Topola (Szewczenko, 1936)
Po dąbrowie wicher wyjeI pędzi przez pole,Aż do samej ziemi schylaPrzydrożną topolę.
Pień wysoki, liść szeroki 5Darmo zielenieje,Wokół pole jak bezbrzeżneMorze błękitnieje.Przejdzie czumak, popatrzy się
I głowę pochyli; 10Rankiem czaban z fujareczkąSiądzie na mogile,Rzuci okiem — taka pustka,Że aż serce boli:
Ni krzewiny prócz jedynej, 15Samotnej topoli!
Któż ją sadził, pielęgnował,Taką smukłą, rosłą?Posłuchajcie, opowiem wam
Dolę jej żałosną. 20Pokochała czarnobrewaKozaka dziewczyna,Pokochała — nie wstrzymała:Poszedł i zaginął...
Gdyby wiedzieć, że porzuci, 25Toby nie kochała,
Gdyby wiedzieć, że nie wróci,W światby nie puszczała.Gdyby wiedzieć, to pod wodę
Nie szłaby wśród nocy 30I nie stałaby pod wierzbąZ miłym do północy —Gdyby wiedzieć!...
I to również
Niedobrze dla człeka 35Wiedzieć dzisiaj, co go jutroNa tym świecie czeka.Nie szukajcie, nie pytajcieSwej doli, dziewczęta —
Co wam mówi serce wasze, 40To przecież rzecz święta!Bo niedługo, czarnobrewe,Wasze oczko błyskaI niedługo białe liczko
Rumieńcami tryska — 45Do południa! Brwi spłowiejąI powiędną twarze,Więc kochajcie i miłujcie,Jak wam serce każe.
Zaszczebioce słowik mile 50W gaju na kalinie,Wyśpiewuje kozak młody,Chodząc po dolinie.Wyśpiewuje, póki wyjdzie
Z chaty jego miła, 55A on do niej: „Jak tam matka?Czy może cię biła?”Uścisną się, a słowik imŚpiewa piosnki swoje;
Posłuchają, rozejdą się, 60Szczęśliwi oboje.Nikt nie widział, nikt nie spyta:„Gdzieś była, dziewczyno?”Ona jedna wie, jak prędko
Takie chwile płyną... 65Kochała się, miłowała,Aż serce jej mdlało.Przeczuwało swą niedolę,Przestrzec nie umiało.
Nie przestrzegło — poszedł kozak, 70A dziewczyna biedna,Jak gołąbka bez gołębia,Tęskni sama jedna...Nie szczebioce słowik w nocy
W gaju przy ruczaju 75I nie śpiewa czarnobrewaJak ptaszyna w maju.Już nie śpiewa. Jak sierotaTęskni w dzień i w nocy,
Bez miłego ojciec, matka — 80Niby ludzie obcy;Bez miłego słońce świeci —Niby wróg się śmieje;Bez miłego świat — mogiła,
Że aż serce mdleje. 85
Rok przeminął, minął drugi,Niema kochanego.Dziewczę więdnie, a nikt nawetNie spyta, dlaczego.
„Co ci, serce?” — stara matka 90Córki nie pytała.Lecz za starca bogategoTajemnie swatała.
„Idźże, córko, byś mi starą
Panną nie ostała! 95On bogaty, bez rodziny —Będziesz panowała!”„Ach, poco mi państwo takie!” —Mówiła do mamy,
„Na ręcznikach, com natkała, 100Spuśćcie mię do jamy,Niechaj za mną drużki płaczą,Niech śpiewają księża,Ja takiego, jak ten stary,
Nie chcę widzieć męża!” 105Nie słuchała matka córki,Dalej ją swatała,A dziewczyna, patrząc na to,Więdła i milczała.
Aż do wróżki poszła w nocy: 110Może jej powróży,Bo bez swego kochanegoNie wytrzyma dłużej.„Babciu złota, babciu-serce,
Jak nie chcesz mej zguby, 115To powiedz mi szczerą prawdę:Gdzie teraz mój luby?Czy żyw, czy zdrów, czy mię kocha,Czy zapomniał może?
Powiedzże mi, a polecę 120Do niego za morze!Powiedzże mi, a polecęJak ptaszek skrzydlaty,Bo mnie matka za starego
Potajemnie swata. 125Ja pokochać go nie mogę,Ja serca nie zmuszę —
Utopiłabym się w rzece,Lecz żal gubić duszę.
Kiedy nie żyw mój jedyny, — 130Spraw, abym do domuNie wróciła!... Takiej doliNie życzę nikomu!W domu stary ze swatami —
Matka przyjąć każe”. 135„Dobrze, córko! Spocznij chwilkęI rób, co rozkażę.Sama kiedyś, moja droga,Panną byłam przecie,
Znam to licho i pomagam, 140Pomagam wam, dzieci.Twoją dolę, moja córko,Od dwóch lat już znałamI dla ciebie czarownego
Ziela nazbierałam”. 145
Poszła stara. Jakąś flaszkęZdejmuje z policy:„Masz to dziwo! Weź i biegnijPrędko do krynicy.
Umyjesz twarz, napijesz się 150Jeszcze przed kur pianiem,A zobaczysz, że ci ulżyNa sercu, kochanie.Jak wypijesz, biegnij co tchu;
Choćby cię wołali, 155Nie oglądaj się, aż staniesz,Gdzieście się żegnali.Spoczniesz chwilę, a gdy księżycWśród nieba zaświeci,
Wypij znowu; nie przybędzie — 160To pij po raz trzeci.
Ten pierwszy łyk zeszłorocznąWróci ci urodę,A po drugim — podkóweczką
Tupnie konik młody. 165Kiedy żywy twój jedyny,To zaraz przybędzie,A za trzecim... Moja córko,Nie pytaj, co będzie!...
Lecz pamiętaj: nie żegnaj się, 170Bo czar pójdzie w wodę.Idźże teraz zeszłorocznąOglądać urodę!”
Wzięła ziele. „Bóg wam zapłać” —
I wyszła za progi. 175„Iść, czy nie iść?... Ha, już późno. —Nie zawrócę z drogi!”Poszła: myje się i pijeRaz, drugi i trzeci.
Wszystko znikło, tylko piosnka 180Ponad stepem leci:
„Płyń, ach płyńże, mój łabędziu,Przez morskie lazury!Rośnij, rośnij, topoleńko,
Aż pod czarne chmury! 185Rośnij smukła i wysokaDo samego nieba,Spytaj Boga, jak mi długoJeszcze czekać trzeba.
Rośnij, rośnij, póki spojrzysz 190Hen, za morze sine, —Tam gdzie leży dola moja,A ja tutaj ginę.Tam mój miły, czarnobrewy,
Po polu ugania, 195
A ja płaczę, lata tracę,Więdnę od kochania.Powiedz jemu, moja droga,Że świat się naśmiewa,
Powiedz jemu, że umieram, 200Bo on nie przybywa.Własna matka chce mię żywąZłożyć w ciemnym grobie...A jakże to ona radę
Będzie dawać sobie? 205Kto doglądnie ją na starość,W potrzebie pomoże?Matko moja!... Dolo moja!Boże Ty mój, Boże!
Popatrzże się, topoleńko, 210Przed świtaniem, rano,Jak go niema, zapłacz cicho,By łez nie widziano.Rośnij, rośnij, topoleńko,
Wciąż wgórę, pod chmury, 215Płyń, ach płyń, łabędziu biały.Przez morskie lazury!”
Taką piosnkę czarnobrewaW stepie zanuciła,
Ziele cudu dokonało — 220W drzewo się zmieniła.Nie wróciła już do domu,Stoi sama jedna...
Cienka, giętka i wysoka,
Wysoka — podniebna. 225Po dąbrowie wicher wyje,Mknie, pędzi przez pole,Aż do samej ziemi zginaPrzydrożną topolę.