przytem rzuć na mię by raz okiem przyjacielskiem,Patrz, kto goni? nie jestem skotopasem sielskimNie zrodziłem się kmieciem, ani prostym gburem,Żebym chodził za bydłem gromadzkiem z kosturem —W delfickiej ziemi, w księstwie patarejskiem ślicznemI na Tenedzie jestem dzierżawcą dziedzicznym,Umiem do kupy sprzęgać wietrzyki podwójneI na lutni przebierać trafię strony strojne,Nie nowina mi śpiewać przy szemrzącym flecie,Nie nowina kanzony grawać na kornecie,Mogę galardy z włoską pergameszką skoczyć,Plęsy ruskie wyprawiać, polskim tańcem toczyć;Chociażem z padewskiemi nie siadał doktory,Przecie lekarzem każdy przyznawa mię chory:Znam ja, której chorobie przygodzi się ziele,Niestetyż, choćże ludzi uzdrowiłem wiele,Niemogę sobie pomódz mym własnym ratunkiemO zła miłości, żadnym nie zleczona trunkiem! —Tą mową gdy jej nie mógł ucieczki zatrzymać,Umyślił jej dogonić i gwałtem poimać,Lecz temu nie podołał, bo penejska córaWziąwszy do nóg dziewiczych lekkowietrzne pióra,Jęła uchodzić przed nim ukwapliwym skokiem;Cyntius popędliwym tuż tuż za nią krokiemNacierać nie przestawał, a jej przybywałoOzdoby w biegu onym, bowiem białe ciałoZ trudu otoczyło się szkarłatnym rumieńcem;Choćże z głowy zaplotki upadły jej z wieńcem,Pięknie z wiatrem się wiła kosa rozpostarta.Tak kiedy więc ochota myśliwego chartaZa leśnym kotem w polu przeźroczystem ciska,A ten z nieznajomego poszczwany siedliska

Wichrom bystrym wprzód nieda, ile tchu w nim staje,Pędzi, ów odpoczynku także mu nie daje,Ale tuż nad nim wisi, już już myśli nogąDostać go, już mu w sercu śmierć gotuje srogą,Już chce pysk w szyi jego utopić za uchem,A źwierz kusy umyka do łasa z kożuchemNieinaczej ci gońcy zawodem się drażnią,Ten prędki dla nadziei, ta chybka bojażnią.Skorom Latończykowi przypiął do nóg skrzydła,Uchwycił ją, a Dafne w ręku mu ostydła,Duch się w niej zahamował od ciężkiego tchnienia;Przetoż widząc się bliską pewnego zginieuiaProsiła bogów, żeby natychmiast umarła,Abo żeby ją ziemia rozstępna pożarła.Jakoż na temże miejscu żywo zatrętwiała,Twarz się jej śliczna skórą chropawą odziała,Z włosów listy, a z ramion gałęzie wyrosły,Nogi obie, które ją ukwapliwic niosły,W ziemię, na której stały, puściły korzenie,Tylko jeszcze serca jej nie ustało drżenie.Smutny Pean, że żywej nie mógł dostać żony,Zmarłą obrał za wawrzyn sobie poświęcony.Ja z tobą Rozymundzie łaskawiej postąpił,Bo jakom tobie czystych zapałów nie skąpił,Tak wzajem gładkowłosej twojej LilidorzeOgniów nieugaszonych udzieliłem sporze.Równym sposobem matka prędkiego MenmonaMiłowała przedziwnej urody Tytona,Tyton też, ulubiwszy nadobną Aurorę,Płomienie brał do ciała z jej gładkości spore;Takiej i ja ku tobie życzliwości zażył.Tyś mnie u siebie bardzo ladajako ważył,Tyś najmniejszą podnietę Kupidowej strzałyDwakroć drożej szacował nad moje zapały;Jam ciebie odrzucony na strony żałował,Ja, żeby twą dzielnością marnie nie szafowałWróg żywota ludzkiego, miasto srogiej kaźniPrzybrałem towarzysza do twojej przyjaźni,Nie prostej krwie, lecz zacnych rodzicielów córę,Najpiękniejszą w rosiejskim kraju Lilidorę.Ta zaledwie z jutrzenką na Olimpie ranąPokazała niskiemu światu twarz różaną,Zaraz z Septemtryonu śniegi z zimą sprosnąUciekły, na ich miejsce młody Zefir z wiosnąNastąpiwszy kwiatami pola uhaftował,Tej róże sromieżliwe wstydu udzieliły,Tej fiołki barwiste i pachniące ziołaKoronę dla świetnego zgotowały czoła,Tę nabatejskie kołem otoczyły wonie;Tę Gracye na wdzięcznem piastowały łonie,

Tę Kameny na wierzchu libetryjskiej skałyPrzy muzyce niebieską rosą wykąpały,Ta w jednej konsze z matką moją pianorodnąNa oceanie wielkim pływać była godną,Tę ja, gdy zamyślała boskiemu imieniuSłużby oddać u Weaty w niedostępnym cieniu,Namówiłem w małżeństwo, że też ani zgadła,Jako u boku twego za stołem usiadła.Tak niegdy Persefona, Cerery kochanie,Umyśliwszy w świebodnym lata trawić stanie,Po łąkach i dąbrowach kwiatki wielorodneZbierając przesadzała na grzędy ogrodne,Z nich to rózczki równała, to wieńce okrągłeRozmaicie zwijała na czoło wyciągłe —Skoro ją stary Pluton w wirydarzu zoczył,Pierwej porwał do siebie, niźli jej doskoczył;Chociaż szyję okopcił w awernowych hutach,Choć do niej w smarowanych dziegciem wyszedł butach,Chociażże dymem śmierdział i obrzydłą siarką,Wolała Plutonową bydź, niżli wieńczarką.Któż nie wiadom uporu krnąbrnej Atalanty,Jako brzydko gubiła miłosne galanty;Żeby myliła biednym zalotnikom szyki,Na wyścigi wypadać śmiała z zawodniki.Ten jej miał bydź do śmierci przyjacielem całym,Któryby z nią porównał jednostajnym czwałem;A który pole w onej gonitwie utracił,Gardłem lenistwo ciężkie i zaloty płacił.Wiele się porywało wydołać jej w biegu,Ale każdy ustawszy przy piekle nocleguMiasto łożnice dostał, przecie do zawoduObrał się Megarejczyk z mojego powodu;Temu ja w sercu nową wznieciwszy ochotę,Dałem rozrywkę, dałem i dwa jabłka złoteI trzecie, które pasterz trojański na IdzieRodzicielce z piękności przysądził Cyprydzie.A w tem, gdy znamię dała biegu trąba sroga,Natychmiast przodek wzięła panna wiatronogaI pierwej by onego dokończyła tańca,By ją nie hamowała trzecia pomarańcza.Bo gdy on jabłka rzucał, ona je zbierała,Przez omieszkanie w drodze przejąć mu się dała.Tym fortelem młodzieniec lotnej skoczce sprostał,Swoje zdrowie zachował, a z niej żony dostał.Ale ty przyjacielu za moim wyrokiemOtrzymałeś nie gwałtem, nie szalonym krokiem,Lecz miluchno i snadno; ktoż to inszy sprawił,Kto imię Lilidory naprzód tego zjawił,Kto ją oczom pokazał, kto w sercu osłodziłOprócz mnie, którym do niej w dziewosłąby chodził?

Jam pierwszy oczy wasze do siebie nakłonił,Jam pilnował, aby wzrok gdzieindziej nie stronił,Jam usta wasze poił obfitą wdzięcznością,Jam zaloty cukrował wasze przyjemnością,Oświeciłem miłością w sercach drogi skryte,Skruszyłem trwałym statkiem zamki niedobytc,Dwie dusze w jedno ciało takem mocno spoił,Żeby ich wróg zawistny żaden nie rozdwoił.Chociaż mokre obłoki powodzią rozpłyną,Chociaż morze i rzeki wody z brzegów liną,Choć Eolus powietrze wzburzy wszystko właśnie,Ten ogień w sercach waszych nigdy nie zagaśnic.Darmo tedy Kupido o was się pokusi,Bowiem pochodnia jego tu szwankować musi;Zechceli wam z daleka szkodzić z swej łuczyny,Prędko z swych strzał miłosnych będzie miał perzyny;Przystąpili też blisko, nacierając śmiele,Zapewne buczne skrzydła zostawi w popiele.Niechajże was jako chce ten bożyczek drażni,Wy bespiecznie w tym stanie krom płochej bojażniŻyjcie, który bóg w raju roskosznym sporządził,Kiedy samemu źle bydź człekowi osądził.Więc nie mędrca, ni brata, ani też drugiegoAdama utworzył mu do życia spólnego,Lecz żonę ślubną z jegoż uformował ziobra —Zła rzecz była jednemu mieszkać, dwojgom dobra.Odtąd z tej pary jako z źródła woda żywaTem więcej wynikając sowicie wypływaNa wszystkie ziemskie kraje, i gdzie Tytan młodyUmywa raną rosą różane jagodyI gdzie późno oświeca hesperyjskie knieje,Zkąd Auster południowem skrzydłem ciepło wieje,Zkąd Boreas na wichrach nieścignionych leci,Wszędy mnóstwo panuje Adamowych dzieci:Te zasiadają pańskie i cesarskie krzesła,Te wymyślają coraz subtelne rzemiesła,Te budują pałace, miasta, zamki, dwory,Te napełniają wojska, niebiosa, klasztory,Te regiment nad wszystkiem stworzeniem trzymają,Te przez ozdobne wnuki i śmierci znikają;A chociaż im do czasu te lepianki z glinyW proch nieznaczny rozdrobi śmiertelna łotryui,Przecie dnia ostatniego, w świetniejsze odzianiCzłonki, do chwały będą niebieskiej wybrani.Tym kształtem pomarańcze dwie w żyznym Kanopie,Gdy słońce przemieszkiwa w złotorunym skopie,Listami się okrywszy coraz rozrastająW latorośle, a jabłka po kwietniu wydają;Nie inaczej początek małżeńskiej przyjaźniW zalotach się zieleni zrazu dla bojaźni

I nadziei; a skoro gruntowną umowęUczyni, bierze wieńce rozkwitłe na głowę;Gdy zaś stanie przymierze ślubne, po nicm gody,Na końca wyrastają małżeńskie jagody,Z nich plemienia ludzkiego nieprzebrana tłuszczaRojąc się światu temu zgrzybieć nie dopuszcza,Coraz pod stare strychy młodż nową podsadza,Którą śmierć zatrzymywa, czas łakomy zdradza.Samego tylko stanu małżeńskiego ksieniWszystkokrotna nie przetrwa, ani wykorzeni;Insze stany prędkoby dawuością ustały,Gdyby z małżeństwa świeżych posiłków nie brały.Trzykroć szczęśliwa paro! z ciebie jako z płodnychDwu szczepów wiele wznidzie owoców dorodnych.Bezpieczniej polatują dwie synogarlice,Ochotniej pnie się w górę bluszcz wsparty na tyce,Wdzięczniejszy odgłos bye z dwu szpinetów zgodnych,Większy zapach z dwu lilij wypada ogrodnych,Bystrzej płyną dwie rzece do kupy spuszczone,Trwalsze w ciągnieniu konie do pary sprzężone,We dwa rzędy sadzony ogród kształtniej stoi,Dyament w kaście złotym jaśniej światłość dwoi,Głośniej dwa słowikowie śpiewają świebodni,Weselej zapalonych gore dwie pochodni:Tak i wy w jedno życie z obojga wcieleniZ obudwu stron będziecie żyć błogosławieni.Tego wam niebo życzy, które swe pałaceWyprzątnione przez wasze chce osadzić prace;Tego wam świat uprzejmie winszuje wesoły,Na uczestnictwo wasze gotując żywioły;Tego ojczyzna, tego i ja sam bogatoUżyczyć chcę waszemu spółkowaniu za to,Że wy wziąwszy przed oczy zacny wyrok boski,W tył rzuciwszy frasunki, trudy, koszty, troski,Nie ścieszkami ciasnemi, nie manowcem skrytym,Aleścic się puścili w zawód torem bitym.Bieżcież, nie ustawając w chwalebnym zakonie,Do kresu, gdzie macie wziąć dwie złote koronie;Oto za was Kupido (nie ów co się lągnieW Pafie) lecz Amor boży to jarzmo pociągnie,On sam wasze ciężary na swą wziąwszy szyjęUlży wam i w cieniu was swych skrzydeł zakryje,Żeby wam nie zaszkodził ogniem dziennym aniFebus jasnogorący, ani nocna pani.On otoczywszy piórtui lotnemi ramiona,Wyniesie was z niskości tych nad Oriona.Onoż i siostra jego Zgoda, duszę z duchemLutując, przepasuje was wiecznym łańcuchem;Ta skroniom waszym roże gotuje wyborne,Ta słodkobrzmiąwy lutni ćwiczy strony sforne,

Za nią w tropy wesoła poskakuje rota:Powolność, wiara, pokój, dobra myśl, ochota —I fortuna życzliwa na takie igrzyskoNie omieszkała, owszem przystąpiwszy blisko,Bindę z oczu zdejmuje, a z szczęśliwej czaryNa głowę wasz wlewa niepojęte dary.Bóg też, dawca wszelkiego dobra, swą osobąŻe tam przybywa, gdzie dwaj zgodnie żyją z sobą,Byście w zaczętej drodze nie upadli marnie,Zewsząd was nieomylną dobrocią ogarnie,Oczy łaskawe ku wam nakłoni z wysoka,Pilnując ścia waszego, jak źrenice oka,Da miejsce prośbom waszym pokornym u siebie,Pospieszy na ratunek wam w każdej potrzebie,Skarby łask nieprzebranych nad wami otworzy,Pociech, zdrowia, radości i lat wam przysporzy,Wasze dolegliwości, uciski, kłopotyPrzemieni w nieodmienną roskosz i w czas złoty,Aż wy nacieszywszy się z wnuczęty swojemi,Otrzymacie dziedzictwo obiecanej ziemi. —Tymczasem, wdzięcznie proszę, przyjmicie tych gości,Których do was przywodzę z roksolańskich włości:Dwa chóry panien, trzeci z młodzieńców zebrany,Idą spieszno z muzyką, z tańcami, z padwany.Ale dawno dziewiczy pierwszy poczet teśni,Ze jeszcze nie zaczyna różnogłośnych pieśni;Więcże im puszczę plac dla lepszej krotochwilej,Wy uznawajcie, która zaśpiewa z nich milej.

Teraz głośna muzyko z wdzięcznym ArionemZakrzyknij one pieśni jednostajnym tonem,Których skały twardoucheSłuchały i lasy głuche.Oto pary do tańca najcelniejsze idą,Już nie miękki Adonis z udatną Cyprydą,Ani z Tezeuszem ładnaWyskakuje Aryadna;Ani Dardańczyk, który za pomocą młodziTrojańskiej porwał gładką Lacenkę do łodziI, wpadłszy na okręt nagle,Podał wiatrom białe żagle;Zrazu po oceanie żeglując szalonymPełen strachu tańcem się zabawiał gonionym,Aż gdy pod ojczystą IdąDoszedł lądu z Tyndarydą.

Dopiero odpocząwszy z podjętych niewczasów,Przechadzkami się bawił środkiem ciemnych lasów,Częstokroć kryniczną wodąMył ciało z kochanką młodą.Jeżeli przyjacielskiej chciał zażyć biesiady,Poszedł w plęsy z Heleną, a dzikie DryjadyJedne przed niemi skakały,Drugie na multankach grały. —Ale tu oblubieńcy, krom wszelkiej bojaźniPrzymierze z sobą ślubnej zawarłszy przyjaźni,Dzień dzisiejszy krotochwiliI weselu poświęcili.Przetoż starsza drużyna usta sokiem chłodziBachowym, a przed stołem grono pięknej młodziZ białą czeladzią na połyZaczyna taniec wesoły.Każdy z nich czołobitne oddawszy ukłony,Jako głos melodyi zabrzmi upieszczony,Raz kroczy wolnym szeregiem,Drugi raz pospiesza biegiem.Lecz tam wszystka uciecha, tam wszytkie są gody,Kędy z kniehynią nową rej wiedzie pan młody,Niechajże wszystka muzykaDla nich wesoło wykrzyka.

Niechaj kto inszy słodką melodyąGłośno wysławia rzymską Lukrecyą,Która na cnocie skoro szwankowała,Krew swą wylała.Także i Wanda nie chcąc cudzoziemcaW małżeństwie cierpieć, Rotogera niemca,Nad wiślnym brzegiem pogrzebiona, wszędzieRymem mu będzie.Może przypomnieć wiarę Penelopy,Kiedy zdradzała niewstydliwe chłopy,Psując w tuwalni coraz nocą skrycieDniowe uszycie.Niech drugi gładkim wierszem opowieda,Jako żałosna barzo AndromedaNa twardej skale wisiała opiętaW żelazne pęta,Aż gdy Perseus śmiercią się jej wzruszył,Zabiwszy stróża okowy pokruszył,Co większa jeszcze, wziął za żonę ślubnąPanienkę zgubną. —Nasze łagodne ogłaszają odyDnia dzisiejszego uroczyste gody

I społecznego mieszkania przyjęteUstawy święte.A tak miłości boża! na ofiaręBiałych łabęci w twoje jarzmo paręPrzyjmi sprzężonych, bądź prawdziwym stróżemNad ich powozem.Ty krwie nie pragniesz wytoczonej, aleNajmniejszą duszę chcesz zachować w cale,Niechże w przybytku twoim ta obiataZażywa świata.A iż w podarkach żywych kochasz wielce,Przetoż nie skopy, nie otyłe cielce,Lecz serca na ich ołtarzu właściwymPal ogniem żywym.

Już to próżno mój ukochany! przyznać ci muszę,Zraniłeś mi niepomału serce i duszę,A nie dałeś mi pociechy inszej w chorobie,Tylko tę, że ustawicznie myślę o tobie;Abowiem lubo dzień po niebie światło rozleje,Lubo smutna noc czarnym świat płaszczem odzieje,Żal mię trapi bez przestanku ciężki niebogę,Że bez ciebie namilejszy! wytrwać nie mogę.Chociażeś ty jest na pojrzeniu nie bardzo cudny,A, co większa, i w rozmowach wielmi obłudny,Nadto, że mi nie oddawasz chęci wzajemnej,Przecie jednak nie wiem, czemuś u mnie przyjemny.A bogdajżem cię nigdy była przedtem nie znała,Niżelim w tobie serdecznie tak zakochała;Zakochawszy, jeżelim ci nie miła przecie,O bogdaj żebym nie długo żyła na świecie.

Moje miłe rówiennice!Powiem wam swą tajemnicę:Żałośna, nie mała szkoda mię potkała —Nie we złocie, ni w dostatku,Ale w naprzedniejszym statku:Pół roka minęło, serce mi zginęło;Nie był nikt czasu tej zguby,Tylko mój jedyny luby,Przecie z tej przyczyny nie daję mu winy,Bo nie brał on serca mego,Gdyż samo zbiegło do niego,Aż z swej dobrej woli zostało w niewoli.Jeszcze mu dziękuję za tęUczynność, że moję stratęW tak znacznej potrzebie przytulił do siebie.

Inszej mu nie dam nadgrody,Tylko połowicę szkody;Na czem małoli ma, niechaj wszytko trzyma,Nie zechceli przestać na tem,Wiem, co ja uczynię zatem —Bym nie zbyła duszę, za sercem pójść muszę.Żadna panna, ani pani,Wierzę, tego nie nagani,Ile białejgłowie, miłe mi jest zdrowie.Choćbym nie rada, ja tuszę,Przecię tak uczynić muszę —Bez serca, wszak wiecie, trudno żyć na świecie.

Do ciebie ja przez morze łez mych nie przebędę.Choć w okręt z strzał serdecznych zbudowany wsiędę,Choć Kupido na żagle da mi skrzydła swoje,Chociaż Wenus sterować będzie nawę moję —Bo wiatr mego wzdychania tak poburzył wodyI żal mój nagły takie wzbudził niepogody,Że niżeli na drugą nadziei mej stronęPrzyjadę, we łzach własnych nieszczęsna utonę.Przeto ratuj, możeszli, podaj obietnicę,Daj słowo, którego się tonąca uchwycę,A jeżeli w tej toni tęskliwej zaginę,Każ napisać na grobie, że przez twą przyczynę.

Śliczny aniele, w człowieczem cieleDuchu przewybrany,Ciałem nadobnem, jako ozdobnymPłaszczem przyodziany!Tobie bez miary bóg nadał daryNa twe młode ciało,Wszystkie przymioty pięknej istotyPrzyrodzenie wlało.Bowiem człowieku przybywa wieku,Zakwitają lata,Gdy z wzrostu twego cząstkę pięknegoUpatruje świata.Z twojego czoła, radość wesołaJawnie wylatuje,A wstyd pieszczony jako z zasłonyPłeć swą pokazuje.Przez oczy czyste twoje ognisteZorze wynikają,Których promienie ludzkie sumnienieNagle przerażają.

Z serca twojego ulubionegoPrzez oczy wstydliweMiłość zakryta żądzę nam chwyta,Ognie miece żywe.Twoje jagody pięknej urodyOwoc wydawają;Z ust zaś różanych słów nieprzebranychŹródła wypływają.Ciebie do góry prędkiemi pióryCna sława winduje,Miłość skrzydlata, gdzie jeno lata,W rękach cię piastuje.Przecież ja ciebie i tu i w niebieNie mam za anioła;Lecz jesteś tajnym i niezwyczajnymKupidynem zgoła.

Oto ja dzisia śmiertelną zasłonęCiała grubego złożywszy na stronę,Dziwnym a nie lada jakim pójdę na powietrze ptakiem,Wprawdzieć nie z Krety — z obłędliwych przecieBudynków, jakie Dedalus na KrecieSztucznie zbudował przed laty, wylecę człowiek skrzydlaty.Już mi nadzieja woskiem pióra spina,Już mi chęć skrzydła do barków przypina,Już mię myśl porywcza z niska pod jasne obłoki ciska.Terazże lotem wpadłszy między wiatry,Przez dzikie pola i oziębłe TatryI przez niezbrodzone rzeki polecę jako ptak lekki,Aż gdy roszańskie obfite dolinyI kąt mnie milszy nad insze krainyObaczę, natychmiast pióry puszczę się ku ziemi z góry;Tam raz przywitam, trzykroć ucałujęCzęść serca mego, którą tak miłuję,Że dla niej lubo śmierć, lubo żywot, przyjmę zawsze lubo.Widzę już, widzę oczy ukochane,Widzę jagody i wargi rumiane,Widzę postać niezmyśloną, mnie tysiąckroć ulubioną.Kto by cię nie znał, Symnozymie złoty,Jedyne moje na świecie pieszczoty?Tyś rozkosz ma nieodmienna, tyś myśl moja całodzienna.O dniu szczęśliwy, chciej się prędko spieszyć,Który stroskane serce masz pocieszyćNatenczas, kiedy na jawie swemu miłemu się stawię.

Próżno na moje kochanie uskarżasz się Damianie!Że miłować nieboże w twoich posługach nie może.

Niewiesz, że w udatnem ciele mieszka pychy bardzo wiele,A kto ma więcej gładkości, tem więcej miewa hardości. —Ztąd i serce nieużyte ciałem przyjemnem nakryte,Jako i sam człowiek hardy, nakłania się do pogardy.Gdy zaś serce swoje chęci na inszą stronę nakręci,Trudno niem kto władać kusi, ponieważ go nie przymusi.Może kto mieć człeka kwoli, ale serca nie zniewoli,Nawet śmierć, która go strawi, wolności go tej nie zbawi.A ty chcesz sercem kierować cudzem, abo mu panować?Daremnie się o to kusisz, ponieważ go nie przymusisz.

Widziałam cię z okieneczka, kiedyś przechodził,Rozumiałam, żeś się ze mną obaczyć godził.Aleś ty pokoje i mieszkanie mojePrędkim minął skokiem,A na mnie nędznicę, twoją niewolnicę,Aniś rzucił okiem.Żal mię przejął niesłychany, gdym to ujźrała,Bóg strzegł, martwą zaraz w oknie żem nie została,Lecz to niebaczeniu, abo też niechceniuTwemu przyczytałam,A wieczornej chwile, tusząc sobie mile,Tylko wyglądałam.Przyszedł wieczór, mrok mię nocny w okienku zastał,Trwałam przecie, dokąd księżyc pełny nie nastał,A ciebie nie było, ani cię zoczyłoOko moje smutne,Aniś listkiem cisnął, aniś słówka pisnął,O serce okrutne!Kędy teraz twe usługi, kędy ukłony?Kędy lutni słodkobrzmiącej głos upieszczony,Który bez przestanku zmierzchem do porankuSłyszećeś mi dawał,Przy nim winszowania i ciche wzdychaniaLekuchnoś podawał?Niemasz teraz dawnych zabaw, nie słychać pienia,Pełne serce tesknic, uszy pełne milczenia.Gdzie zwyczajne śmiechy? gdzie dawne uciechy?Niebaczny człowiecze!Niewiesz, że przygoda i godzina młodaPrędziuchno uciecze.Przeto, żeś mi nie winszował szczęśliwej nocy,Nie uznały snu miłego biedne me oczy;Także ty wzajemnie łaskawej przyjemnieNocy nie zakusisz,Lecz przykre niespania i częste wzdychaniaCo noc cierpieć musisz.

W południe sumna CyprydaSzukała niegdyś Kupida obłąkanego,A gdy Acydal zbiegała,Nie nalazłszy narzekała z żalu ciężkiego:Kto mię w frasunku pocieszy,Kto się z weselem pospieszy do mnie sieroty?Kto mi znajdzie mego syna,Maluczkiego Kupidyna, moje pieszczoty?Obdarzę go jedną z wiela,Wybrawszy za przyjaciela, Haliną gładką.Zechceli inszej nagrody,Dam mu dostatek urody i postać rzadką. —Co tu czynić mam z wszetecznemDzieckiem? bowiem mi w serdecznym kryje się gmachu.Jeźli go wydam Wenerze,Kupido mię, jako wierzę, nabawi strachu.Jeźli go zataję zasię,Rozgniewam Pafię na się, sobie zaszkodzę.Siedźże zbiegu w sercu mojem,Tylko mię płomieniem twoim nie pal tak srodze.

Pszczółko niemiłosierna! czemuś uraniłaMój paluszek, dla czegoś żądło weń wpuściła?R. Dlategom cię ujadła,Żeś z ula miód wykradła,Któregom miała pożywać w późnej jesieni.Patrzaj, jako od razu skóra się rozpadła,A od bolu srogiego twarz moja pobladła.R. Pewnie zdrową byś była,Gdybyś nie poruszyłaCudzego i nie sięgała do skrytej dzieni.Któż to wiedział, żeś natenczas w dzieni siedziała,Kiedym ja nieszczęśliwa miód z niej wybierała.R. Tak świat rozkoszy słodzi,Tuż przy nich gorzkość płodzi,Między trochę miodu żółci przydając wiele.Niedbam, żeś mię boleści pszczółko! nabawiła,Ponieważ dlategoś miód z żądłem utraciła.R. Wszytkoś mi odebrała,Com najlepszego miała —Masz miód, masz żądło, jesteś pszczółka w ludzkiem ciele.

Kochaneczku, mój kwiateczku milszy nad roże,Nad lilie, konwalie, i co bydź może

Przyjemnego w pięknem lecie,Kiedy bierze na się kwiecie barwę rozliczną!Twa osoba, twa ozdoba mój oblubieńcze!I nad zioła, owo zgoła i nad młodzieńce,Których teraźniejsza chwilaMłodością przyozdobiła, bardziej jest śliczną.Choć młodzieńcy swemi wieńcy mnie obsyłają,Choć dziewczyny rozmaryny wonne mi dają,Sama wdzięczność twoja miłaSerce moje zniewoliła, ja niewiem czemu.Chceszli winy mój jedyny! nie popaść dla mnie,Moje chęci miej w pamięci, bądź łaskaw na mnie,Daj mi dar za dar przyjemny,Miłość za miłość, wzajemny dar sercu memu.Nie życz mi serdecznej szkody,Nie żałuj równej nadgrody sercu nędznemu.

Skoro wiosna młoda pojźrenie wesołeSkłoniła na pola nagie i góry gołe,Zaraz świat starość swą odmładza,Zaraz ziemia owdowiała płód martwy odradza.A ty, Pawencyo! w takiej grzecznej dobieDni ucieszne smutno trawisz w przykrej chorobie,A czasy wdzięczne i rozkoszneFrymarczyłaś na kłopoty i chwile żałosne.Pójdziem wszytkie w sady kwiatkami natknione,Pospieszmy i w ogrody nowo sadzone,Tam wieńców z najzdrowszego ziołaZgotujemy dla twego struchlałego czoła.Przetoż, śliczna dziewko! pod ten czas twój choryZ ochotą chciej nasze przyjąć życzliwe zbiory;Jeżli cię nie mogą uleczyć te kwiaty,Więc się z tobą podzielimy czerstwemi laty.

Roksolanki ukochane! przecz usta wasze różane,Czemu wasze słodkie stróny nie brzmią wdzięcznej Telegdony?Godna jest przedniego pienia zacność wiecznego płomienia,By jej serdeczne zapały z Jutrzenką równo gorzały.Nie tak zorza z jasnej kosy rozpościera świetne włosy,Nie tak wargi swe szarłatne wystawia światu udatne,Jako młoda Telegdona, pięknym ogniem rozpalona,Od zatajonych płomieni oblicze wstydem rumieni.Lampy rozsiane po niebie! jeźli ku waszej potrzebieŚwiatłości więcej mieć chcecie, zaraz od niej zdobędziecie.I wy łaskawe boginie! które w północnej krainieOd przykrych mrozów ziębniecie, prędko się u niej zgrzejecie.Ani walne wody, ani morskich przepaści otchłani,

Nawet lata nieprzeżyte i marmury twardo ryte,Choć żadnej skazy nie znają, pamiątki jej nie przetrwają.Przetoż śpiewacy ucieszni! zaczynajcie nowe pieśni,I roksolanki pieszczone! ogłaszajcie Telegdonę.

Już siódme lato koralowe wargiRóżom rozwija, już siódmy raz skargiSłowik powtarza, siedząc na leszczynie,Jako o srogim śpiewam Kupidynie,Który nie włocznią, ani ogniem małymSerce mi zranił, lecz piorunem całymOno przeraził, kędy się otoczyłPłomieniem i sam w pośród niego skoczył;Zaczem mu i łuk i zalotne strzałyI żagle w chybkich barkach ugorzały,Że choć czasem chce wylecieć do góry,Nie może wzbić się spalonymi pióry —Owszem iż skrzydła niespokojnie trzyma,Coraz tym większe zapały rozdyma.Cieszże się teraz z tak znacznego czynu,Okrutnej matki okrutniejszy synu!Ja pałam, we mnie pożary się niecąWielkie, a choćże iskry spore miecąW serce miłego przez oczy pieszczone,Jednak nie mogą palić rozdwojone.Niechże ja będę miłości kościołemOgnistym; tylko niżeli popiołemZostanę, niechaj najmilszy przybędzie,Że ja podpałem, on ofiarą będzie.

Jużem z pieluch wyrosła i lat panieńskich doszła,Już mam z potrzebę zwrostu i urody po prostu —A niewiem przecie, kto mię na świecie przyjmie w małżeńskie stadło.Umiem potrefić włosy i warkocz zapleść w kosy,Kłaniam się bardzo snadno i tańcuję układno,A cóż potemu, kiedy żadnemu w serce się to nie wkładło!Mam pogotowiu wiano, posag mi zawiązano,Obiecali wesele sprawić mi przyjaciele;Ale to fraszka, gdy młodzieniaszka nie mam dziewka stroskana.Bowiem niczem są szaty, także posag bogaty,Lada co obyczaje,kiedy mi nie dostajeUkochanego, obiecanego, przyjaciela i pana.

Za twoje kochania ku mnie ukwapliwe,Za twoje szczyrości nader pieszczotliwe,

Przyjmiże mój najmilszy kochany!Ode mnie ten wianeczek różany.Godzieneś lapońskich pereł, abo złota,Ale wiedząc pewnie, żem ja jest sierota,Przyimijże mój najmilszy kochany!Odemnie ten wianeczek różany.Dar to pospolity, lecz nie ladajaki,Droższy nad klejnoty i pyszne kanaki;Przyjmijże mój njamilszy kochany!Odemnie ten wianeczek różany.Bowiem że w nim róża jeszcze nie pomięta,Nie gardziłyby nim przedniejsze panięta;Przyjmijże mój najmilszy kochany!Odemnie ten wianeczek różany.Lecz ja pominąwszy wszytkie ich zawody,Tobiem go samemu chowała krom szkody;Przyjmiże mój najmilszy kochany!Odemnie ten wianeczek różany.Samam ja te kwiaty w ogrodzie mym lubymZrywając cierniem zraniłam się grubym;Przyjmiże mój najmilszy kochany!Odemnie ten wianeczek różany.Jam je, z twarzy mojej dodawszy rumieńcu,Usadziłam kołem jednostajnym w wieńcu;Przyjmiże, mój najmilszy kochany!Odemnie ten wianeczek różany.A żebym do ciebie więcej nie teskniła,I sercem swe między te róże przywiła,Przyjmijże, mój namilszy kochany!Odemnie ten wianeczek różany.

Śliczna Maryno, morska bogini, przyrodna Wenerze,Z morskiego łona tak, jako ona, urodzona w wierze!Jako Wenerę, tak też jej cerę i z dzieciną młodą,Mówię to śmiele, w śmiertelnem ciele celujesz urodą;Bo Wenus dawna ani nam jawna, już kędyś zbabiała,Także w jej synku bez odpoczynku moc pierwsza ustała.Ale ty świeża, do tego z bliża, ludziom oczywista,Mocą wrodzoną, nie wysiloną, wszystkaś jest ognista.Nietylko z bliska, twego ogniska płomień ludźmi władnie,Ale z daleka palisz człowieka każdego szkaradnie.Kto na cię dwornie, lubo pokornie okiem rzucić kusi,Jako topnieje wosk, gdy się grzeje, rozpływać się musi.O Nimfo morska! jużeś nie gorzka, jużeś i nie zimną,Z wody płomienie nad przyrodzenie wydając rzecz dziwną.

Kiedy Amfijon, lutnista ćwiczony,Na dziewięć buntów nawiązane stronyPrzy cichym trącał Kaistrze, już tam naprzedniejsze mistrze,Którzy się szczycą Taliją, celował swą melodyą;Abowiem ciała leśne próżne duchaNa jego granie nadstawiały ucha,Nawet dąbrowy zielone i doliny rozróżone,Drzewa, góry, rzeki, skały muzyki onej słuchały.Ptacy nad jego wieszały się czołem,Źwierz go otaczał jednostajnym kołem,Rzeki nieme i żywioła nierozumne - owo zgołaWszytkie powszechne stworzenia do jego spieszyły pienia.O boska lutni, coś za władzą miała,Kiedyś do siebie wszytek świat zwabiała?Co to za roskoszne dźwięki wynikały z onej ręki,Że ich przewyborne tony przenikały płód stworzony?Wierzę, nie miałaś inakszej wdzięczności,Tylko żeś pieśni grała o miłości,Która przez jedno skinienie, jakoby przez głośne pienieWszytek krąg ziemski pociąga i z niska nieba dosiąga.O ogniu! który gdy się w serce wkradniesz,Ciałem i duszą potajemnie władniesz,Tobie gwoli na spinecie i na cichym grawam flecie,Ty mnie daj z twych przyjemności iskierkę jednę miłości.

Niech się insze w bogate stroją złotogłowy,Niech skarby na się biorą, niech bryzują głowy,Niechaj dyjamentami palce swe okują,Niech szyje zamorskiemi perłami osnują —Fraszka szumne ubiory, fraszka i bławaty,Bowiem nie tak na złoto ani pyszne szaty,Nie tak się zapalają prędko na pieniądze,Jako na przyrodzoną gładkość, ludzkie żądze.Nie pomogą niewdzięcznej twarzy drogie sztuki,Nie ozdobią jej włosów przyprawnych peruki,Grunt uroda — komu tej jednej nie dostaje,Nie dadzą jej bogactwa, ani obyczaje.Przeto milszaś ty u mnie, nadobna dzieweczko!Gdy się z prosta ubierasz w cieniuchne giezłeczko,Niżeli nie pozorna panna, chociaż szatna;Milszaś ty mnie w koszuli, dziewczyno udatna!Jeżelić i ta cięży, zrzućże ją z siebie;I bez niej, ma pociecho! przyjmę ja ciebie.

W chwilę wesołą pod wieczór zalotnyPrzyleciał do mnie coś za bożek lotnyW ręku trzymając światło jadowite,Którem on serce moje frasowite,Że miał podpalać, jął się wychwalać.A gdy już do mnie z pochodnią przyskoczył,Jam mu w niej ogień rękoma przytłoczył,A on tym bardziej zajątrzony krzyknie:Żaden przed moim płomieniem nie zniknie!I ty daremną waśń wiedziesz ze mną. —Skoro tę skargę Rozynie przełożyłA w jej wstydliwe oczy głownią włożył,Znowu zapały gorące rozżarzył,Aby mię nimi bez przestanku parzył —Jakoż sam czuję, że nie folguje.Nigdym ja tego, nieszczęsny, nie wiedział,By u Rożyny ogień w oczu siedział.Któż we mnie zapał haniebny ugasi?Pójdę do mojej ukochanej Basi,Bo jej źrenice są dwie krynice.

Na murawie przy LipinieTrafiło się w chłodzie usnąć tuż przy wodziePięknej Halinie.A gdy twardo spała, pszczółka przyleciała,Coś słodkiego w uściech powoniała,Dziewczę wargą ruszy, pszczółkę poruszy,Aż ją ujadła.Tak złość wyrządziła, żądło zostawiła,Puchliny ust wdzięcznych nabawiła.Jam nieszczęsny nie wiedział o tem,By w uściech jad miała, gdy mi gęby dałaWnet jakoś po tem.Wprawdzieć człeku miło, gdy się to trafiło;Teraz czuję, że tam żądło było,Halino, nie słyszysz skargi?Przyznawam, niebogo! zraniłaś mię srogoTwojemi wargi.Nie dałbym tej rany za zdrowie w zamiany,Niech od szczęścia bywam tak karany.Ciebie zaś żal mi, dziewczyny,Możesz snadnie kędy z twej różanej gębyZbydź tej puchliny —Chceszli w tej chorobie radzić mnie i sobie,Oddaj serce ty mnie, a ja tobie.

Tobie, lutni mowna, i wam, wdzięczne strony!Uskarżam się na niewdzięczność Telegdony,Która skoro mi ogień w sercu podłożyła,Zaraz się skryła.Pała serce, chociaż wiatry złą nadziejąNa zapały rozżarzone zewsząd wieją,A płomień wyniosły, który z nich wynika,Głowy mej tyka.Tenże pożar skoro doszedł i rozumu,Pełno po głowie kłopotów, pełno szumu,Już od dymów źrenice urażone płaczą,Już łzy z nich skaczą.Jeśliś myśli uzdrawiała kiedy chore,Lutni, ratuj serce, póki nie przegore,Pomóż, dokąd w ostatnią nie pójdzie perzynęSerce jedyne.Ale jakoż lutni! ogień ten zatłumisz,Który swym dźwiękiem podżegać bardziej umiesz?Gdy jeszcze Telegdonę swym głosem chwalisz,Sama mię palisz.Telegdono! tyś boginią ulubiła,Która się w morzu burzliwem urodziła,I samaś morze — zkądże na moje zniszczenieBierzesz płomienie?Z oczu twych jasne płomienie wypadają,Te spróchniałe kości we mnie podpalają,Te mię pieką okrutnie mojemiż żądzamiJako świecami.Wierzę, kiedy ciało moje próżne duszyRobak podziemny swym zębem w proch pokruszy,Skoro na mię ognistym pojźrysz twojem okiem,Ożywę skokiem.Mylę się? nieubłagane twe przymiotyRaczej do morskiej podobne są istoty,W tem burze, wichry, flagi, skały nieprzebyteSercu są skryte.Ani niebo wylewając rosy płodne,Ani wiatry powiewając kwiatkorodne,Ani osłodzą morskiej gorzkawej paszczekiŁagodne rzeki.Tak też chęci zwykłe i przyjaźneZaloty z podarunkami nie są ważne,Nie mają miejsca pieśni dowcipnej KamenyU złej Syreny.Przetóż czas na brzegu stawić suche stopy,Póki mię nie poźrą żywcem te zatopyMorskie, których w mem sercu ognie wodą strasznąZnienagła gasną.

Rozyna mi w taneczku pomarańczę dała,A potym i wianeczek dać przyobiecała.Ale gdym jej pomagał wesołego tańca,W ogień się obróciła ona pomarańcza.Ono jabłko żarzystym węglem mi się stało,Spaliwszy duszę nędzną, spaliło i ciało.Ogniu mój, o Rozyno! prędkom cię zachwycił,Prędko mi cię na sercu złoty owoc wzniecił.Teraz wiem, co jest miłość; Nie Wenus łaskawaSpłodziła ją, lecz lwica na pustyni krwawa,Tygrys, niemiłosierna nad błędnym człowiekiem,Na Kaukazie szalonym karmiła ją mlekiem.

Ukochana Lancelloto! ciebie nie proszę o złoto,Niechcę u ciebie kamieni bogatych, ani pierścieni;Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.Wszakże jeszcześ ziele siała, kiedyś mi go obiecała,Pierwej, niźliś go uwiła, mnieś go darować ślubiła;Daj mi namilsza z głowy, wianek rozmarynowy.Wiem, że się tym nie zubożysz datkiem, lecz jeźli się drożyszI chcesz przedać, ja kupuję, zaraz sie z tobą starguję;Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.Choćci ziele darmo dano, choć za wieńcem dają wiano,Chociaż na tej kupi stracę, przecieć go chętnie zapłacę;Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.Jeźli zasię ni darunkiem nie chcesz go zbydź, ni szacunkiem,Bierzże ode mnie w zamiany za wianeczek zawoj tkany;Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.Nie daszli go w letniej suszy, sam się od ciepła pokruszy,A tak od ciężkiego słońca póki nie zwiędnie do końca;Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.Jeślić go słońce nie spali, abo wiatr z czoła nie zwali,Pewnie w ostatniej jesieni sam się przestarzawszy zmieni.Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.Przez to nie naruszysz cnoty, ani popadniesz sromoty,Gdy nachodziwszy się w wieńcu, podarujesz go młodzieńcu;Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.I owszem nabędziesz chwały, że za podarunek małyI za trochę dosyć ziela kupisz sobie przyjaciela;Daj mi namilsza z głowy wianek rozmarynowy.

Przez sen, jawnieli, na pięknej łąceWidziałem strojne panny grające —Dwór snadź pięknej Dyany, trzy jelenie białeŚwietny wóz złotem wiozły, ktemu charty śmiałe,

Tyrska szata, smycz na niej, warkocz rozpuszczony,Trąba, sajdak — pewny znak, że córka Latony.Wszystkie gładkie, lecz jedna prawieJako kwiat róży przy polnej trawieInsze przeszła urodą, czoło jej tyaręZ lilii białej niosło, własną twarzy miarę;Jej gwoli wszystkie grają, śpiewają i tańczą,Ona z boginią łowów grała pomarańczą,Sercu rzecz miła, oczom wejźrenie,Jedno iż z góry w dół idą cienie.Dyana ją odwozi matce wozem złotym;Za nią me oczy idą, poszło serce potem;Niewiem kto — lecz po mowie znam i po ubierzeCną Sarmatkę, a we mnie ogień górę bierze.O można Cypry! jeźli posługiNie ważne były przez ten czas długi,Daj znać człeka miłego imię i ród pomień,We mnieś ogień wznieciła, wznieć także w niej płomień,Za co wonnych ziół ołtarz i gołębi parę,Piórem równych śniegowi, dam ci na ofiarę,Tylko bądź, proszę, życzliwa; a tySerca ludzkiego strzelcze skrzydlaty!Wyciągniej niepochybne jedwabiem twe rogi,Wypuść ku niej wiadomy bełt serdecznej drogi,Aby me powolności torem twojej strzałyDo jej serca lubego lepszy przystęp miały.

Ja śpiewam wedle świata:Za fraszkę u mnie majętność bogata,Fraszka urodzajne włościI nieprzejźrane okiem majętności.Niech drudzy łakomie zyskuSzukają z biednych poddanych ucisku,Niechaj nędznych ludzi pracąNienasycone szkatuły bogacą.Zbiorą srebro blade z złotemUbogich kmiotków napojone potem,Będą mieć szkarłaty tkane,Krwią robotników mdłych zafarbowane.Ja nic nie dbam o pachołkiAni o przednich dygnitarzów stołki;Czołem za cześć, komu zda się,Niechaj się nędzą drobnych ludzi pasie.Obejdę się bez bankietów,Bez smaków nowych, bez krętych pasztetów.Nie pragnę mieć na mym stole,Co rodzi morze, powietrze, las, pole.

Darmo tokajscy winiarze!Darmo topicie grona ne kutnarze;Miejcie sobie wasze trunki,Z których pochodzą morderstwa, trafunki,Potem niemęzkie pieszczoty,Także powszechne do wszystkich zaloty.A miłość, która się chwiejeZa wiatrem, miejsca u mnie nie zagrzeje —Wszytka moja myśl jest o tem,Jakoby dobrze było mi potem,A teraz, póki mi lataSłużą przystojne, abym zażył świata.Muza u mnie w przedniej cenie,A po niej zdrowie, potem dobre mienie;Grunt u mnie rozumna głowa,Wesołe serce, miarkowana mowa;Przyjaźni chronię się wielu,Zdrów bądź jedyny u mnie przyjacielu!Czasem śpiewam, zawsze przeciePneumellę głoszę na wdzięcznym szpinecie;Chcę i twórcy memu służyć,Chcę darów wielkich godnie użyć,Chcę z nim żyć wiecznie, gdy w ziemięŚmierć późna wróci ciała mego brzemię.

Dla twej krwie różanej po twarzy rozlanejTysiąc młodzieńców wybornej młodziPatrząc za tobą Maryno chodzi.Wszyscy tobie gwoli pragną być w niewoli,Pragną, by serca ich poimaneByły w więzieniu twojem chowane.Lecz ja na nich władze zażyć tej nie radzę,Bowiem nie trwała bywa tesknica,Która z pięknego pochodzi lica.Czas z dłuższemi laty te nadobne kwiatyOtrzęsa, także świetne jagodyZ twarzy zrywają złe niepogody —Natychmiast kochanie sług płochych ustanie,Każdy niewolnik od tego czasuZechce uchodzić z twego tarasu.Przeto ty niebogo! żebyć było błogo,Jednego tylko między tysiącemMiłuj statecznie sercem gorącem,Który na czas długi oddać swe usługi,A przyjacielem żywszy i w grobieNie zapamięta zimnym o tobie.

Niebieskie oko, klejnocie jedyny,Lampo gorąca wyniosłej krainy,Ojcze gwiazd jasnych! ty skoro świt mglistyPoczniesz rozpalać kaganiec ognisty,Natychmiast z łoża ramiona perłowePodniosłszy, oczy szczero szafiroweNa świat obracasz; a potem, gdy z góryPoczniesz rozpuszczać żarzyste kędziory,Odległej ziemi zdarłszy nocną larwę,Dajesz glans dzienny i pozorną barwę.Przez ciebie drzewa z listów ogoloneRozpościerają warkocze zielone,Pola odarte biorą na się szaty,Zewsząd upstrzone rozlicznemi kwiaty,Przez ciebie lato nasycone rosyGotuje bujne oraczowi kłosy,Jesień owocem mnogim zbogaconaW frukty i w smaczne obfituje grona;Gdy zaś naniższym pokazujesz biegiem,Akwilo z srebrnym wylatuje śniegiem,Rzeki porywcze upornie hamuje,Mosty na wodach głębokich buduje.Tobie nie role, nie żyzne pasiekiJa twój chowaniec daję do opieki,Ani cię proszę, byś na mej winnicyRozkosznej trunek dowarzał w macicy —Lecz żądam, abym stanął tam swem czołem,Gdzie ty rysujesz niebo świetnem kołem,Ażeby słychać było moje hymny,I skąd Boreas wylatuje zimnyI gdzie z zarania rumianemi ustyOświecasz Euksyn i Delerman pustyI gdzie pozbywszy południowej ceryZ twarzy ostatnie patrzysz na Ibery.

Trzykroć szczęśliwszy wiek kwitnącej młodzi,Która pod strażą czułą jeszcze chodzi,Wiek z każdej strony błogosławiony —Tych samych mija bożeczek skrzydlatyNa ciele nagim nie mający szaty,Strelec okrutny, zbójca wierutny.Choćże się jako między nie wśrubuje,Złoty od boku sajdak odpasuje,Pochodnią z dłonie kładzie na stronie.Z nimi w wieczornym przechadza się chłodzie,Z nimi się pławi w przeźrzoczystej wodzie,Z nimi on śpiewa i tańce miewa.

Spraw dobry Febe! żeby moje przędzeLeniwo wiły niezbłagane jędze,Abym w młodości zniknął starości.

Tobie ja samej kochanie moje!Oddawam dzisia posługi swoje,Tylko ten jeden miałem darunek,Jednak największy ma mieć szacunek.Kto by się wdał w rzecz z tem pięknem kołem,Najdzie ich wiele, coć biją czołem.I nie jeden jest z tych, co tu przyszli,Który się tobie podobać myśli.Tak to bydź musi, że twarz nadobnaI cnota przy niej sług wszędy godna;Człowiek nadobny, ktemu nie hardy,Zwabiłby ksobie i kamień twardy.Niechże ja będę policzon z temi,Którzy się zowią sługami twemi;Godzina mi to będzie kochana,W którą dostanę takiego pana.Nie zajrzę szczęścia, gdy owo drugiBierze od pana wielkie wysługi.Ja niech nic więcej nie wysługuję,Tylko cię co dzień raz pocałuję.

Już słońce co dzień niżej wieczorem zapada,A jesień coraz przystępuje blada,Na które ukwapliwe i nagłe jej przyjścieWiędnieje trawa, mdleje smaragdowe liście.Za nią w też tropy dybią czasy nie wesołe,Niszczeją wirydarze, lasy stoją gołe,Zła chwila prace letnie w ogrodach pustoszy,Lud rozkoszny z folwarków ku domowi płoszy.Po chwili ostre wichry, gdy się z zimnem zwadzą,Ostatek ozdób wdzięcznych przeszłej wiosny zgładzą,Splondrują winogrady zarodne do czysta,Chłodnikom zielonego nie zostawią lista.Dlategoż ty zawczasu Faworyno młoda!Zaniechaj dawce uciech majowych, ogroda,Nawiedź znowu pokoje i miasto dwojgrodne,Twojej bytności i twych miłych zabaw godne.Tu ja nie przy szemrzącym, jak przedtem, strumieniu,Ani pod lipą, abo w jaworowym cieniu,Ale raczej w alkierzu przy ciepłym kominieBędę pieśni powtarzał o gładkiej Halinie.A chociażbym też trafił bohaterów sławnychSkładnym rymem północnym krajom czynić jawnych,

Lecz takowa zabawa tych wieków nie płaci,Kto się jej podejmuje, czas i pracą traci.A przetoż ja na moim gęgnogłosym flecieWolę ogłaszać oczy pieszczone po świecie,Bo gdy we mnie które z nich uderzy ochotnieSwym wzrokiem, nagrodzi mi robotę stokrotnie.Teraz póki ostatki lubieżnego lata,Póki kresy nie miną uciesznego świata,Pospieszymy ku tobie; u ciebie schyloneGałęzie jabłka słońcem podają zwarzone,U ciebie nie pozbywa winnica brzemienia,Ani zielnik pierwszej swej grzeczności odmienia —A choćże nas tam grudzień zaskoczy zazdrośny,Z tobą w pół zimy lubej zażyjemy wiosny.

Póki mię młodość pierwsza piastowała,Nigdy frasunku głowa ma nie znała,Lecz próżen trwogi wiodłem bieg błogi.Skoro mię lata starszym uczyniły,Zaraz mię trudów ciężkich nabawiły,Przyszedł za laty kłopot zębaty.Do mnie z Pafii zrodzona dziecinaŁuk z niepochybnem żeleźcem napina,A gdzie umierzy, ostro uderzy.Częstokroć pędem gdy do mnie przybiega,Tak mię miłosnym płomieniem podżega,Że jak śnieg mdleję, gdy słońce grzeje.Za mną nieschronna w tył naciera zwada,Podemną kopie lochy cichy zdrada,Śmierć z pewnym gońcem grozi mi końcem.Gdzie ta Medea, która przez swe czaryWiek Ezonowi odnowiła stary,Żebym w starości zażył młodości!

Ukochana Sofronio! z niezmiernym żalemSerce moje utrapione tobie oddałem,Upominek znamienity, część mojej duszyTobie gwoli ma namilsza! utracić muszę.Cóż ja w tobie upatrzyłem dziewczę kochane!Że dla ciebie zawsze trapię myśli stroskane?Bowiem lub gnuśna zima, lub wiosna przybywa,Twoja miłość serce moje z sobą porywa.Nie masz wprawdzie dostatków tych, co drugie mają,Które przodek przed inszemi pierwszy trzymają,Nie masz pereł, ni kanaków z przedniego złota,A co nawiększa, że jeszcze jesteś sierota,

I posag szczupły oświadcza zawsze ubogiWianeczek twój, także ubiór nie bardzo drogi —Muszę jednak wyznać mego żalu przyczynę,Dla czegoć dzisiaj oddaję serce jedyne:Uroda twa nie przyprawna, więc próżne wzgardyOko twoje, nade wszytko umysł nie hardy —Te mię zgoła zniewoliły drogie klejnoty,Godne moich obyczajów i twojej cnoty.

Gdzie oświecone jutrzenką trzy góryW ostrych pazurach trzyma żółtoskóryLew, kędy tenże nigdy nie uspionyPilnuje brony,Oto nad piorun przeraźliwsze strzałyZ twych oczu na mnie miece bożek mały,Których ani się może człowiek schronić,Ani zasłonić.Pieszczone dziecko! zkąd wżdy na mą mękęTak mierne oko, tak żartką masz rękę?W której to kuźni miękkie twoje strzałyHartu dostały?Tyś winna, tyś mu oczu pożyczyła,Twego to wzroku, nie jego rąk siła,Twego to serca nieużyte skałyOstrzą mu strzały.O gdyby pomsty chciała tak bogini,Co z hardych myśli sprawiedliwość czyni,Bym przez cię, jako jestem uraniony,Był uzdrowiony!

Jest niedostępna jaskinia, gdzie ludziŚpiewak czubaty nigdy nie przebudzi,Gdzie nie dochodzą promienie słoneczne,Tylko szarawa noc ćmy sieje wieczne;Z lochu cichego potok wyskakujeNiepomnej wody, która sny cukrujeSzumem miluchnym, noc czarnoskrzydlataWszędzie po gmachu tesknociemnym lata.Na łożu gnuśnym sen drzemie leniwy,Wokoło niego mak roście senliwy,Na którym ptaków czarnych nieme rojeBudują gniazda i mieszkanie swoje.Tu Zaryjadres z piękną się obeznałOdatą, której krom snu nigdy nie znał,Tu ja zakusił roskoszy nietrwałej,Bo gdy nadobne bogini mijały,

Jedna piękniejsza, czyli tak się zdało,Oto li serce za nią pobieżało,Zniknęła, gdym się za sercem pokwapił,Mnie żal smutnemi skrzydłami obłapił.

Przy wesołym Cyprze w piękną z mirtu krzewinęWszedłem rano, gdzie potkawszy małą dziecinęŁuk przy boku, na barkach pióra i u nożek,Spytałem: Powiedz mi, dziecię, coś ty za bożek? —A on do łuka: Kto na mię fuka?Ja, choćżem mały, przeciem bóg cały,Którego i sam Jowisz, i boginie znały;Zaś Kupidyna, Wenery syna,Boga miłości i wszech lubościNie znasz? Muszę cię skarać, żeś tak niebywały. —Odpuść proszę cne dziecię! na mnie prostakaNie bierz strzały niepochybnej z twego sajdaka;Ale naucz mię raczej nie mieszkając wiele,Czemu cię tu dziś widzę w tak maluczkiem ciele?Tak mię maluje ten, kto miłuje:Stając się dziecię jak w trzeciem lecie,Traci rozum i powagę, traci baczenie,Mądrych ja skrócę, w dzieci obrócę;Bo kto mię kusi, głupim bydź musi.Wnet i stary odmłodnieje nad przyrodzenie. —Wiem to i sam, cny Kupido! że nie nowina,Który człowiek zamiłuje, własna dziecina;A to zasię na twych oczach co za zasłonaŚlepym cię bydź uczyniła? co znaczy ona? —Ja ślepo żyję i ślepo biję,Mojemi który zraniony pióry,Stary, młody, pan, ubogi, w jakim chce cieniu.Nie mam ja znaku, w osobach braku;Niech się kto chlubi, że mię nie lubi —Najdę go ja i w jedwabiu, i w ostrem odzieniu. —Wiem, że nie bez przyczyny są i te pióra,Któremi twoja bieluchna porosła skóra;I nie darmo wielkie skrzydła trzmią na twym grzbiecie,Dla czego ich jednak nosisz, powiedz proszę cię?Te dla lekkości mam i prędkości;Nie masz żadnego gmachu skrytego,Kędy by się nie nalazły miłosne przeskoki.Nic nie są góry; radby i z skóryWyleciał drugi za czas nie długiTam, kędy ja rozkażę, by snadź pod obłoki —Przeto, widzę zhołdowałeś już wszystkę ziemię,Poślepiłeś niemal wszystko Ewine plemię;

I ja, utrapiony, także duszę swą w cieleMuszę tobie ofiarować w twoim kościele. —To gdy uczynisz, mało przewinisz;Serce odmienne twe, nie kamienne.Kędy mi się odejmują, bardziej się srożę;Dowcipy harde i myśli twarde,Ciało i duszę, w proch ja pokruszę;Mądrość, uroda, bogactwo nic nie pomoże.

Gdym do twego ogródeczka niedawno w majuPrzyszedł, rozumiałem, żem był wzięty do raju,Obaczywszy rozmaitość bujnego zioła:To fiołki, to rozmaryn stoi do koła,A od twojej twarzy, każdy się kwiat żarzy:Nuż goździki śliczne i róże roźliczneRumienieją się, patrzając w ciebie ustawicznie.Wszytko nizac ma kochanko! gdy nie masz ciebie;Mnie żaden kwiat nie powabi wonny do siebie;Cóż mi po tem, chociaż pojźrzę na konwalją?Chociaż uszczknę miłą różę, abo lilią?Bez twojej urody niczem są ogrody;Twe wargi szkarłatne i czoło udatneWszytkie kwiecia nabogatsze czynią niepłatne.Jeśliś przeto mię wezwała, żebym się bawiłA w tesknicy frasowliwej tylko czas trawił,Jakoż ja mogę bez ciebie wytrwać na świecie?Fraszką u mnie wirydarze, fraszką są kwiecie.Głupi bym był, wierzę, kiedybym w tej mierzeWięcej kochał w zielu, niźli w przyjacielu,Któremu serce wylałem nad inszych wielu.Czyli już śpisz, czy na jawie ze mnie żartujesz?Jakie teraz niepogody, aza nie żałujesz?Noc ciemniejsza nad obyczaj, deszcz z wierzchu leje,Ja przecię czekam w ogródku mając nadzieję,Że zasnąć nie raczysz, aże mnie obaczysz;Jeżeli miłujesz, wiacneczkiem darujesz,Dosyć będzie ze mnie, gdy mię tak uszanujesz.Lecz widzę, zapamiętałaś twojego sługi,Bardziej ci się upodobał niewiem ktoś drugi,Z którym miluchno rozmawiasz godzin w noc kila;Jeśli mi to na złość czynisz, dajbyś nie żyła.Ale żyj szczęśliwa, póki będziesz żywa;Bo pewienem tego, że ty dla nowegoPrzyjaciela nie opuścisz mnie dawniejszego.Już dobra noc ogródeczku! z żalem odchodzę,Dobra noc wam ziółeczka, i tobie gospodze!Wianeczek ci zostawię, weźmij go sobie,A jako tej nocy spałem, wypowie tobie.

Wierzże, iż tej nocy nie zamknąłem oczy;Przecie ty koniecznie miej dobrą noc wiecznie,Ja się z tobą dzisiaj żegnam już ostatecznie.

Ogniu mój jedyny! który u dziewczynyNa twarzy się żarzysz, tóż mię przykro parzysz!Oto z serca twego, chociaż zakrytego,Piersiami przez szyję ostry promień bije;Twe bystre źrenice, jak dwie łyskawice,Iskry na mię miecą, które miłość niecą;Nuż usta wstydliwe, jak dwa węgle żywe.Teskliwą nadzieją chęci we mnie grzeją.Nie tak Procyona gwiazda rozpalonaGorąca przysparza, gdy kłosy dowarza.Kupidowi, wierzę, lubo też Wenerze,Abo więc Helenie pokradłaś płomienie.Przedtem z obyczajem nazwałem cię rajem,Teraz śmielej rzek, jak w piekle się piekę,Bo gdy na mię okiem rzucisz, pałam skokiem,A kiedy pochwalisz, w popiół szczery palisz;Toć mię taką miarą uczynisz ofiarąZupełno paloną, tobie poświęconą —I ofiarą tedy zostanę ja, kiedyBędzie dla mnie taki ołtarz, ogień jaki.

Cokolwiek w sobie ma ten świat odmienny,Wszystko przemija, jako jednodziennyKwiat, który pięknie się rozwinie rano, a w południe zaginie.Halino, dziewczę moje ukochane!Skorom obaczył usta twe różane,Wyznałem między wszystkim światem najpiękniejszym bydź one kwiatem;Abowiem twoja uroda nadobnaDo różanego krzaku jest podobna,Który wydaje na przemiany kwiat czerwony z białym zmieszany.Dla czegoż tedy dziewko okazała,Zabraniasz zbierać kwiatków z swego ciała?Czemu od twoich uciech, proszę, tak często odmioty ponoszę?Samaś i sobie i mnie zawiniła,Żeś różaniec na twarzy zasadziła,Żeś na wargach i uściech kwiaty rozpostarła jako szkarłatyTe mnie do siebie wabią, te zuchwałaWenus na wieniec zerwać mi kazała.Jeźli wtem usłucham bogini, nie ja, ona tobie przewini.Ale daremnie darów bożych bronisz,Bo nie zadługo przecie je uronisz,Gdy za starością szkaradną piękne róże z twarzy spadną,

A tylko ciernie dotkliwe zostanie,Że młodź lubieżna ani pojźry na nie.Tam wspomniawszy na wdzięczności pierwsze, zapłaczesz od żałości.A przetóż póki nie dozna odmianyMłodości twojej ogródek różany,Dopuść mi, proszę cię, w w nim bywać i róże przyrodzone zrywać.

Czołem miłości waszej, rosiejskie kniehinie!Czołem, panienki lackie, czołem wam boginie!Niekiedy w oczach moich — wszystkie ostatecznieŻegnam was, wszystkie miejcie dobrą noc koniecznie!Jużem ja z między waszej krotochwilnej trzodyCząsteczkę najpiękniejszą przedziwnej urodyObrał, przed której twarzą panny inne gasną,Jakoby drobne gwiazdy przed jutrzenką jasną.Choćby której swych oczu Wenus pożyczyła,Abo swe Herminia pieszczoty spuściła,Przecie żadna w najmniejszej, wierzę, odrobiniePrzyjemnością nie zrówna mej wdzięcznej dziecinie.Szczęśliwe oko, które w tak śliczne stworzeniePatrzy, może nie zajrzeć chwalebnej Helenie,Może nie obiecować łakomemu okuW tysiąc lat smaczniejszego pokazać obroku.Chociażby przeszłe lata złożyły do kupyNajcelniejszych białychgłów urodziwe łupy,Choćby się co dzień ikrząc, silił świat czworaki,Nie miał przedtem i potem nie będzie miał taki.Znać, że bożków pogańskich nie było na świecie,Bowiem kiedyby byli, jak Homerus plecie,Wierzę, że by w młodziuchnych nimfach nie kochali,Ale by na tę lubą dziecinę czekali.Przetoż jeszczem nie słyszał, żeby który drugiMiłośnik wziął nagrodę słuszną za posługi,Jam najpierwszy Cyprydy tak łaskawie użyłWięcej od niej powziąwszy, niżelim zasłużył.

Czemu narzekają smutno moje strony,Czemu żałobliwie kwili flet pieszczony?Dla ciebie nadobna Halino,Dla ciebie kochana dziewczyno!Miasto lubych pieśni, miasto słodkiej lutnieMuszę ciężko wzdychać lamentując smutnie;Niemasz cię nadobna Halino,Niemasz cię kochana dziewczyno!Kędy teraz oczy są powabne twoje!Z których miłość codzień wypuszczała roje?

Niemasz cię nadobna Halino,Niemasz cię kochana dziewczyno!Jużże to zagasły ust twych ognie żywe,Któremiś paliła serca natarczywe?Niemasz ci nadobna Halino,Niemasz cię kochana dziewczyno!Daremnie się ten świat w ludziach coraz młodzi,Bo takiej Haliny drugiej nie urodzi;Niemasz cię nadobna Halino,Niemasz cię kochana dziewczyno!Próżno mój ogrodek fijołki pachniące,Próżno mój różaniec rozwija swe pącze;Niemasz cię nadobna Halino,Niemasz ci kochana dziewczyno!Gdyby mię Kupido odział swemi pióry,Żebym mógł polecieć przez lasy, przez góryDo ciebie nadobna Halino,Do ciebie kochana dziewczyno!Najmniejbym się nie bał skrzydłami pospieszyć,Abym mógł raz oczy tobą me pocieszyć;Kędyś jest nadobna Halino?Kędyś jest kochana dziewczyno?Lecz próżno ci moje szukają powieki,Której nie obaczą pod słońcem na wieki.Dobranoc nadobna Halino,Dobranoc kochana dziewczyno!

Z srogiej tesknice opuściwszy ciało,Gdy serce moje z piersi wyleciało,Sam go ustroił Kupido pierzchliwyW swe forgi, sam mu dał lot popędliwy.Serce postrzegłszy, że Kupido skrzydełPozbył, chcąc wolne bydź od jego sideł,Wzbiło si w górę i tem się już cieszy,Że go bożeczek nie poima pieszy.Gdy ono buja pod samym obłokiem,Tyś go Maryno przeraźliwem okiemJako piorunem nagłym postrzeliła,Tyś go z powietrza na ziemi zwabiła.Potem z trafionych włosów twojej głowyUkręcone nań wrzuciłaś okowyI przywiązałaś mocno (daj go bogu!)W alkierzu twoim do spodniego progu.Tam go Kupido zły mając po woli,Okrutnej nad nim zażywa swejwoli,Jako w pniu jakim dziecko nieuważne,Topi w nim z bliska swe pręty żelazne.

Odtąd serce me zranione bez miaryBoleje, lecz nad hamburskie kanarySłodsze twe słowo łaskawe te razyWszystkie uleczyć może krom urazyJeźli go tedy nie chcesz już mieć chorym,Sama lekarstwem bądź mu i doktorem,A nie będzieszli, niechże EtyopiKochają w tobie i z Brazylu chłopi.

Płynąc mimo Cypr, gdym zwykłej daniWzbraniał si oddać tamecznej pani,Strzelając ku mnie jej dziecko gniewliweZerwało cięciwę.Jużem rozumiał, że za tym kwitemByłem wolnym przed powszechnem mytem,Żem cało uszedł, żem nic nie przemycił,Jużem się tem szczycił.Aliści za mną z morza wypłynieNimfa śliczna, podobna Marynie,Na miejsce żaglów rozpuściwszy włosyZ kasztanowej kosy.Tę sporo zajźrał Kupido okiem,Przyleciał ku niej skwapliwym skokiemI z jej warkocza cięciw ukręcił,Aby mię zasmęcił.Jakoż latając tak moję nawęUstrzelało dziecko nie łaskawe,Że mi z okrętem towary obfityWzięto za przemyte.Przetoż tak długo w Cyprze się bawięMniemając, że stratę wzad wyprawię;Wskóramli, nie wiem — wszak jakie na myciePrawo, wszyscy wiecie.

Oczy przyjemne, ale niespokojne.Haniebną z sercem mem stoczywszy wojnęPlac otrzymały; nie dziw, gdyż obojeNa jedno serce nacierały moje.Do tego zdradą, pod płaszczem przymierza,Gdy się tajemnie oczom serce zwierza,Ostrą żartkością wzrok zahartowanyNiespodziewane zadał sercu rany.Ztąd tryumfując patrzają wesołoOczy koroną otoczywszy czoło,A kajdanami serce skrępowaneIdzie na srogą niewolą skazane.

Takowych to dzieł oczy dokazują,Gdy się z sromoty wrodzonej wyzują;Tak, nie inaczej, wolność serce traci,Które się z okiem nieprzystojnem zbraci.

Wiem ja Petrolino! że w twem pięknem cieleUlubuje grzecznych miłośników wiele,Wszystek świat kochać się w tobieNie ma za hańbę sobie.Trzymam też zapewne, z tak ludnego gronaŻe w jednym korzysta myśl twoja pieszczona,Któremu, byłeś miała,I tysiąc serc byś oddała.Przecie i ja, chociaż zalotnik nie cudny,Tylko żem przyjaciel wierny, nie obłudny,Niech w poczet twych wybranySług będę zapisany.Insi twą wdzięcznością zaloty swe słodzą,Drudzy twę sierocą sławę zelżyć godzą,Nięktórym umysł płochyKu tobie stroi fochy.Ale mnie do ciebie nie tak krew uwodzi,Która się na twarzy szlachetnej twej młodzi,Nie zapał twego licaChęci me tak podnieca —Jako oczy sromne, a przecie dotkliwe,Także obyczaje dworne i wstydliweSerce mi wyrywają,A tobie oddawają.Przetoż nie do czasu, ale by na wiekiMogło bydź, chciałem cię przyjąć do opiekiI w każdym złym trefunkuDodawać ci ratunku.Lecz że ty od moich życzliwości stronisz,A miasto istotnych obietnic wiar gonisz,Nie mnie w tem będziesz krzywa,Lecz sobie, pokiś żywa.Ja żem chciał bydź twoim przyjacielem wszędzie,Ten wiersz niepochybnym świadkiem mi niech będzie;Jeśli masz mało na tem,Dobrą noc miewaj zatem.

Wdzięczny Zefirze! lecąc środkiem UkrainyNie zapomnij odemnie pozdrowić Maryny,Niezapomnij łagodnym szeptem twego duchaTę piosnkę jej zaspiewać cichuchno do ucha:

I takżeś bardzo sobie moje dziewczę lube!Umiliła w odległych krajach kąty grube,Że też do Leonowych budynków przezacnychBynajmniej w sobie tesknic nie czujesz niesmacznych?Azaż nie wiesz, że alkierz z okienkiem przychylnem,Z któregoś ty strzelała na mnie okiem pilnem,Którem do ciebie moje zalatały chęci,Ustawicznie się z twojej niebytności smęci?Dla ciebie ogródeczka mego bujne zioła,Frasobliwe nad zwyczaj, pomarszczyły czoła,Do ciebie z liliami fiołki steskniły,Drzewa niedonoszone płody poroniły.Hejże kochana dziewko! pokaz nam swe czoło,Na którego ozdoby już nie tylko sioło,Ale i roksolańska stolica dwójgrodnaZawsze się zapatrować, nie zawsze jest godna.Patrzaj, jako cię z chęcią wyglądają wieże,Jako lew, który miasta z wysokości strzeże,Upatrując przyjazdu twego nie uspionyObraca ustawicznie wzrok na wszystkie strony.Pokwapże tedy do nas niezwykłym pośpiechem,Kędy ci trefne żarty, z krotofilnym śmiechem,Zabawy pokojowe, przechadzki pomierneI panieńskie czekają kompanie wierne.Tu rozkosz co przedniejsze złożyła swe zbiory,Tu Cyterea wszystkie przeniosła amory,Tu Kupidowie z oczu dziewiczych się snują,Tu na udatnych wargach strzały swe hecują,Tu się jako do gniazda wszelkich pociech zlata,Cokolwiek jest lubości uciesznego świata —Tu wszystko jest, co tylko mają ruskie kraje,Oprócz, że ciebie samej jednej nie dostaje.

Nie już słońce promienie złotowłose roni,Kiedy się czarnej chmury żałobą zasłoni,Owszem po niebie toczy tem jaśniejsze koło,Gdy mu opłócze burza niepogodna czoło.Ani zorza w ciemnościach ostatnie już tonie,Kiedy w wieczornym mroku zanurze swe skronie,Ale tem bielszą światu pokazuje szyję,Im ją najdłużej w nocnej kąpieli wymyje.Nie przeto mój Kupido! pozbędziesz mych chęci,Że go przeciwne szczęście srogim wichrem kręci;Nie dlatego pochodnia w ręku jego zgaśnie,Iże ją wróg zawisny chce zatłumić właśnie.Jako węgiel skropiony wodą bardziej parzy,Jako wiatr rozdymając ogień lepiej żarzy,

Tak miłość moja większe wypuszcza płomienie,Skoro na nię fortuna przeciwnością wienie.Rzeka zatamowana wody nie pozbywa,Lecz sowitą powodzią natychmiast opływa;Im kto uporniej drzewo palmowe w dół tłumi,Tem prędzej swe gałęzie wzgórę podnieść umie.I ja na znak miłości mojej nieodmiennejPostawię nad potokiem srebrnym słup kamienny,Na którego wierzchołku będą wespół ryteDwa serca jedną strzałą miłości przeszyte.

Widziałem swemi oczyma dowodnie,Gdy nieostrożnie Kupido pochodnieW ręku trzymając, łuk i skrzydła obieZapalił sobie.Jam się z radował wielce tej nowinie,Rozumiejąc to o złym Kupidynie,Że mi nie spali więcej, ni ugoni,Zbywszy swych broni.Lecz próżno, bowiem on bożeczek lekkiWziął Halinine na skrzydła powieki,Ze brwi okrągłych rogi zrobił krzywe,Z włosów cięciwę.Ja gdym chciał dodać Halinie ratunku,By ją nie obrał z wszystkiego rysztunku,Ani wiem, jako czasu tej obronyJestem zraniony.Wiem, nie Kupido zranił mię bezbronny,Raczej Halino! twój wzrok nie uchronny,Który i duszę przez ciało przenikaI serca tyka.Przetoż, jakom ja bronił twojej szkody,Tak ty pozbaw mię żałosnej przygody,Abo w nadgrodę daj mi twą w zamianęSzkodę za ranę.

Dla czego przedemną stronisz dziecię kochane?Czemu odemnie odwracasz usta różane?Dokąd nogi i skrzydła gotujesz płoche?Nie odchódż, aż żalów mych posłuchasz trochę;Wszakoż pierwsza miłość ciebie z mym młodym duchemW dzieciństwie jeszcze związała złotym łańcuchem;A teraz rozrywając kochanie moje!Jedyne serce nasze dzielisz na dwoje.

Aniołeczku mój upieszczony! jeźli mię lubisz,Nie odstępujże odemnie, bo mię zagubisz;Coż za korzyść odniesiesz, gdy przez twą winęNajdawniejszy twój towarzysz marnie zaginę?Jakoś dobry, dziel się mną lotnemi pióry,Aza wylecą zarówno z tobą do góry;Ja za taką uczynność, próżna kłopotaUżyczęć lepszą cząstkę mego żywota.A jeżeli umyśliłeś w dalekie stronyOdbieżeć mi przyjacielu mój upieszczony!Pewnie wziąwszy za rękę mego Kupida,Pospołu z tobą pójdzie twoja Cypryda.Bierzże odemnie na drogę piękne wdzięczności,Bierz uciechy, bierz roskoszy, weźmij miłości;A kiedy te dostatki weźmiesz odemnie,Chociażże chcesz, nie pójdziesz przecie bezemnie.

Serce nieszczęsne, o serce moje!Czemu się w gorzkie rozpływasz zdroje?Czemu krotochwile, cieszące cię mile,Opuściły cię przez niemałą chwilę?Ach mnie niestetyż, ach połowicęUbyło, na to miejsce teskniceCiężkie nastąpiły, frasunek nie miłySwe jadowite wywarł na mnie siły.Oczy mizerne i opłakane!Czemu toczycie łzy z krwią zmieszane?Kędy wasz wzrok złoty, kędy są pieszczoty?Gdzie was odbiegły wesołe przedmioty?Słońce ucieszne nocą nam zaszło,Światło przyjemne nam z niem zagasło,A ćmy nieprzyjemne i chmury nikczemneRozpostarły w nich zasłony swe ciemne.Rozraduj się już serce troskliwe,Pojźryjcie jasno oczy płaczliwe!Abowiem w zamianę trosk waszych kochanePociechy słońce przywróci wam rane.

Widzisz, jako z ucieszną wiosną przyszły czasy,Jako zielonym listem okryły się lasy,Łąka uciechy kwieciem zfarbowana daje,Ptaszemi rozlicznemi skargami brzmią gaje,Słowik, wznowiwszy w sobie żal swój nieszczęśliwy,Zaczyna wielkim głosem lament przeraźliwy.Pola się uśmiechają, rzeki cichym pędemMkną po gładkich kamieniach, leśne Nimfy rzędem

Ująwszy się za ręce różne stroją tany,Gdy Satyrowie dzicy grają im w organy —Owo zgoła pociechy zewsząd wynikają,Zewsząd do nas radości nowe przybywają.A ciebie Damianie! frasunek żałosnyNie chce opuścić podczas ulubionej wiosny,W tobie melancholią gęste troski rodzą,Lubo zorze znikają złote, lubo wschodzą.Takżeś jest napełniony niezbytym kłopotem,Że cię ani czas swoim łagodnym obrotem,Ani sen poratować nie może swobodny,Ani trunek biesiady, ani głos łagodny?Ma rada, jeźli w sobie chcesz ukoić stareTroski, nie dawaj się im umacniać nad miarę,Bo je czas potem zleczy; kto w nich trwa statecznie,Żal jego obróci się w dobrą myśl koniecznie.

Słońce zagasło, ciemna noc wstaje,Zemną kochany mój się rozstaje;Świadczę wami gwiazdy! żem ja na czas każdyPrzyjacielem mu była zawżdy.Wieczór nastąpił, Hesper wychodzi —Odemnie smutny miły odchodzi;Pohamuj tej drogi przyjacielu drogi!Nie odstępuj mi dziewki ubogiej.Miesiąc roztoczył promień różany,A mnie opuszcza mój ukochany —Zostań na godzinę, powiedz mi przyczynę,Czemu odchodzisz biedną dziewczynę?Blisko północy, już słyszeć dzwony,Mnie rękę daje mój ulubiony —Potrwaj proszę mało, jeszcze nie świtało,Pójdziesz wnet, gdzieć się będzie podobało.Jutrzenka zeszła, moje jedyneSerce w daleką śpieszy gościnę —Poczekaj na chwilę, niechaj krotochwileZażyję z tobą gadając mile.Już na pół zbladły rumiane zorze,Przyjaciel wyszedł mój na podwórze —Postój me kochanie! skoro słońce wstanie,Odjedziesz, kędy będzie twe danie.Dzień świat ogarnął, chmury rozegnał,Mój najmilejszy mnie też pożegnał —Proszę, moje chęci miej w dobrej pamięci;Wszak nie uznałeś w nich żadnej niechęci.Na którykolwiek kraj pójdziesz świata,Niechaj bóg szczęści młode twe lata,

Niechaj i kłopoty przemieni w wiek złoty,Nie zapominaj mnie też sieroty.Więc kiedy lata rane upłyną,Uciechy pierwsze rade tam giną;Jednak ty statecznie kochaj we mnie wiecznie,Jeżeli zechcesz, jam twą koniecznie.

Piękna dziewico, moja siestrzyco!W twoim ogrodzieGdy ja do róże palce położę,Ciernie mi bodzie.Dla tego strachu nie chcę zapachuWięcej zakuszać,Nie chcę i kwiata przez wszystkie lataŚlicznego ruszać.Wenery synie, cny Kupidynie!Strzelasz po świecie;Sztuczny kozaku, co masz w Bajdaku.Puszczasz z nienagła,Alić zarazem za słodkim razemŚmierć idzie nagła.

Dobra noc, trzykroć ukochany,Dobra noc wianeczku różanyZ kwiatków woniących nadobnie uwityI sromieźliwą liliją podwity!Dla ciebie nie folgując spaniu,Powstawszy rano po świtaniu,Gdym po rożańcu rozkwitłym chodziła,Bieluchnem nóżki rosą umoczyła;Dla ciebie kwiateczki nadobneZrywając paluszki me drobneNiemiłosierne ciernie poraniłoTak, że się dobrze krwie mojej napiło.A przeciem tak cierpliwą była,Ażem cię do końca uwiła;Uwiwszy, twoją pozorną koronąPrzyozdobiłam kosę uplecioną.Cóż potem, gdy słońce gorąceW południe róże w nim pachniąceW niwecz spaliło, że wszystkie powiędły,A koralowe goździki pobledły!Dobra noc tedy ukochany,Dobra noc wianeczku różany!Żegnam się z tobą, żegnam ostatecznie,Dobra noc miewaj, dobra noc miej wiecznie.

Posłuchajcie skargi mojej następne lata,W jakim teraz utrapieniu żyję u świata:Fortuna mię omyliła krom słusznej winy,Oto, w którym jeszcze małaSerdecznie-m zawsze kochała,Opuścił mię mój przyjaciel wdzięczny jedyny.Przyjacielu mój, z tutecznej wszystkiej koronySam szczególnie mnie wybrany, sam ulubiony,Czemu gardzisz usługami szczerej dziewczyny,Którem ci oddawszy cale,W przedsięwzięciu trwałam stale?Czemu mię przenosisz okiem twem bez przyczyny?Wspomnij sobie, jakom cię ja lubiła ściśle,Jakom cię skrycie taiła w moim umyśle,Tobie chęci serca mego jawnie wylałam,A inszych młodzianów dary,Polecania i ofiaryTobie gwoli niewdzięczniku! w tył odrzucałam;Nie dbałam ja na wysokie panięce stany,Nie dałam wprzód na dostatnie i wielkie pany,Nie patrzałam na purpury ani bisiory,Fraszka u mnie były szaty,Złotogłowy i bławaty,Za nicem ja poczytała bogate zbiory.Na ostatek, co płeć białą marnie uwodzi,Nie korzystałam w lubości pieszczonej młodzi,Nie starałam się o złoto i nowe stroje;Tobiem się tylko myśliłaUpodobać, tobiem żyła,Chcąc co dzień lepiej zarobić na łaskę twoję.Prawda, często dawałeś mi słóweczka cudne,Pokrywając słodką mową serce obłudne,Jam ufała, źwierząteczkiem będąc ułomnym,I czyniłam głośne śluby,Żem ja tobie, ty mnie luby,Nie rozumiejąc, żeś się miał zstać wiarołomnym.Ale, widzę, nie pomogły moje starania,Ani życzliwe ukłony, ani wzdychania:Bardziej ci się spodobała insza nieboże!Która mi nie zrówna w rodzieAni w udatnej urodzie,Ani w domowych dostatkach zdołać nie może.Źle mi nagradzasz me chęci niebaczny panie!Za usługi oddajesz mi ciężkie karanie,Ale i tobie, zmienniku, twymże przykłademPomsty pokarnej wyrokiNieuchronne bez odwłokiZgubę za zdradę gotują z wiecznym upadem.

Nieszczęśliwa godzina była,W którąmem cię pani matko ma! opuściła:Skosztowałam omylnego przyjaciela,Nie takiem ja rozumiała,Nie tegom się spodziewała wesela.Kędy teraz słowa łagodne?Kędy teraz obietnice wiary niegodne?Wniwecz poszły, ach niestetyż, jako dym prawie,A ja nieszczęsna u wszystkichZostałam w obmowach brzydkich i sławie.Wszyscy się mi urągają,Matki mię na przykład swoim córeczkom dają.Cóż mam czynić? trudno takiej wetować szkody,Przeto ja zażyję świata,Póki mi nie wezmą lata urody.

Ogrodzie, ogrodzie ulubiony,Kwiatkami rozlicznemi natkniony!Ciebie pięknie LubomiłaRękami swemi sadziła,Dla ciebie wiosna idzie zuchwała,Dla ciebie słońce cały dzień pała,Tobie Zefir wiatry grzeje,Tobie Hesper rosę leje;Ty Nimfy, z niemi kwietne boginieZa goście masz i za gospodynie,Ciebie Pallas i PafiaOsobą swoją nie mija;Cokolwiek przedniej rosyjskiej młodziMoże bydź, cieszyć się z tobą chodzi;Ciebie panny, choć się wstydzą,Często bardzo rade widzą;Ty w sobie wszystkich dziewek pieszczotyZamykasz, ty młodzieńskie zalotyW miękkie rymy uwinionePrzez brzmiącą głosisz bardonę,Ty pieśni w dzień przyjmujesz dziewicze,Ty przez noc skargi słyszysz słowicze;Ty w oczach różne smakiI zapach masz wieloraki —Ogrodzie, chlubo moja! z tak wielaTwych kwiatków użycz mi tyle ziela,Żebym wianeczek uwiłaI miłego nim poczciła.Niweźmie wieńca tego nikt iny,Tylko mój najmilejszy jedyny,

Którego z nami dwie lecieNie dostaje na tym świecie.Ty w martwym odpoczywasz grobie,Ja przecie kwiatki niosę tobie;Przyjmijże wieniec różany,Odemnie mój ukochany!A jako róże są odmienne,Ułomne, słabe, jednodzienne,Jako niehamowna rzekaDo morza cwałem ucieka:Tak prędko wiek nasz krótki upływa,Tak codzień żywota nam ubywa,Że ani godziny wiemy,Kiedy się w proch rozsypiemy.

Patrzaj, jak ogniem niebieskim dotknionePrzemijają się śniegi w rzeki wrone;Kędy po lodzie wóz przejechał brzegi,Naładowane pływają komiegi.Dąbrowa, nocnej napojona rosy,Ogołocone z drzew rozwija włosy,Słowik w selinach, gdy zorza zakwita,Gardłeczkiem ranem młodą wiosnę wita;Już i zezula w głośnym gaju huka,Z radości skóra na drzewach się puka,Same fiołki głowy wynarzająZ ziemi, a na dni piękne poglądają.A któż, podobny do martwych kamieni,Kłopotów w piękną radość nie odmieni,Zwłaszcza w tej chwili, gdy same godzinyNiosą wdzięcznego wesela przyczyny?A tak przybywaj co prędzej mój luby!Bowiem dla ciebie samego me ślubyChowam gotowe; prócz ciebie zasięNie mam wesela w najweselszym czasie.

Sercu smutnemu, które mię ciężko boli,Z płaczem żałośnym zaśpiewam w tej niewoli,W której ja frasobliwaBędę trwać, pókim żywa,Gdyżem na nią nieszczęśliwa ślubowała.Fortuno moja! cożem ci przewiniła,Żeś mi kłopotu wiecznego nabawiła?Niestetyż ten mi dzierży,Który mą duszę mierzy,W którym ja jakoby żywa nie korzystała.

O jako wiele zewsząd kwitnącej młodzi,Patrzając z żalem na mnie, z daleka chodzi;Przecie mnie z tak ich wiela,Nie dano przyjaciela,Dlatego też jestem u nich w pogardzeniu.Wierze, że tę bóg przypuścił na mnie plagęZa mą nieszczerość i nieludzką zniewagę,Żem mniejszych pogardzała,Niektórych brakowałaUfność mając w dostatku i w dobrem mieniu.A przeto teraz dostałam przyjaciela,W którym uciechy nie mam, ani wesela,Z którym ja młode lataAch tyram, a u świataPotem hańbę zjednam sobie, jako wierzę.Szczęśliwe insze, które za oblubieńcówPodobnych sobie obierają młodzieńców,Bo w takim bywa stanieLubieżne pomieszkanie.Kiedy równy swą równią w małżeństwo bierze.

Powiedz serce me! wszakżeś nie nieme,W którem kochasz najbardziej doczesnem stworzeniu:Czy w pysznych strojach, czyli w pokojachPańskich, czyli w bankietach i dobrem mieniu?Bowiem żadnego serca takiegoNiemasz w świecie, któreby żyło bez lubości.Każdy na pieczy ma pewne rzeczy,Do których osobliwiej skłania swe miłości:Inszym klejnoty i kruszec złoty,Także perły łakomym ogniem chęci grzeją,Drudzy w bławatach i szumnych szatachWszystkę swą pokładają ufność z nadzieją,Ale mnie żądze nie na pieniądze.Ani też na bogate zapalają zbiory,Kanaki owe dyamentoweNie zwabią mię, ni miękko zrobione bisiory —Zgoła nikt iny, tylko ty jedynyPrzyjaciel w wielkiem u mnieś jest upodobaniu;Nad skarby mnogie, kamienie drogie,Tysiąckroć więcej w jego korzystam kochaniu.Temu ja cało i mnie i ciałoChętnie do dobrowolnej podaję niewoli,On też w tej mierze, jako ja wierzę,I żyć i umrzeć ze mną ochotnie pozwoli.

Wszystkie pieśni, wszystkie chóry,Urodę Liliodory,

Wybornemi nader głosyWysławiajcie pod niebiosy,Której gładkości porównać nie możeJutrzenka, chociaż z ust ogniste różeRzuca po niebie, chociaż na swą kosęCodzień wylewa kryształową rosę.Same trzy siostry CharityWieniec z barwinku uwity,Wziąwszy się społem za dłonie,Kładą na jej krasne skronie.Przed nią Jukunda z trefną Argenidą,Za nią służebne pokojowe idą,W jej dolnym dostać miejsca fraucymerzeLedwie się zdało przechwalnej Wenerze,Do niej Amor skrzydłobiałyZ łuku niewypuszcza strzały,Ale przystąpiwszy z bliskaFijołki pod nogi ciska.Także Pafia nie tyka jej twarzySwoją pochodnią, lecz jeźli się zdarzy,Że ją obaczy, ogniów swych przygasza,A żywych iskier z jej oczu uprasza.Jako z jej lubego czołaRadość wynika wesoła,Jako z warg szkarłatnych rojeUciecha wypuszcza swoje —Trudno wymówić; w jej jednem pojrzeniuWszystka się miłość wydaje w płomieniu,Gdziekolwiek zasię nawróci wejrzenie,Przenika skały, porusza kamienie.I ty Rozymundzie młody!Ogniem przedziwnej urodyTylko pierwszy raz dotkniony,Wszystek gorasz rozpalony;Ale nie zgorzesz, bowiem to ogniskoTylko ochładza, który przy nim bliskoStoi; a kto zań patrzy nań z daleka,Bardziej mu szkodzi, srożej mu dopieka.Któż gładkości nic hołduje?Kogoż ona nie zwojuje?Jej Jupiter władogromy,Jej służył Wulkanus chromy.Nie dla Heleny, lecz dla jej urodyUpadły pyszne iliackie grody,Syn Tarkwiniego koronę utracił,Hetman rutulski gardłem ją opłacił.Jej daje niskie ukłonyMądry syn możnej Latony,Dla niej z pańskich majestatówIdą do podłych warsztatów.

Królowie wielcy, możni bojownicy,Kto się prostakiem, kto się mądrym liczy,Nawet nabożny człowiek, choć się wzbrania,Jeźli nie serce, oczy ku niej skłania.Przetoż wszystkie głośne chóryUrodę LiliodoryI zapały w sercu noweŚpiewajcie Rozymundowe.

Tobie jedyny serca mojego panie!Wszystko oddaję dusze mojej kochanie,Przy tem cokolwiek chęci w sobie czuję,Tobie samemu zupełnie ofiaruje.Wprawdzieć długom się na to rozmyślała,Bym cię pamiętnem znacznem darowała,Ale nie mogłam droższego nad siebieZnaleść klejnotu najmilszy! dla ciebie.Nie dziwujże się, żem tobie bez sromuWszystek wydała dostatek mój z domu;Jeźli popadłam przez to jaką winę,Tyś mi powodem, tyś mi dał przyczynę —Bowiem gdyń na mnie oczy twe obracał,Wstyd mię skrzydłami natychmiast otaczał,Luboń mię witał, luboś mi się kłaniał,Wstyd mię przed tobą panieński zasłaniał.Zawsze też Amor twój odemnie stronił,Póki mię przed nim wstyd wrodzony bronił —Nie długo jednak, jakoń mu doradził,Twój się Kupido z moim wstydem zwadził.Porwie się Amor do zwyczajnej broni,Wstyd się puklerzem rumianym zasłoni;Lecz gdy ten z łuku bez przestanku szyje,A ten z bojaźni za tarczą się kryje:W serce mi z twarzy mój wstyd przelęknionyUciekł, Kupido za nim ząjątrzonyWpadłszy tamże go bezbronnego pożył,Sam w sercu sobie gospodę założył.Od tego czasu zgoła sama swojąNie jestem, ani chcę bydź, tylko twoją,A tak u ciebie abo służebnicą,Abo niechaj już będę niewolnicą.

Ukochane dziatki! te różane kwiatki zrywajcie, nim miną,Jako jednodzienne róże, tak odmienne lata wasze giną.Nadobne dzieweczki! młode fiołeczki szczypcie temi czasy,Bo w jednej godzinie wiele im upłynie, jako i wam, krasy.

Ucieszne Lwowianki! składajcie równianki, z rozmarynu ziela;Rozmaryn opadasam, która odkłada, traci przyjaciela.Weseli młodzieńcy! otaczajcie wieńcy skronie swe pozorne,Póki wam uciechy, zaloty i śmiechy przystają wytworne.Prawda rzeczywista, że naród do lista ludzki jest podobny,Bo jako list snadnie, tak i człowiek padnie, chociażże nadobny.O lubieżna młodzi! colikolwiek rodzi świat gwoli człowieku,Zażywaj roztropnie, a patrzaj na stopnie ostatniego wieku.

Kamieńby był, nie człowiek, twardszy, niż opoka,Któryby z twego oka —Uderzywszy w nie bystrem z nienagła wejrzeniem,Jakoby w stal krzemieniem —Nie mógł ognia wykrzesać i natychmiast ciebieTą podniatą rozpalić, pospołu i siebie.Jam nie kamień, ani też nieużyta skała,Ani dusza bez ciała;Ponieważ przyłożywszy ku twojemu okuTrochę miłego wzroku,Jako świeca całując świecę ogień kradnie,Tak i ja zagorzałam od ciebie szkaradnie.A ty czemu zapałów, któremi mię psujesz,Aby najmniej nie czujesz;Darmo w sobie płomienie zobopolne dusisz,I ty palić się musisz;Abowiem rozżarzony ogień mój bez miaryW serce twoje oziębłe zapuści pożary,Które wzdychania moje tak bardzo rozdmuchną,Że oba ognie jednym płomieniem wybuchną.

Już to dziesiąta wiosna kwiatki rodzi,Jako krwią greckiej i trojańskiej młodziDla Heleninej niezwykłej urodyOblewają się iliackie grody;Już poległ Hektor rycerz znakomity,Także Patroklus już dawno zabity,Leży Achilles mąż nie przepłacony,I wiele inszych z tej i z owej strony.O nierozumnych ludzi wściekłe gminy!Długoż będziecie ginąć krom swej winy?Jeźliście baczni, do Heleny spieszcieOnę na szablach i grotach roznieście —Ona to winna, onać to zgrzeszyła,Kiedy małżeńskiej wiary odstąpiła,A ulubiła bardziej królewiczaMłodego, pięknej twarzy Pryamicza.

Winien i Parys, że po cudzą żonęPospieszył bystrem morzem i zwiódł onęCzęścią ubiorem sarmackim i skokiem,Częścią namową i zalotnem okiem;Winna i Wenus, że za owoc złotyDarowała mu nie swoje pieszczoty;Winien świat wszystek, że się jedną szczyciłHeleną, której każdy sobie życzył.Że tedy wszystkim, co pięknego, miło,Dajżeby Helen więcej się rodziło;Bowiem ustaną prędko krwawe boje,Gdy każdy będzie miał Helenę swoję.Teraz że Troja sławna poszła w ramy,Że jej świat wszystek śpiewa smutne dumy:Na porfirowym pod Idą filarzeNiech kto wyryje tych wierszów dwie parze:Nie ogień, ani Danajskic pożaryZniszczyły Troję i Ilion stary;Ale Helena przyjemnością swojąWszystkie Trojany spaliła i z Troją.

Ogień ten na twarzy ślicznej zapalony,Z miasta baltyckiego w baje zaniesiouyRuskie bystrem wejźreniem,Bardziej, niźli płomieniemSerca człowiecze okrutnie piecze.Nie zacniejszy w carskich sarajach się błyska,Gdy z oczu sułtanek gładkich iskry ciskaNa chciwe Turkomany,Których chuć na przemianyW wielkiej bojaźni miłością drażni.Mniejszą Parys wydarł Szpartańczykom głownię,Mniejszą w Rzym przyniosły Sabinki nierównię,Ledwie taką świat srodzeGorzał, gdy Faeton wodzeWoźnikom sprzecznym puścił słonecznym.Godzieneś ty ogniu! nie podłe warsztaty,Ale najjaśniejsze palić majestaty,Godzieneś przednie trony,Berła, jabłka, koronySwoim zapałem topić zahałem.Lecz, że pominąwszy królewskie pokoje,Bijesz twym promieniem w niskie me podwojeSprawą mię przemienisz tąW salamandrę ognistą,Że w ogniu właśnie żyć będę strasznie.Raczej tedy ogniu! te północne stronyOświecaj i zimne zagrzewaj Tryony,

Bo tobie samo zgoła,Serce me nie wydoła;Dla ciebie całyTen świat jest mały.

Już Tytan konie w oceanie poi,Już mu pochodnia dzienna z rąk wypadła,Już późna zorza nad Celtami stoi,A twarz rumiana troszeczkę jej zbladła,Już parę, którą imie tylko dwoi,Zjednoczy węzeł małżeńskiego stadła —Niechajże u tak lubego podwojaCichuchno śpiewa Kalliope moja:Ucieszne dusze, zacni oblubieńcy!Ktoż tak kosztownie usłał wam łożnicę?Z wierzchu wonncmi ozdobiona wieńcy,Kunsztów malarskich wydaje tablicy,Wewnątrz z świecami białemi młodzieńcyProwadzą do niej z muzyką dziewicę,Zewsząd ozdoby przednie ją okryły,Zewsząd kwiateczki białe ją upstrzyły.Jednak te róże po ziemi rozlaneNie są w ogrodzie uszczknione Diany,I te szpalery złotem przetykaneNie są robotą królowej z Ankony,Także jarzącym woskiem knoty zlaneNie topi ogień z Pafu przyniesiony —Ale ozdoba wszystka tej łożniceJest pańskiem dziełem, niebieskiej prawice.Oto idalska bogini ją mija,Miasto niej miłość z empiru przychodzi,Przed nią Cypryjczyk chybkie skrzydła zwijaI łuk serdeczny na stronę odwodzi,Do niej z Fortuną młodziuchną GracyaTysiąc rozkoszy za rękę przywodzi,A gwiazdy świetne rozpaliwszy lice,Płomień na ślubne z oczu miecą świece.Ponieważ tedy nieba wam przychylneDo tego stanu, który bóg ustawił,Te miejcie wróżki odemnie nie mylne,Że was do końca będzie błogosławił;On sam nad wami oko mając pilnePomnoży łask swych, których was nabawił;Bowiem tym stanem bóg się opiekuje,Który do jego woli się się stosuje.Jako dwie palmie w idumskim ogrodzieKiedy si wzrostem jednostajnym zgodzą,Głową tykają nieba, a na spodzie

W bystrym strumieniu jordanowym brodzą;Wszystkie zazdroszczą drzewa ich urodzie,A one owoc corok smaczny rodzą:Tak też dwie dusze wasze w jednem cieleWydadzą kwiatów i owoców wiele.

Mądrość jest nad mądrościami,Widzieć śmiertelną za namiPogonię, która wyrokiMiece na świat bez odwłoki.Jako z pędem na dół waliWiatr skał, którą obali.Tak się nasze przerywająLata, kiedy koniec mają.Jako z cięciwy wypadaStrzała, a wicher nią włada,Tak nas, tak nasze nadziejeŚmierć wespół z prochem rozwieje.A kto się rozbraci z światem,Wszystkie jego sprawy zatemW niepamięci ponurzoneLudziom nie będą wspomnioneWłaśnie, jako kiedy morzeOkręt wielkim gwałtem porze;Skoro ujedzie, by znakuNieznać jego najmniej ślaku.Marność jest nad marnościamiŚwiat ten z swojemi pompami,A przecie ludzi tak wieleKaże nań bardzie i śmiele.