Pieśń dziewiąta
Traducido por Piotr Kochanowski
Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona
A kiedy brzydka iędza obaczyła,Że on zgiełk srogi beł uspokoionyY że nie mógł być — iakoby życzyła —Przedwieczney Myśli wyrok odmieniony:Leciała ztamtąd, a gdzie przechodziła,Słońce się ćmiło, rodne schły zagony;A ukwapliwa do nowey roboty,Prętkiemi biegła po powietrzu loty.
Od towarzyszów swoich to wiedziała,Że Rynald w woysku nie beł w onem czesie,To o Tankredzie y inszych słyszałaCo namężnieyszych, że gdzieś beli w lesie.„Y długoż — rzecze — będę próżnowała?Niechay Soliman woynę zaraz niesie,Pewnam, że woysko poraziem zmnieyszone.Łostyrkow pełne y źle ziednoczone“.
To rzekszy — poszła, gdzie między błędnemiRotami mieszkał Soliman zuchwały,Po wszystkiey prawie nad którego ziemiSroższego wieki tamteczne nie miałyY ledwie między olbrzymy dawnemiNalazł się który tak wściekły, tak śmiały,W Turczech królował, mieszkać się był złożyłW Niceey, w którey stolicę założył.
Miał po brzeg, który trzymaią Grekowie,Od meandrowey do sangrowey wody,Gdzie przedtem dawni mieszkali Mizowie,Lidowie, pontskie, bytińskie narody;Lecz chrześciańscy iak skoro panowieNa woynę poszli azyiską w zawody,Państwa mu iego y miasta pobraliY bitwę na niem dwa razy wygrali.
Próbował nie raz szczęścia y odmiany,Lecz o tem inszy wyrok beł na niebieY do Egiptu udał się wygnany,Gdzie mu król beł rad y wziął go do siebie.Ważył go równo z przednieyszemi pany,Aby go potem w swey użył potrzebie,Myśląc się nie dać więcey rozpościeraćY chrześciany w Palestynie wspierać.
Lecz pierwey, niż im woyną odpowiedziałY niż się ruszyć miał do Palestyny,Za iego wolą służbę przypowiedziałSoliman zbóycom arabskiey krainy.A w tem kiedy król w swem Egipcie siedziałY lud azyiski y zbierał Murzyny —Soliman łatwie uiął chciwe żądzeŁakomych zbóyców, za iego pieniądze.
Tak będąc wodzem u nich, tyran srogiPo ziemi iudzskiey wielkie czynił szkodyY wszystkie w koło opanował drogi,Które z obozu szły do morskiey wody.A maiąc w sercu boyce y ostrogio pomsty: pamięć swoiey świeżey szkody —Więtsze iuż rzeczy myśli na czas przyszły,Ale ieszcze ma wątpliwe zamysły.
A w tem Alekto przedeń się stawiłaW zawoiu, w męża starego osobie,Twarz chudą y skroń zmarskami okryła,Do kostek miała delią na sobie.Wąsa nic, tylko brodę ogoliła,Z wypustów ręce ukazała obie;U boku saydak z krzywą szablą miała,A w prawey ręce łuk cięgły trzymała.
„My — prawi — tylko przebiegać będziemyTe suche piaski y pola niepłodne,Gdzie sławy żadney dostać nie możemy,Ani zdobyczy, coby chwały godne.A Goffred miasto tłucze — iako wiemy —Dziurę iuż wybił, czasy ma pogodne;Wrychle o szturmie mieć będziem nowinyY ztąd uyrzemy ognie y perzyny.
Takli zwycięstwa są Solimanowe:Wsi popalone, zaięte barany?Wspomni na swoie dawne krzywdy owe,Wspomni na państwo, z któregoś wygnany.Odważ się, a zbiy woysko Goffredowe,Uderz na obóz w nocy niespodziany,Wierz Araspowi, któregoś spróbowałY w tem wygnaniu y kiedyś królował.
On teraz o tem nie nie myśli, abyLudzie tak nadzy y tak boiaźliwiMieli się o to kusić; zna Araby,Że tylko na łup y na zdobycz chciwi.Teraz masz nań czas, obóz bardzo słabyY twoi póydą z tobą nie leniwi“.To mówiąc iad mu w zanadrze miotała,Potem się sama między wiatr wmieszała.
Woła Soliman, pochutnywa sobie,„Ty, co mi grzeiesz oziębione żyły,Nie człowiekiemeś, ale cię w osobieCzłowieczey widząc, oczy pobłądziły.Prowadź, gdzie raczysz — ia idę przy tobieY na krew wszystkę ofiaruię siły;Ty mi bądź tylko życzliwa, a oczyY szablę moię sprawuy w ciemney nocy!“
To rzekszy, wszystkie roty w kupę zwodziY pięknemi w nich serca budzi słowy;Ochoty pełen kwiat arabskiey młodzi,Grzeie się z głosu swoiey starszey głowy.Alekto naprzód przed woyskami chodzi,Sama proporzec wielki niesie nowy,A woysko idzie tak spiesznie, że wieściY wszystkie ludzkie uprzedza powieści.
Potem precz bieży y twarz swoię kryieW owego postać, co niesie nowinęY w Ieruzalem wchodzi, kiedy biiePo zeszciu słońca ostatnią godzinę.Idzie, a wszyscy wyciągaią szyie,Ona królowi nocnego przyczynęNaścia na obóz, więc y czas powiada,Znaki y hasła arabskie wykłada.
Iuż noc czarnawe rozwiiała włosy,Czerwieniało się niebo niełaskawe,A ziemia smętna, miasto chłodney rosy,Puszczała pary straszliwe y krwawe;Z szumem y z wichrem poszły na niebiosyPodziemne dziwy y larwy plugawe,Wypuścił Pluton wszystkie ćmy y małoDuchów piekielnych w Abissach zostało.
Przez tak straszną noc, srogiey pełną grozy,Arabowie swe woysko prowadzili,A gdy w pół biegu noc swe lotne wozyTam postawiła, skąd się nadół chyli —Pod chrześciańskie podeszli obozy,Mniey ieszcze ponno, niźli w ćwierci mili,Gdzie pokarmiwszy, zwycięstwa bespieczny,Tak do nich mówił Soliman waleczny:
„Widzicie woysko zbóyców niecnotliwe,Które złodzieyskie tak wiele państw zdarłoY iako morze łakome y chciwe.Wszystkie Azyey bogactwa pożarło;A teraz oto szczęście wam życzliweNa rzeź ie wszystko w ten obóz zawarło;W złoto ubrane y zbroye y konieWam będą na łup, nie im ku obronie.
Więc nie ci to są, którzy zwyciężyliPersy y Turki, co byli tak mężni,Po różnych woynach; dawno tych stracili,Sami zostawszy słabi, niedołężni.Ale, choćby też spełna wszyscy byliTak śpią — iako drwa — nadzy, niepotężni,Łatwie bezzbroyne y pobić ospałe,Od snu do śmierci przeszcie barzo małe.
Puśćcie to na mię, moie to staranie.Że przez przekopy wszyscy przeydziem snadnie,A wy przy wodzu i swoiem hetmanieBiycie psi naród, co te kraie kradnie!Dzisia Azya swobody dostanie.Dziś Chrystusowe królestwo upadnie!“Tak ich zagrzewał, tak im tyran tuszył,Potem się daley z woyskiem cicho ruszył
A w tem się w cieniu ludzie ukazali,Ci, którzy byli wyszli na posłuchy,Zkąd łatwie poznał, że nie wszyscy spaliTak, iako o tem miał swoie otuchy.Oni wołaiąc, wzad ustępowali,Wołaniem wielkiem budząc obóz głuchy,Tak, że pierwsza straż rozruch usłyszałaY do sprawy się y do broni miała.
Wraz Arabowie we wszystkie muzykiUderzą: trąby, surmy głośnie graią,Ogromne końskie y człowiecze krzyki,Idą pod niebo y wiatry mieszaią.Ryczą przepaści y góry, lecz rykiStraszliwsze dobrze — piekła wypuszczaią;A z Flegetontu pochodnią trzymałaAlekto, którą znak miastu dawała.
Soliman pędem na straży przypadnie,Ieszcze do końca nie dobrze sprawione:Nigdy tak rączo wicher nie wypadnieZ ziemie — y wiatry nie tak są szalone;Grom, kiedy z ogniem y z piorunem spadnie;Rzeka, co niesie domy wywalone —Na iego wściekłość y na serce śmiałe,Tylko iest iakieś podobieństwo małe.
Nigdy się darmo mieczem nie zamierzy,Ledwie go spuści, wielkie widać rany,A kogo zaymie y kogo uderzy —Leci od dusze zaraz odbieżany;A sam nie czuie, choć weń każdy mierzy,Każdy nań siecze, choć hełm porąbanyBrzmi tak, iako dzwon, choć skry wylatuiąOd częstych razów, które mu doymuią.
A kiedy wszyscy przed niem uciekaliY pierwsze roty rozgromione gonił —Arabowie też w obozy wpadaliY przez przykopy przeszcia nikt nie bronił.Iuż się zwyciężcy z temi pomieszaliCo uciekali; iuż się każdy chronił;Inż nieprzyiaciel wpadał y w namiotyY krwią płócienne pofarbowal ploty.
Soliman niesie skrzydlatego smokuZ ogromną szyią — na hełmie stalonem —Który się wspina wzgórę, a po bokuBiie z obu stron dwoistem ogonem,Pianę ma w gębie, a iad brzydki w oku,Świszczy ięzykiem wielkiem roztroionem,A z panem równo okrutnie się burzyY dymem z gęby y płomieniem kurzy.
Tak się straszliwy zdał między woyskamiNa Solimanie wielki smok ognisty,Iako więc w ciemną noc z błyskawicamiZda się żeglarzom ocean pienisty.Iedni się biią, a drudzy kupamiWciąż uciekaią, a mrok nieprzeyrzystyY noc w rozruchu wszystko pomieszałaY kryiąc trwogę — trwogi przyczyniała.
W tem z iedney roty, która nastąpiła,Skoczył Włoch ieden przy Tybrze zrodzony,Którego siły ani okróciłaPraca, ani wiek laty nachylony.Piąci miał synów, któremi — gdzie byłaNaysroższa bitwa — chodził otoczony,A z młodu ieszcze wyknęli do zbroie,Wczas się na przyszłe zaprawuiąc boie.
Za oycowskiemi y teraz przykłady,Ostrzyli na krew y serca y broni:„Pospieszmy dzieci, tam kędy szkaradyPastwi się tyran y lud płochy goni!Żaden się nie trwóż, żaden nie bądź blady,Że naszych biią, że są we złey toni;Mała to sława — moia droga młodzi —Która bez żadney przewagi przychodzi“.
Tak lwica sroga libiyskiey pustynieyDzieci — u których ieszcze zęby małe,Małe paznokcie — wywodzi z iaskinieyY wprawnie ie w zwierze okazałe.A one matki posłuszne mistrzyniey,W co urodziwszych tylko zęby śmiałe— Biorąc z macierze przykład — utapiaią,A zwierz co mnieyszy mimoimo się puszczaią.
Szedł za młodemi dobry ociec synyY Solimana wszystka sześć opadli,Chcąc go wraz wszyscy wziąć na rohatyny.Które mu w boki z obie stronie kładli;Ale syn starszy uprzedził rodzinyY kiedy bracia z oycem na niem padli,On rzucił oszczep y z tasakiem spodniem,Skoczywszy podeń, chciał konia skłóć pod niem.
Lecz, iako kamień niepożytey skały— Co do pół boków w morzu wielkiem stoi,Odpiera deszcze, wiatry, gromy, wałyY Iowiszowych gniewów się nie boi:Tak na oszczepy, na miecze niedbały.Bespieczny stoi poganin w swey zbroiY temu, co chciał dosiąc sztychem brzuchaIego koniowi — przeciął łep do ucha.
Aramant widząc, że brat iego miłyIuż beł na ziemi tak srodze raniony,Chciał go wznieść, ale próżne prace były,Bo y sam na niem poległ obalony:Podciął mu wszystkie u ramienia żyłyY tak upadał koniem potrącony;Ieden na drugiem obadwa konaią,Oba krew y dech ostatni mięszaią.
Przeciął we środku oszczep u Sabina,Którem go sięgał z daleka po oku,Lecz y ten ranę wziął od poganina,Cięty w słabiznę u lewego boku.Długo się męczył y nie chciał chudzinaWielkiem oporem do wiecznego mroku;Dusza przez dzięki ciała odbiegałaY przez gwałt prawie świat zostawowała.
Lorenc z Bonfinem, ci beli zostali;Oba bliźnięta, a tak iednakowi,Że się rodzicy sami omylaliY często swemu śmiali się błędowi.Ale się teraz barzo różni stali,Bo łep do czysta uciął Lorencowi —Tobie [o twarda różnico] Bonifinie,Z piersi rościętych krew strumieniem płynie!
Ociec — nie więcey ociec — [o żałości!]Straciwszy wszystkie syny, nieszczęśliwy,Patrzy nu trupy, a żal mu przez kościPrzeymuie serce wielki, przeraźliwy.Żaden tak mocney nie widział starości:Że żywy został — u mnie wielkie dziwy!Y bił się przedsię, ponno z tey przyczyny,Że konaiące nie patrzył na syny.
Więc y życzliwe ciemności tak chciały,Że mu część żalu zakryły onego;Nie chce w niem umysł zwycięstwa wspaniały,Gdzieby nie zgubił sam siebie samego.Żywotem wzgardził, o swą krew niedbały,Nieprzyiaciela krwie pragnie swoiegoY nie rozeznać, co chce y co woli:Umrzeć, czy zabić — tak go serca boli.
Zawoła potem: „Takli to wzgardzonaTa moia ręka y takiey słabości,Że wszystką siłą na cię usadzona,Nie może na mię wzbudzić twey srogości?!“W tem ią wyniesie, ona — wyniesiona,Spadaiąc z góry, przecięła do kościLewego boku — tak, że mu krew z ciałaPolerowaną zbroię popluskała.
Za oną raną, za onem wołaniem,Obróci się nań tyran iadowity:Przeciął mu zbroię, przeciął puklerz na niem,Choć siedmioraką skórą beł okryty;Y w brzuchu mu miecz utopił, że za niemWypadła dusza pospołu z ielity:Mdleye nieborak, a krew na przemianyTo z gęby leie, to z otfartey rany.
Iako na Tatrach dąb nieprzełomiony,Na gniew Iowiszów długi wiek niedbały,Gdy go nąkoniec wściekłe AquilonyWywrócą — wali za sobą las mały:Tak y ten poległ; a z oboiey stronyKupami trupy na koło leżały.Z taką cny rycerz umierał ozdobą,Ciągnąc na on świat tak wielu za sobą.
Kiedy tak serca przykładem y krzykiemDodawał swoiem Sułtan niebłagany —Arabowie też za swem przewodnikiemUciekaiące bili chrześciany.Henryk Angielczyk z Witem BawarczykiemLegli od srogiey Dragutowey rany,Tenże Gilberta y AryodenaY Frąca zabił — wszystkich trzech od Rhena.
Mechinet — Ernesta, Albadzar — OttonaZabił: ten mieczem, ów pierzystą trzciną;Murat na wylot przebił AndraponaPod lewą pachę perską rohatyną.Ale kto może pamiętać imionaTych, co ginęli oną mieszaniną?Goffred w tem bieżał, krzykiem obudzony,Zbieraiąc w kupę swóy lud rosproszony.
Skoro naypierwsze usłyszał rozruchy,Których w obozie co raz przybywało —Tak się domyślał y tey beł otuchy —Że to arabskie łotrostwo być miało.Bo często o niem przychodziły słuchy,Że go po drodze siła rozbiiało;Lecz mniemał, że tak być nie mogli śmieli,Aby uderzyć na obozy mieli.
Bieżąc na on zgiełk, słyszy z drugiey strony,Że w larmę, w larmę biią y wołaią,A krzyk ogromny w górę wyniesionyY gęste głosy — obłoki mieszaią.Z Kloryndą to szedł z miasta wyprawionyArgant; ci także srodze nacieraią.Trochę się tylko Hetman zastanowiY tak mężnemu mowi Guelfonowi:
„Słyszysz ten okrzyk y tę nową trwogę,Która od miasta y gór następuie?Idź przeciwko niem y zaydzi im drogę,Niech nieprzyiaciel wstręt tam iaki czuie;A ia tem czasem lud arabski mogęTrzymać na sobie, że się zahamuie.Ci z tobą póydą, a idź spiesznie z niemi,Ia w inszą stronę, nastąpię z moiemi“.
Iednakie szczęście, iednaki los wiedzieObydwu w on czas, różnemi drogami:Guelf przeciw górom y ku miastu iedzie,Hetman się idzie potkać z Arabami.Ale ten co krok, co dziesięć uiedzie,Ludzi mu zewsząd przybywa kupami,Tak, że iuż możny y dosyć potężnySzedł tam, kędy krew lał Soliman mężny.
Tak gdy z oyczystych gór wody wywodziGłęboka Wisła — nie zakrywa brzegu,Ale im daley swych źrzódeł odchodzi,Tem hardsza bieży z gwałtownego biegu;Wsi, pola, lasy, bystre rwą powodzi,Mosty łamią kry z umarzłego śniegu,A sama morze kilką rogów bodzieY woynę — nie dań — śle baltyckiey wodzie.
Goffred, tam gdzie się nabarziey mieszaią,Bieży y daley uchodzić swem broniY zawraca tych, którzy uciekaią:„Wiedzcie przynamniey kto was — prawi — goni!Ci rany tylko w tył biorą y dayą,A w samey tylko ufaią pogoni,Ale skoro im twarzy ukażecie,Zaraz ucieką y bić ie będziecie“.
Tam się obraca y tam ostrogamiRączego konia w oba boki kole,Kędy Soliman z swemi ArabamiGnał płoche roty przez szerokie pole.Między gęstemi mieczmi y śmierciamiBieży przez mokre y krwią ściekłe role,Rwie mocne hufce, a gdzie wodze skłoni —Z obu stron lecą Arabowie z koni.
Przez kupy trupów czasem przeskakuie,Tak iako piorun ciśniony z obłoka;Soliman — wielki następ na się czuie,Lecz się nie trwoży y nie mruży oka —Y owszem, blisko podeń się szańcuieY miecz wynosi chcąc go ciąć z wysoka;O iako wielcy dway bohaterowie,Zeszli się czynić o krew y o zdrowie!
Stanęła wściekłość przeciwko dzielności,O państwo wielkie bić się w placu małem.Ten poiedynek, okrom wątpliwości,Musiał być wielkiem y srogiem y śmiałem,Lecz, iż go nocne zakryły ciemności —Y ia go piórem minę zapomniałem;Był iednak godzien, aby iasne słońceOdkryło było światu takie gońce.
Iuż wziąwszy serce ludzie Chrystusowi,Nieprzyiaciołom mężnie odpierali,Przy swoiem wodzu y SolimanowiCo natarciwszy w koło dogrzewali.Nie wiecey tamci mogli, niźli owi,Nie więcey tamci, niż ci — przemagali;Iako na wadze strony się równaią:Tak zabiiaią, iako umieraią.
Iako, gdy Auster na powietrznem dworzeZ gniewliwem stoi Aquilonem w zwadzie,Nie złożą sobie, a niebo y morze,Obłok na obłok y wał na wał kładzie —Tak y tam żadna strona w oney porzeNie przemagała w Marsowem zakładzie:Miecze na miecze y konie na konie,Obiedwie równo zastawuią stronie.
Lecz nie mnieysza się bitwa zaczynałaY niemniey krwawa daley, w drugiey stronie:Ćma niezliczona w chmurach się wieszałaDuchów piekielnych, swoiem ku obronie.Ta serc pogaństwu y sił dodawała.Które iuż beło w obozowey bronie;Ale kto ogniem swem Arganta sięga,Choć iego własny dosyć go użega.
On, iako wściekły, srogi y surowy,Na straży poszedł y przez przykop skoczyłY drugiem przezeń przeyazd dał gotowyY gęstemi go trupami natłoczył.Szańce poznosił, powypełniał rowyY krwią swych panów namioty pomoczył;Klorynda z niem wraz, albo trochę za niemSzła, urażona onem uprzedzaniem.
Iuż chrześcianie wszędzie uciekali,Kiedy Gwelf przypadł z posiłki świeżemi,Za iego przyściem twarzy obracali,Y mężnie znowu potkali się z niemi.A kiedy się tak z sobą pomięszali,A krew z obu stron płynęła po ziemi —Stworzyciel świata święte oczy swoieObrócił w on czas na surowe boie.
Płaszczem odziany chwały y wieczności,Maiąc wszystkie swe stworzenia na pieczy,Siedział na tronie swoiey wielmożności,Kędy zmysł nigdy nie doydzie człowieczy.Trzy światła w iedney świeciły światłości,O niepoięte rozumowi rzeczy!Natura, Wróg, Czas beli pod nogamiY wieczne Rucho z inszemi sługami.
Pod Maiestatem bogini siedziała,Która bogactwo y złoto ma w mocyY świecką chwałę; a iako kazałaWieczna Myśl, tak swem kołowrotem toczy.Taka Go chwała y iasność odziała,Że y godnieyszych blaskiem się ćmią oczy;Ćmy nieśmiertelne okryte iasnościąNierównie — równą cieszą się radością.
Muzyka wdzięczna świętych pieśni brzmiała,Którą mistrz y dźwięk niepoięty stroi.Ztamtąd Świętego zawołał Michała,Który stał przed Niem w płomienistey zbroi.„Nie widzisz — prawi — co to podziałałaY co y teraz ćma piekielna broi;Móy lud wybrany trapi y swe siłyWszystkie nań prawie piekła obróciły.
Idźże, a mów iey, że nie iey należyWoyny prowadzić, od tego hetmani,Niechże mi więcey na świecie nie leży,Niech tu nie rządzi, niech tu nie hetmani;Niech nie zaraża powietrza, niech bieżyDo swych Abissów, do swoich otchłaniNa wieczne męki y wieczne karanie —Tak chcę y to iest moie rozkazanie!“
Skłonił się nisko Anyoł y ochotyPełen, tak rączo niósł pióra pierzchliwe,Że myśli ludzkiey niedościgłe lotyZ niem porównane, zwać może leniwe.Wprzód empireyski przeszedł pałac złoty,Tam, kędy dusze mieszkaią szczęśliwe;Więc kryształowe, więc, gdzie iasne koło,Gwiazdami wite, obraca się w koło.
Potem przechodził spherami różnemiWprzód Suturnową, potem Iowiszową,Które Anyeli rękami własnemiSprawuią, choć ie ludzie — błędne zowąZtamtąd się puścił pólmi przestronemi.Gdzie się grom rodzi y śnieg z wodą dżdżową,Gdzie świat sam siebie żywi y pożeraY w swey się zwadzie rodzi y umiera.
Odganiał Anyoł złotemi skrzydłamiPlugawe chmury y czarne ciemności,A noc swóy warkocz pleciony gwiazdamiIuż odkrywała, z anyelskiey światłości.W takiey więc słońce między obłokamiPo niepogodzie wychodzi iasności,Tak piękna gwiazda po długiem ogonieUpada wielkiey macierzy na łonie.
A kiedy przyszedł, gdzie piekielne onyLarwy, z pogaństwem mieszały lud Boży —Na wyciągnionych skrzydłach zawieszony,Taką ie mową y oszczepem trwoży:„To wiecie dobrze, iakie NieskończonyPan gromy ciska, iakie Iego grozy,O! źli, uporni — chocia w męce wieczney,O! hardzi — chocia w nędzy ostateczney.
To wyrok Iego, że krzyż święty stanieW Ierozolimie z Iego możney ręki!Cóż po tych burzach? w kiem macie ufanie,Że mu się chcecie przeciwić przezdzięki?Idźcie — przeklęci — na wieczne karanie.Na wieczny ogień y na wieczne męki;Tam w Acheroncie swych woien pilnuycieY iako chcecie, tam z nich tryumphuycie;
Tam się wy srożcie y tam swoich — wściekli —Sił dokazuycie, pod ognistem sklepem;Tam złe będziecie dusze biczmi siekli;Tam ogień palić w swem więzieniu ślepem!“Mało co dbaiąc, leniwo się wlekli,Aż na nie Anyoł uderzył oszczepem.Dopiero pędem wielkiem uciekałyPiekielne larwy y świat opuszczały.
Y do Abissów prosto polecieliNieprzyiaciele wieczni ludzkiey duszy;W takiey gromadzie nigdy nie lecieli.Ptacy za morze, iako te pokusy;Nigdyście liścia tyle nie widzieli,Kiedy ie iesień y pierwszy mróz ruszy.A skoro poszły one szpetne larwy.Świat się wyiaśnił y beł piękney barwy.
Ale nie przeto Cyrkaszczyk słabieie.Albo mnieyszego serca być poczyna,Choć go pochodnią Alekto nie grzeie.Choć go piekielnem biczem nie zacina.W naygęstsze hufce wpada y krew leie,Kto się nawinie — siecze, wali, ścina;Chude pachołki z bogatemi panyPorównywaiąc — tyran niebłagany.
Lecz y Klorynda w ten czas ArgantowiMęstwem y sercem na przód nic nie dała:Trafiła mieczem BerlingierowiWłaśnie w puł serca, gdzie dusza mieszkała;A tak go pchnęła, że nieborakowiKoniec broń wściekła tyłem ukazała.Albin przez szyszak uderzony w kręgi,Spadł z konia, tak raz od niey bywał tęgi.
Ciągnął łuk Rykard y chciał ią oślepić.Lecz mu ucięła rękę; ta na ziemiWpół żywa, chce się nieboga pokrzepićY trzyma przedsię łuk palcy drżącemi.Tak więc wąż ogon ucięty chce zlepić —— Ale daremnie — z członkami inszemi;Nie czyniła nic więcey Rykardowi,Ale skoczyła ku Gernierowi.
Tego zaś w szyię miecz nielitościwy,Miecz nieuchronny Kloryndzin ugodził,Spadł mu łeb — z krtaniem przeciętem — nieżywyY w piasku ze krwią pomieszanem brodził,A tułów martwy długo, [iakie dziwy!]Siodła się trzymał y koń pod niem chodziłY nierychło go z siebie zbył wierzganiem,Czuiąc, że słaby ieździec siedział na niem.
Kiedy tak mężna bohaterka biłaSwem ostrem mieczem płoche chrześciany,Nie mniey po długiem obozie gromiłaCna Gildylippa y siekła pogany;Iednaż płeć w obu, iednaż była siła,Iednakie serce y małey odmiany,Lecz się nie zeszły z sobą w tey potrzebie,Inaczey o nich przeyrzano na niebie.
Ta z tey, a owa z drugiey także stronyGwałtem przełomie hufiec gęsty chciała;A w tem Gwelf przypadł, gdzie iuż nachylonyMężna Klorynda lud przed sobą gnałaY z góry na nię ciął niepostrzeżonyY kęs z pięknego krwi wytoczył ciała;Ale mu sztychem oddała zarazem,Między żebrami pod świetnem żelazem.
Wyniósł się znowu, lecz niespodziewanąPrzygodą podpadł Ośmid z PalestynyY tak nie sobie należącą ranąZabity, z gęby plwał zkrwawione śliny.A w tem do Gwelfa gromadą zebranąIego lud bieżał z oney mieszaniny —Kloryndzie także ludzie przybywali,Zaczem się z sobą znowu pomieszali.
Iuż na świat niosła iutrzenka świt ranyY noc iasnemu dniowi uchodziła,Kiedy Argillan wyszedł, rozwiązanyZ woley hetmańskiey, która na to była;Y z prętka w zbroię niepewną ubrany,Lub złą, lub dobrą — iaka się trafiła,Bieżał zelżony żywot na szańc stawićY błędów przeszłych przewagą poprawić.
Iako koń, w pańskiey stayniey urodziwy.Którego tylko do woyny chowaią —Kiedy się urwie, bieży niewściągliwyNa łąki, albo gdzie stada pasaią,Wyniosłem karkiem trzęsie, a u grzywyPlecione kosy z wiatrami igraią,Piasek kopyty w prętkiem biegu ciskaY rże ogromnie y nozdrzami pryska —
Tak szedł Argillan, tak miecz ostry toczył,A twarz mu gniewem y oczy pałały,A tak biegł rączo, że stopy nie tłoczyłY piaski śladu żadnego nie miały.Między naygęstszy huf arabski skoczył,Wołaiąc głosem — odważony, śmiały:„O! rozbóynicy, skąd wam tey dostaieTeraz śmiałości y kto ią wam daie?
Nie wasze dzieło, ubierać we zbroieZupełne — ciała, bo ich nie wytrwacie;Wy nadzy, marni, wiatrom tylko swoieStrzały, a żywot nogom polecacie.Nie są po waszem piecu dzienne boie,Bo wy tylko w noc y w cienie ufacie;Ale, iakoto teraz świat odkryły,Trzeba zdolnieyszey y zbroie y siły“.
To mówiąc ieszcze, dał AlgadzelowiTaki ciężki raz y ranę takową,Że w ten czas właśnie, gdy ArgillanowiChciał odpowiedzieć — uciął mu krtań z mową.Zaraz wieczny mróz wpadł ArabinowiW serce — y w piersi biie martwą głowąY czołem w ziemię, a u zbladłey gęby,Kąsaią piasek potrętwiałe zęby.
Po Algadzelu zabił Saladyna,Muleaszowi zadał ranę srogą,Ściął Agrykalta y AryadynaWyprawił iednąż za inszemi drogą.Kiedy rannego obalił Gradyna,Przeganiał z niego y deptał go nogą.Podniesie Gradyn oczu y mdłey głowy,Do Argillana mówiąc temi słowy:
„Y ty nie długo z śmierci y mey mękiCieszyć się będziesz y tobie przeyźrzałyNieba śmierć prętką od mężnieyszey ręki.Coś to teraz tak dufny y zuchwały“.On zaś: „Ty umrzy tem czasem przezdzięki,Co to wiesz, co mi nieba obiecałyY karm swem ścierwem głodne psy y kruki!“W tem weń miecz wraził za one nauki.
Między strzelcami Solimanowemi,Iego kochany był piękney urodyIeden młodzieńczyk; a ieszcze ostremiWłosami gładkiey nie okrywał brodyY ledwie kwiaty dopiero pierwszemi,Y mchem mu beły porosły iagody,Włos zaniedbany przydawał wdzięcznościY twarz przy męskiey piękna surowości.
Koń miał pod sobą podobny do śniegu,Który dopiero spadł na dół z obłoku.A tak bel żartki, że takiego bieguWiatry nie miały y takiego skoku;Trzcinę wpół trzymał złocistą po brzegu.Szablę oprawną zawiesił u boku,Z cienkiey bawełny zawóy miał na głowie,Sam beł — w miesiące tkanem złotogłowie.
Gdy tak młodzieńczyk sławą uwiedziony,W srogiego Marsa dzieło się wprawowałY gęste roty y lud potrwożonyMieszał y śmiele wszędzie następował —Chytry Argillan zachodząc go z strony,Nieostrożnego iakoś upilnował:Konia pod niem skłół, że ledwie na nogiWstał, a on iuź miecz nad niem trzymał srogi.
W samey miał tylko nadzieię litości,Ręce do niego złożone obrócił,Lecz w okrutniku kwiat piękney młodości,Zatwardziałego serca nie okrócił.Ciął nań, ale miecz więtszey był ludzkościY żałuiąc go — płazą się wywrócił;Cóż potem? znowu zadał mu sztych srogiY miecz przęzdzięki musiał iść w swe drogi.
Soliman, z którem pobliżu straszliwyOn poiedynek Goffred odprawował,Widząc, że iego Lezbin nieszczęśliwyBeł we złem razie — on plac zostawowałY z wielkiem pędem bieżał zapalczywy,Lecz tylko pomstę — nie pomoc — gotował,Bo iuż na ziemi, iako kwiat rozwity,Podcięty pługiem, Lezbin beł zabity.
Oczy zemdlone znienagła konały,Szyia się na grzbiet wywrócona kładła,Ale choć w śmierci wdzięczność wydawałyY twarz mu piękną iakąś barwą bladła.Piersi kamienne w Sułtanie zmiękczały,Nie iedna mu łza w puł gniewu wypadła.Ty, Solimanie, płaczesz? coś swoiegoPaństwa nie płakał, wszcząt zepsowanego!
A widząc, że krwią świeżą LezbinowąNieprzyiacielskie żelazo kurzyło,Płacz ścisnął w piersiach; a serce surowąWygnawszy żałość, gniewem się burzyło.Ciął Argillana tak barzo, że z głowąŻelazo, szyszak y tarcz przepędziło:On tak wielki raz y tak wielka rana,Mężnego beła godna Solimana.
Mało miał na tem, ale między kościPcha nieżywego mieczem pomsty chciwem,Iako pies wściekły od nieznanych gościCiśniony kamień — kłem kąsa gniewliwem.O! niepotrzebna pociecho w żałości,Mścić się nad ziemią y trupem nieżywem!Ale tem czasem Goffred nie próżnowałY na Araby śmiele następował.
Pod tysiąc Turków beło z paiżami,Wszyscy we zbroiach y wszyscy ćwiczeni:Serdeczni, mężni, różnemi woynami.W różnych potrzebach nie raz doświadczeni.Między staremi beli żołnierzami,U Solimana z dawnych lat liczeniY za niem w iego nieszczęściu szli wszędy,W arabskie pola y w cierpliwe błędy.
Ci się rozerwać swoiemu nie daliHufcowi, pewni nie ustąpić kroku;Wpadł Goffred na nie y wprzód KorkutowiPo ielca w lewem miecz utopił boku.W łeb Rossanowi — ale SelimowiZadał raz cięty tuż przy samem oku;Zabił Murata, który iem hetmanił,Inszych moc zabił y srodze poranił.
Kiedy tak długo mieszanina onaMiędzy pogany y naszemi trwałaY ieszcze namniey saraceńska stronaNienachylona mocno się trzymała —Zdaleka chmura z gęstego złożonaProchu, nagle się stroną ukazała;Potem z niey zbroye y miecze błysnęłyY serca Turkom dopiero odięły.
Pięćdziesiąt mężnych, wielkich naieźnikówZ chorągwią białą z krzyżem złotem biegło.Chociabym sto gąb y sto miał ięzyków,By się sto głosów do nich także zbiegło —Niewyliczyłbych — od tych woiownikówPobitych pogan: tak ich wiele legło:Zbity Arabin y niezwyciężonyTurczyn po części iuż był przełomiony“.
Strach, smętek, boiaźń, trwoga żałościwa,Co raz to więtsza wszędzie się szerzyła,A śmierć okrótna y nielutościwaWe krwi śmiertelną kosę swą moczyła.Król też czuiąc iuż, że się ukwapliwaOna wycieczka niedobrze zdarzyła —Z ludem przed miasto wyszedł y pod muryNa wątpliwy bóy z swemi patrzał z gury.
A skoro uyrzał, że się ArabowiePospołu z Turki bardzo nachylili,Gęste słał posły, aby lud wodzowieArgant z Kloryndą zaraz uwodzili.Ale choć do nich wskazował surowie —Krwią opoieni długo się bawili,Acz naostatek ustąpić musieliY ludzie sprawą swe uwodzić chcieli.
Ale kto prawa na boiaźń stanowi?Kto strach przywiedzie do dobrego końca?Tarcze y zbroie miecą, chcąc być zdrowi;Miecz teraz wadzi, co wprzód był obrońca.Pod miastem wielka przeciw południowiDolina leży od zachodu słońca:Przez tę pogaństwo na zad uciekało,A proch przed sobą gęstą chmurą gnało.
Kiedy pochyło na dół uciekali,Srodze ie nasi siekli y pędzili,Lecz kiedy z dołu w gurę się udali,Gdzie świeży ludzie na posiłku byli —Nie chciał Gwelf, aby w górę nacieraliY kazał, aby daley nie gonili.Tak swe stanowił hufce zagonione,A król też swoie zbierał rozproszone.
Tem czasem Sułtan czynił, co człowieczeY co te ziemskie czynić mogły siły;Więcey nie może, pot z krwią z niego ciecze,Bokami robi y tchnie w oney chwili;Iuż ręką słabo y leniwo siecze,Tarczy mu dźwignąć mdłe nie mogą żyły,Miecz nie tnie, ale tłucze — iako stępy,Tak ostrze stracił y tak został tępy.
A widząc iuż swą przegraną, na obieStronie rozbierał swóy umysł wątpliwy:Ieśli swą ręką śmierć miał zadać sobie,Żeby go ięzyk nie szczypał dotkliwy?Czyli — straciwszy woysko w oney dobie —Zachować cało żywot nieszczęśliwy?Nakoniec rzecze: „Niech nieba wygraią,Niech swe tryumphy z mey sromoty maią.
Niechay móy widzą tył nieprzyiaciele.Niech znowu patrzą na moie wygnanie,Byle widzieli, kiedy znowu śmieleBędę ich słabe mieszał panowanie;Nie ustąpię iem póki dusza w ciele,Pamięć moich krzywd wiecznie nie ustanieY nieprzyiaciel sroższy się iem wrócę,Chocia się w popiół y w ziemię obrócę“.