Nauczycielka (Miciński, 1896)
„Trochę w tem wina jest mojej młodości,Trochę tych grobów, co się w kraju mnożą,Trochę tej wiecznej w życiu samotności...“
i sądzę najpiękniejszą z krajówJednę maleńką wieś, pełną ruczajów —Pełną łąk jasnych, gdzie kwitnie wilgotnaKonwalia — pełną sosen, kalin, jodeł;Gdzie róża polna błyszczy się samotna,Gdzie brzoza jasnych jest kochanką źródeł —A zaś przyczyna temu jest istotna,Że na tych bagnach, gdzie potrzeba szczudeł,Jam wtenczas bujał na młodości piórach,Jasny i chmurny — jako księżyc w chmurach.
A jednak i to minęło! — OjczyznaMinęła także!...
A więc niech wszystko mija! Wstańcie burze!I zwiejcie mój ślad z tej smętnej pustyni!I moje myśli, jak łez pełne kruże,Przechylcie — niech je próżnemi uczyniCzas...
Milcz serce! Albo się strzaskaj, echoweNarzędzie pieśni, bólu, wiecznie drżąceI obłąkane, niezaspokojone —Uderzam ciebie w złości. — Milcz szalone!
Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił,Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił.One teraz, z pomroku odkryte w połowie,Drzemały obok siebie, jako małżonkowieSzczęśliwi: niebo w czyste objęło ramionaZiemi pierś, co księżycem świeci posrebrzona...
Ziemia od razu pod nimi zielenią pokryła się świeżą,Hiacyntami zakwitła, szafranem i koniczynami,Bujne i miękkie się łoże usłało z trawy i kwiatków.Na niem legli oboje świetlistym okryci obłokiem,Złotopromiennym; a rosy kropelki rzęsisto padały....
Idę na cmentarz, gdzie krzyże czernieją,Tam wśród grobowców i umarłych gronaMoże się moja dusza załzawionaPrzejmie niebytu i ciszy nadzieją,Może zmęczoną wśród życia zmiennościUśpi tam powiew ją — nieskończoności.Napróżno — jakiś niepokój mną targa —Jakgdybym czuła Samumu zbliżenie,Gdy śmierć wygląda słodko, jak zbawienie;Niepokój gorszy, niż bolesna skarga!W bólu jest życie — cierpienie się zdwaja,Bolące serce ma — jak harfa — struny,Na których wichry grają i pioruny,Tworząc pieśń ducha, co silnych upaja.Lecz serce moje — to jak cicha urna,W której jedynie popioły szeleszczą,Ale nie zagra w niem melodya górna,Ani nie zadrży tragedyą złowieszczą...Nic nie przeklina, lecz i nic nie kocha;Niczego nie chce — obce mu nadzieje...Oh, coś tam strasznie, beznadziejnie szlocha —Cicho, to dusza moja tak się śmieje.
Jeruzalem! Jeruzalem! biedna ziemio ty!Gdy twej męce nie poświęcę każdej mojej łzy,Jeśli ciebie nie ogarnę mym synowskim żalem,To mnie przeklnij i zapomnij, matko Jeruzalem!
Wysoko, dalekoListek na jaworze,Kto się w kim zakochaDopomóż mu, Boże!