Moallaka Tarafy — IV
Traducido del árabe por Antoni Lange
Żyłem w ciągłem weselu. Wino-m pił bez troski.Marnowałem dobytek własny i ojcowski,Aż w końcu ród mój wyklnie mię i wydziedziczy,Żem został, jak wygnany wielbłąd suchotniczy.Ale nie porzucili mię przeto nędzarzeAni wielkich namiotów zacni gospodarze.Ty, coś mnie klął, że, pragnąc wyżyć swoją dzielność —Walczę i spijam rozkosz — czy ty nieśmiertelnośćMożesz mi dać? Tyś śmierci usunąć niezdolny.Pozwól więc — niech swe mienie stracić będę wolny.Gdyby nie radowały mię te trzy przedmioty,Co są treścią młodzieńczych marzeń i ochoty:Klnę się, nigdy w mej myśl żal się nie obudzi,Że przyjdą nad mym grobem płakać tłumy ludzi.A właśnie chcę uprzedzić krewnych moich skargi,W czerwonem zatem winie kąpię swoje wargi,A gdy pomocy wzywa kto — miecz mój nie pyta —Szybko tętnią rumaka mojego kopyta!Lubię zaś w dni wiosenne siedzieć pod namiotemPięknych kobiet, co suknie mają srebrem - złotemOzdobne, a na rękach i nogach manele.Takie są me igrzyska, drodzy przyjaciele.Człowiek szczodry za życia winem serce krzepi:Gdy umrzem — poznasz — życie kto rozumiał lepiej.Patrz: tu spoczywa skąpiec; jego kres żałobnyMogile marnotrawcy czyliż niepodobny?