W mrokach złotego pałacu, czyli Bazylissa Teofanu — całość
Hrymr ekr austanhefisk lind fyrirsmysk iörmumgandri iötunmodiormr kmyr unir.
Hrym jedzie od wschodu —podnosi tarcz —Jörmumgandr walczy wśród tytanówrobak uderza falę...
ho synchoreutes uranu ton angelonkaj geten adej tas ekej melodias —
Sadzawkę życia rzuciłem —w ocean śmierci wszedłem —sądu się lękam i trwożę —przed straszną Inkwizycyą drżę.
Ognia męczarnie —noc i Tartatos zimny —dusze i ciało zbrukane mam.
O Maryjo, Maryjo!witaj góra świętapo której chodzi Bóg!krzaku uduchowniony,niegorejący!witaj, jedyny do Bogaze świata moście,wiodący śmiertelnychdo życia wiecznego.O Nimfo święta,okręcie światłości,wędrowca mroków oswobodź mnie!Niosłaś, o nienaganna,w Twym sercu ognistymszeroki wielki mieczprzepowiedziany ci przez Symeona,a teraz stoisz pod krzyżem —niewolnica i MatkaTwojej otchłani pełnej gwiazd!
Wszedłem w głębiny!Z Adama ślepegonaradzam się jużcały człowiek!Smutków nienawidzęi tchórzostwa śmierci —one gnająku bagniskom piekieł,jak to z Judaszem byłopo rozpacznym zimnym pocałunku.(mnich stara mu się wyrwać harfę)Tak mnie na świecie głosząc,objawcie — czem jestem!
nienawidząc jużparabol i enigmatów,
mówcie, że Bóg rządzę wszystkiem!Sposobem niewypowiedzianymprzyjąłem kształt niewolnika —
Duszo moja nieszczęśliwa,do wybranej nędzy niewolnikaz wniebowziętym sercem dąż!
„z Adama ślepego„naradzam się już„cały człowiek!
Gabat ua săufu buhdi ak dămihasăhaba amal kalbi fil lajali — —
W lochach zgonu,u stóp tronuSzatana —lecą liście!...dusza iściezwalana.
W lochach zgonunakształt dzwonupustego —w piersiach bije,wrzeszczy, wyje —bez tego!
Hospodynie pomiłuj!Hospodynie pomiłuj!Hospodynie pomiłuj!(mówi do B. Teofanu)
Niech spocznie od ciężkościswej pracy i miłości —dla niebiańskiego zjednaniaginęła —już wpłynęław ciszę winobrania.
W posępnej grobu celinad trumną migocą anielii odpędzają złe cienie.Kres rozpaczy!zobaczywśród błyskawicy — zbawienie!
Patrzcie, kto ten rycerz złowrogi —umarły — któremu oczy świecą?wichry z podziemia tu lecą —Jezusowe idą wrogi!
W grzechu z Tobą połączonaukochałam to, co kona —Kochanku mojego łona!wolałam Twą nałożnicąbyć — niźli w niebie Anhelicą!miłość mi urzekładuszę, co idzie do piekła.Przy tym promiennym zewłokuidę wdowa wśród mroku.Z Tobą byłam szalejąca,z Tobą w grobie będę śpiąca,nie wrócę do Syjonu!Zdejm krzyż ze mnie —podziemnieidźmy do Wielkiego Tronu!Meteor w otchłań leci —mój kochanku, Paraklecie!...brzmią radośniekantyleny —to są moje łzy i treny!w piekielnej zakwitają wiośnie!
Na wieki idą w ciemnościwyklętej przez Boga miłości:
dla podziemnego zjednaniaginęli —wpłynęlina morze wygnania.
Wyjdźmy, o córy Syjonu —nie płaczmy więcej Mocarza!Salomon nie był tak w chwale —jak wśród mogił wirydarza,błyszczącym świeci krwawieniemTen — ukoronowany cieniem!Mocarz, zwycięstwo dający,choć nie w zwyciężcy rydwanie,perłami krwawemi lśni...W męczarń Oceaniegasimy czarne pochodnie —nasze miłoście i zbrodnie.Dłuto rzeźbiarskie ma w ręce,by światów zatwierdził nim prawo —nie zimny topór liktora,lecz rokicinę łzawą!gdyż, ach — od rózgi z żelazapowiększa tylko się skaza!Szata nieuroczysta,którą włożyli mu gbury:zgrzebło niewolnika,niema tu z morza purpury!On rzekł: Jestem robak ziemny!w głębinie zabarwił się ciemnej!Dawnego Fatum niewolnicy
mamy teraz Boga bratem!Za przykładem Wieczystegonie gardź tajnym Majestatem,nie marznij, serce, uporem,gdy w cierniach jest On — Dyktatorem!
Jak dym od wichru znikamy,wypędzani wszyscy! nie wiemydokąd?! wśród mrocznej bramypod niskim sklepieniem — idziemy.Palącym wichrem jest nam strach,na oczach ciemna zasłona —potniejem w zimnym pustkowiu,wleczeni przez Charona.W mieszkaniu tym podziemnemropuchy, żmije i widma tułacze:tych biesiadników ma nasz dwór —nasz koń jest czarny — i kracze!Nad nami wyszepcą najbliżsizapomnień wiecznych pacierze,miłość rozwikła swe sieci,wróg nam dobytek zabierze!...
O, najświętszy Panie,ból ciemności rwie!mój najdroższy Jezu,już oswobodź mnie!W tym twardym łańcuchułamię się na duchu,już biorą mnie.Wzdychając, szlochając,doziem się zginając —cóż kocham?wciąż szlocham —nie wyzwolisz mnie!
Dlaczego walczy świato marną sławę?wszak horyzontychmurne i mgławe!Tak się rozwiewanasza potęga,jakby rzucone na skałęgliniane posągi!Kto życia nędzy ubranejw jaskrawe maskiufa — niech pisze w piekletysiąc i jedną skazki!Fałszem miłości bezsenne,majestat króla w potędze,złudne są mędrców sentencje,przy lampie wyczytane w księdze!
Mówcie, gdzie jest Salomon,Mag nad Abrakadabrą wiedzy?gdzie Herkules i Jazonpółbogi greckiego narodu?gdzie piękny Alcybiades,który miał tyle kochanek?gdzie goście ze Sympozjonu?wszak wnet zaświta już ranek...Gdzie łuk tryumfu Cezara,może wy, Furje, wiécie?gdzie Rzym, którego sława,jak piorun zgasła w zenicie...Xerxes, król nad królami,który łańcuchem bił morze —Arystoteles mędrzec,który zbudował tron wiedzy —o, pożywienie robactwa,tacy książęta!o łzy na Górach Świata —wiekowe pęta!Poznając wiekuistność,zasłony ciemne rwąc —szczęśliw, kto Mędrcem wyrastanad życia mroczną otchłanią!
Witaj królowo głębin,Matko bez miłosierdzia,
żywocie goryczy,rozpaczy nasza — witaj!Do Ciebie wzywamy wygnańce, synowie Hewy!Do Ciebie wzdychamy, umęczeni wśród mrokutej niezbadanej, pełnej hańbiących łez, doliny zgonu!Orędowniczko zbłąkanych na ziemi —niemiłosierne oczy na nas zwróći zatratę, błogosławiony owoc z drzewa Twojego żywota,ukaż nam — za kresem naszego wygnania.O Najmędrsza, wiekuistnie żywa,Gehenno zła, nielitościwa!
Kto tam kołacew ciemnym kurytarzu?
witaj —dobry mój Cesarzu!
z olbrzymią płyną pieśnią,bo cóż jest nad bagnem życia,jak nie wzniesienie rąk?Olbrzymie nucą chóry,płanetne ognia kręgi,dokoła mnie.Przeklęty marny wieszcz!przeklęty jest marny myśliciel!przeklęty marny ksiądz,przeklęty marny bohater,nadewszystko:przeklęty jest marny miłośnik.Tylko ponadwaga —olbrzymiość uczucia,pragnień — myśli —i zdobytej, już na wirchach, potęgi —wytwarza Życie
promieńmi błogosławiące!Tylko Prometeiczna mocrozjarza w tej jaskini losu człowieczego — ogień.Oh, z mej ręki spełznął padalec —czarny, demoniakalny —opętujący brudem złośliwej miłostki,jakoby krostą: zaraźliwsząnad lues, i gorszą nad trąd miłością — do błazna!Teraz jestem znowu wolna Walkirja,jak niegdyś —gdy z ciemności niebyturaz pierwszy ujrzałam się: Jaźń —i zaślubiłam się z Wolą — na wieki.Teraz ogarniam znów wszechświat —nieskrępowana łańcuchem stadnego instynktu!Lecz dookolny lud — nie jest moim ludem:tu złowrogie katakumby,gdzie stał się Chrystus oprawcąi jak wzbogacony plebejusz, lśni złotem,które wydarł nędzy!tu uczty Trimalchiona-Bogawśród sprośnej orgii Jego niewolników;tu wielkie monstrualne kłamstwa,rozpięte nad otchłanią zmroczeń! —tu człowiek grzechu stał się człowiekowi — Djabłem!I cóż zostałonad tym złośliwym grzęzawiskiem,jak nie wzniesienie rąk?Niech będą pochwalone nocne godziny,kiedy Człowiek jest samw otchłani strachu i męczarni,
kiedy poznaje piekło swego istnienia,i jak Demon — zamyśla sięnad światem, w którym musi zginąć!Tak — widzę — że niemam sobowtórów:zmierzchli już bogowie Olimpu,i umarł — naprawdę umarł — Nazarejczyk!Lecz, za lodowym Oceanem,gdzie na wyspie buchają kraterywre Niflhajmr — wir tytanicznych żywiołówtam Baldur jest w największej czci:genezyjski to promień mądry, przenikliwy,w jasnowidzeniu twórczy — jakby moja JaźńBłogosławione te Niflhajmru głębie,w których się męczy Baldur!i kiedy już ma wyprzeć się samego siebie,kiedy najczystsze kryształy gwiazdrozbił o mury piekielnej katowni —w mroku poznaje, że świeci,że promienieje od wewnątrznajświętszym Gralem swej Jaźni.Takie królewskie gody ma zarówno więzień,jak trzykroć co dnia w rzece Hiamawatumyjący się Purohita —tę chwilę, kiedy zbudzony ze snuwidzi się w otchłani —i otchłań śpiewa hymn — Niewiadomemuw Nim —teraz we Mnie! —Tak, z mojej duszy spełznął już padalecczarny, ohydny, demoniakalny,opętujący brudem złej namiętności
jakoby krostą zaraźliwą —gdyż nad lues i nad trąd gorszą jest miłość —do Marnego Człeka!
Zobaczyłam mego ojca we śnie —siwiuteńki, ze smutkiem na twarzy —i spogląda gdzieś w dale bezkreśnie,mając serce, co nigdy nie skarży.Czarne smutki odkryły się we mniemego serca, co nigdy nie wskrześnie —życia mego zwiędło pół, daremnie —(Księżyc wschodzi ponad wody leśne...)a pół życia mego leci z burzą,jak olbrzymie nad chmurami pieśnie!
Widzę w chatce, co ma nóżkę kurzą:mego ojca! błogosławi we śnie.
Oh, mnie przepych nie porywa —wolę nasz biały pierwiosnek,który, gdy narzeczona nieżywa, —tu mi brak rymu!
Dla Ciebie, moja Włado,Władczyni, Władzico, Właduchno —cierpiałem tak, że aż puchnąme włosy, różaną zwilżone pomadą!Dla Ciebie, o Ty bez ciała,bez jednej maleńkiej kosteczki,przeżyłem sześć godzin, jak skała,w więzieniu — bez Twej, Arjadno — niteczki!Lecz ty — okrutna kochanko,nie przyszłaś do mnie z bukietem,nie zapłakałaś dżetemswych czarnych łez — o bizantyjska Cyganko!
Pani Pana zabiła:radosną słyszę wieść —tyłeś się natęskniła,możem już na tron sieść!Z moim rodowym klejnotemnie lękaj się żadnych plam —mój hełm jest z końcem złotym,drżą chamy u mych bram!...Wprawdzieś Pana zabiła,lecz ty z miłości wrzesz —słodycz mię zemroczyła...Będziesz moją? śpiesz.