Pieśń piąta

Torquato Tasso (1544–1595)

Traducido por Piotr Kochanowski

Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona

Gdy tak rycerzów wiele przychęconych.Swoią gładkością Armida łudziłaY nie tylko tych dziesięć pozwolonych,Lecz inszych siła mieć sobie tuszyła —Ktoby był wodzem tych, z nią wyprawionych?W Goffredzie ta rzecz wątpliwość czyniła;Tych, co z niem na swą szkodę szli, staranieWielkie — wielkie w niem czyni rozerwanie.

Tey ostrożności użył w onym czasie,Że kazał, aby iednego obrali,Coby na mieysce Dudonowe zasięWstąpił, którego wszyscyby słuchali.A ten ono wziął obieranie na się,Bo takby mu to wszyscy iuż przyznali,Że ich poważał y gdzieby się chcieliSkarzyć nań, iużby przyczyny nie mieli.

Przeto ich zwołał do siebie y mowyTey do nich użył: „Iużeście słyszeli,Żem ia ratować chciał tey białeygłowy,Kiedybyśmy wprzód miasto w ręku mieli.Tożem y teraz uczynić gotowy,Gdziebyście y wy przypaść na to chcieli.Ten iest na mylnem świecie bez wątpieniaStateczny, co myśl częstokroć odmienia.

Lecz mniemacieli, że się wam nie godziOdiąć tey pracey y nie iść w tę drogę,Y wielka chciwość sławy was uwodzi,Że porzucacie ostrożną przestogę,Com raz dał — mieycie: na mnie nic nie szkodzi.Nad wolą waszą wściągać was nie mogę,Wiem ia — co ponno przyznacie mi sami —Iako mam władzey używać nad wami.

Wolno iść, wolno niechodzić każdemu,Iuż to na waszey woley niechay będzie,Ale wprzód macie Dudonowi cnemuDać namiestnika, który po niem siędzie;Ten niech dziesiąci z was, którzy się iemuPodobać będą — wybierze w tym rzędzie;Bo się wam z tem w czas opowiedzieć wolę,Że mu dziesiąci — więcey nie pozwolę“.

Tak mówił Goffred; któremu dziękowaćWszyscy kazali Eustacyuszowi:„Iako z daleka rzeczy upatrować,Y bydź ostrożnem trzeba Hetmanowi —Tak zaś należy ręką dokazować,Y niestrwożonem sercem żołnierzowi;Insza iest twoia, insza nasza cnota,Tobie ostrożność, nam służy ochota.

A iż na wagę pożytek włożony,Niebespieczeństwo y szkodę przechodzi,Tak iako ty chcesz, dziesięć dla obronySieroty póydzie, dziesięć iey dogodzi“.Tak Gotyffredów na ten czas rodzonyMiłość taiemną chytrze pokryć godzi,Ale i drudzy także powiadaią,Że się dla sławy iść z nią napieraią.

A iż Eustacy nie rad widział synaBertoldowego, dla iego dzielnościY dla urody — ta była przyczyna,Że przeciw niemu zawżdy był w zazdrościY że go nie chciał [iak to nie nowina]Mieć w towarzystwie oney swey miłości;Przeto na stronie, kiedy wszyscy wyśli,Mówi z niem y tak oszukać go myśli:

„Z rodziców zacnych synu zawołany,Ale zacnieyszy wielkiemi dziełami;Co ty rozumiesz? kto będzie obrany,Po cnem Dudonie pułkownik nad nami?Ia, któremktórym tylko dla wieku poddanyBył Dudonowi — iako wiecie sami —Nie mam iuż teraz, komubym w tey dobieTego ustąpił, tak wiedz, tylko tobie.

Ciebie, co z każdem zrównasz urodzeniem,A mnie przechodzisz sławą y dzielnością,

Y przed Hetmanem masz umieiętnością —Chciałbym mieć starszem, z twoiem pozwoleniem,Ieślibyś niechciał w drogę iść z tą gościąBo to wiem, że ty ukradkiem nabytey,Y nocą sławy nie pragniesz nakrytey.

Będziesz tu miał czas y lepszą pogodęUkazać swoie serce nielękliwe,A ia w tem inszych do tego przywiodę,Że na cię dadzą swe głosy życzliweY upewniam cię, że tego dowiodę.A iż ia dotąd myśli mam wątpliwe,Niechay mi będzie — gdzie do tego przydzie —Wolno tu zostać, albo przy Armidzie“.

Ostatnich tych słów swoich domawiaiąc,Tak się zapłonął barzo w oney chwili,Że sobie insi z niego przeszydzaiąc,Łatwie się, o co mu szło, domyślili.Lecz, iż Rynalda — skórę tylko kraiąc —Miłość raniła y nie tak się siliW niem, iako w inszych ta żądza ognista,W drodze z Armidą mało co korzysta.

Dudonowey mu żal niewymówionyŚmierci ustawnie pamięć w sercu ryie,Y że do tego czasu niezemszczony,Ma za sromotę y że Argant żyie.Lecz Eustacego przedsię mowy onyPrzyimuie y swey radości nie kryie,Którą ma z chwały prawdziwey u ludziY chęć do sławy więtszą w sobie budzi.

Y rzekł: „Żem godzien tego mieysca, na temMam dosyć, ale sam na nie niegodzę;Y kiedym w sławę y cnotę bogatem.Niedbam nic, chociaż w koronie nie chodzę.Iednak się z niego nie wymawiam, za temStaraniem twoiem, gdzie się na nie zgodzę;Y tym mię samem do tego wzbudzacie,Że wszyscy o mnie tak dobrze trzymacie.

Między dziesiącią ty będziesz obrany,Ieśli się zdarzy, że starszem zostanę“.Zatem Eustacy obszedł pierwsze pany,Y sposabiał ie na przyszłą odmianę.Lecz na toż godził Gernand zawołanyY choć Armida zadała mu ranę,Więcey w nim chciwość wysokiego miesca,Niż ostre mogą miłości żeleśca.

Z królów norweyskich Gernand był zrodzony,Szerokiey władzey y wielkiey możnościOyca y dziadów, sceptra y koronyDo niezmierney go przywodzą hardości.Ten zaś z swey własney dzielności wsławiony,Swey — nie swych przodków trzyma — się zacności;Acz y przodkowie słynęli, tak w boiuOd piąciuset lat, iako y w pokoiu.

Ale Norweyczyk, co tylko wielkiemiTytuły zacność y państwy miarkuie,Y wszystkich kładzie przy sobie podłemi,W których królewskich ozdób nie nayduie —Nie może zcierpieć, że się z nierównemiSciera y że mu Rynald zastępuie;Y tak się iął tey swey nadętey dumy,Że wszystkie z głowy wypędził rozumy.

Postrzegł z Awernu ieden duch przeklęty,Co królewica hardego dolega;Wlazł mu w zanadrze y ogień zaiętyIeszcze tem barziey wzdyma y zażega;Nienawiść i gniew szerzy w niem zawziętyY serca prawie samego dosięgaY taki mu głos posyła do słuchu,Który mu dzwoni ustawicznie w uchu:

„Ściera się z tobą Rynald y tak śmieleSławi swe iakieś przodki znamienite;Chcećli bydź rówien, nie trzeba tu wiele,Niech ci ukaże narody podbite.Niech okrócone da nieprzyiaciele,Sceptra, korony, królestwa obfite.Patrz tego Włocha! radby równo chodziłZ królmi, a on się w niewoley urodził.

Wygra lub przegra — acz iuż do tey dobyWygrał, kiedy się z tobą śmiał pocierać —Co rzeką wszyscy ludzie? Ten to, cobyChciał się z Gernandem o to mieysce spierać.Mógł ci ten stopień przydać co ozdoby,Nie mniey ią też mógł od ciebie odbierać;Ale tem spodlał, y tem się znieważył,Że się ten o nie starać na się ważył.

Y ieśli prawda, że maią na pieczyUmarli żywych y cokolwiek czuią —Co mniemasz? iako na niebie te rzeczyDobrego starca Dudona frasuią.Ieśli to słuszna y ieśli to grzeczy,Że się takowi bez wstydu nayduiąI że ten młodzik, niedorosły ieszcze,Śmie po niem prosić o tak zacne mieysce.

A nie tylko śmie y nie tylko prosiY towarzystwo na się praktykuie,Ale pochwałę od ludzi odnosiY tem się chlubi, tem się popisuie.Lecz ieśli Goffred to zuchwalstwo znosi,Albo go y sam na to forytuie.Obaczyszli to, y z niego zrozumiesz:Pokaż mu, ktoś iest, co możesz, co umiesz“.

Iako pochodnie na wiatr wyniesione,Gniew się w Gernandzie żarzy zapalczywy;Znieść go nie może serce zaiątrzone,Śle go przez oczy y ięzyk dotkliwy.Potwarzy szczere rozsiewa zmyślone:Pysznem go czyni człowiek zazdrościwy,Męstwa nie zowie śmiałością y męstwem,Desperacyą raczey y szaleństwem.

Rycerską iego dzielność, obyczaie,Umysł wspaniały y insze przymiotyGani y opak do ludzi udaieY krzci nie swemi nazwiskami — cnotyY — choć to iuż wie Rynald — nie przestaieTych mów, wszystkie iuż pełne ich namioty:Y wszystko woysko, ani się hamuie,Lży go, gdzie może, y nań następuie.

Bo chytry szatan, co mu na ięzykuUsiadł y wszystkie tworzył iego mowy:Co raz w gniewliwem sposób NorweyczykuSłów uszczypliwych wynaydował nowy.Co wiedzieć? czego o swem przeciwnikuUraźliwemi nie powiadał słowy?Był plac nie mały, gdzie się więc zieżdżałoY do pierścienia rycerstwo ganiało.

Tam, w towarzystwa nie małej gromadzieŹle go wspominał Gernand popędliwyY nań w piekielnem omoczony iadzie,Wszystek obracał ięzyk uszczypliwy.Usłyszy Rynald, że nań potwarz kładzie,Nie może wytrwać, ale niecierpliwy,Dobywszy broni, głosem mu to zada:Że łże, iako pies, y że fałsz powiada.

Tak mieczem błysnął, iako więc błyskaiąPełne swych gromów y piorunów nieba;Zlękł się Norweyczyk, bo go doieżdżaią,Widzi, że doydzie koniecznie potrzeba.Jednak, iż wszyscy na to patrzyć maią,Stawił się przedsię mężnie, iako trzeba:Dobywszy broni, którą miał u boku,Nieprzyiaciela czekał, stoiąc w kroku.

Przez pięć tysięcy [podobnom rzekł mało]Dobytych szabel w ten czas widać było,Bo co raz ludzi więcey przybiegało,Y na tamten plac gwałtem się kupiło.Powietrze z głosów pomieszanych drżało,Krzyk się y wielkie wołanie szerzyło:Jako nad morzem, kiedy w niepogodySzum się spół miesza y z wiatru y z wody.

Ale nie niedba na straszliwe onyOkrzyki Rynald, ani się hamuie;Pnie się do niego gniewem zapalony,Ogień mu szczery z oczu wyskakuie;Na obie strony kręci miecz stalony,Y coraz to się bliżei przystępuie,Tak, że nakoniec przebił się do niego,Posiekszy sługi y żołnierze iego.

Y ręką dobrze, choć w gniewie, ćwiczoną,Podaie razy cięte y sztychowe:Raz nań tnie lewą, drugi prawą stroną,Raz w piersi mierzy, a drugi raz w głowęY ostrą bronią, okiem nie ścignioną,Na rany drogi wynayduie nowe:Y niespodzianą szablą razy mieczeY — kędy się mniey strzegą — kole, siecze.

Tak długo nań siekł mieczem w obie stronie,Że go przez piersi dwakroć przebił srodze:Upadł na ziemię Gernand obalonyY duszę ze krwią wylał przez dwie drodze.On też miecz w pochwy włożył ukrwawiony,A niechcąc więcey ludzi trzymać w trwodze,Złożył gniew, skoro zuchwalca okrócił,Y do swego się namiotu obrócił.

W tem Goffred, słysząc ono zamieszanieY zgiełk tak wielki w ludzie pospolitem,Przypadł na on plac y niespodziewanieUyźrzał Gernanda przez piersi przebitem.A przyiaciele płacz y narzekanieY słudzy smętni czynią nad zabitem;Zdziwi się, pyta, kto się tego ważył,Kto srogi zakaz woyskowy znieważył.

Arnald, zmarłego książęcia kochany,Przydawał wagi złemu uczynkowi:Y że go z lekkich przyczyn rozgniewanyNiewinnie zabił — skarżył Goffredowi.Y, dla Chrystusa tylko przypasany,Miecz przeciw Iego podniósł rycerzowi:Przeciwko władzey y hetmańskiey grozie,W głos obwołaney po wszystkiem obozie.

Y że trąbiono, że ktoby się zwadziłW woysku, śmierć srogą przez to zasługował —A on nie tylko niewinnego zgładził,Lecz y to mieysce tak nie uszanował;Bo ieśliby kto kiedy na to radził,Aby nikt za swóy grzech nie pokutował —Wszyscyby ludzie krzywd się swoich mścili,Niechcąc, aby ich sędziowie sądzili.

Y żeby zwady dla tego samegoUrosły, między różnemi stronami;Przypomniał potem służby umarłegoY budził w nim gniew płaczem y prośbami.Nie zniósł Arnalda Tankred skarżącegoY przed Hetmanem y przed rotmistrzamiBronił Rynalda. Lecz gdy dawał sprawę.Surową Goffred czynił mu postawę.

Dołożył Tankred: „O mądry Hetmanie,Wspomni na zacne iego urodzenie,Na rodowitość y na zawołanie,Na przednich domów spowinowacenie,Na stryia Gwelfa; nie iedno karanieWszystkim należy, miey na to baczenie,Że iedenże grzech, różny w różnych bywa,W iednem iest więtszy, w drugiem go ubywa“.

A Goffred na to: „Y wielcy y mali,Wszyscy iednako niech prawa słuchaią.Cóż będzie za rząd, ieśli źli, zuchwali,Grzeszyć bespiecznie bez karania maią?Nie na toście mi tę buławę dali,Niechay iey równo wszyscy podlegaią,Bo ieśli tylko małych karać chcecie,Wolę daleko, że mi ią weźmiecie.

Tak wiedz Tankredzie, nie trzebać w tem błądzić,Malowanem być niechcę na urzędzie,Ja tu Hetmanem, ia tu sam chcę rządzić,Rad uyźrzę, kto mi rozkazować będzie?!Umiem ia, iako, kiedy kogo sądzić,Możnem y chudszem iednoż prawo wszędzie“.Nie odpowiedział Tankred nic na onySłowa, powagą iego zwyciężony.

Raymund pochwalał te hetmańskie mowy,Przy starożytney stoiąc surowości:„Dobrze tak — prawi — na te harde głowy,Nie może być rząd bez sprawiedliwości.Iuż tam upadek prętki y gotowy,Gdzie grzeszyć wolno, gdzie nie karzą złości.Y namożnieysze państwa upadaią,Tem, że występki winnem odpuszczaią“.

Tak on tam mówił, a Tankred to sobieBrał w rozum, ani więcey tam się bawił,Koniowi włożył w bok ostrogi obie,Y do obozu ztamtąd się wyprawił.Rynald w namiecie siedział w oney dobie,Skoro Gernanda żywota pozbawił;Tamże mu Tankred wszystko wypowiedział,Co mówił Hetman, co Raymund powiedział.

Dołożył tego: „Acz to moie zdanie,Że twarz nie zawżdy umysłu odkrywaY częstokroć to bywa nad mniemanie,Że zwierzchnia postać ludzi oszukywa —Iednak, ile ia widzę po Hetmanie,Y z tych słów, których w tey sprawie używaMniemam, ieśli się nie mylę w mem zdaniu,Żeby cię ponno chciał mieć w zatrzymaniu“.

Rynald się rozśmiał na te iego mowy,Lecz z onem śmiechem gniew był pomieszany:„Na niewolnika niech kładą okowy,Iuż też to siła, Tankredzie, na pany.Wolnym był zawsze, umrzećem gotowyPierwey, niźlibych miał bydź poimany;Ieszcze te ręce mogą władać bronią,Pęta się pewnie y powrozów chronią.

Ale ieśli mam w nagrodę otrzymaćZa me zasługi takie obelżenieY chce mię ponno w łańcuchu dotrzymać,Iako hultaia, y dać na więzienie —Niechże mię przyidzie albo pośle imać,Ieszcze się Rynald tą szablą ożenieY doczeka go, iedno niech się śpieszy,Wszak dobrze uyźrzy, iako się ucieszy“.

To rzekłszy, zbroię na się kładł zarazem,A gniew mu pałał z twarzy y ze wzroku;Paisz na ramię przywiązał y razemSzablę śmiertelną przypasał do boku.Tak wszystek iasnem okryty żelazem,Stał bardzo straszny y ogromny w kroku:Marsowi rówien, gdy na srogie ranyIdzie, żelazem y strachem odziany.

Ale rostropny Tankred, w oney dobie,Błagał y miękczył serce zagniewane:„Wszyscy to — prawi — trzymaią o tobie,Że twoie męstwo iest nieporównane,Y takąś sławę wszędzie ziednał sobie,Że twoie siły niewypowiedziane;Lecz nie day Boże, abyś się miał z niemiTu popisować nad swemi własnemi.

Pytam cię, ieśli męstwa dokazowaćMasz nad swoią krwią y nad chrześciany,Y Zbawiciela znowu chcesz krzyżować,Do dawnych — nowe przydaiąc mu rany,Y świecką chwałę bardziey chcesz miłować,Doczesną, krótką y godną przygany,Niźli nagrody, które nas czekaią,W niebie, a wiecznie, nieodmiennie trwaią.

Boże cię takich myśli racz uchować,Zwycięż sam siebie, skróć wodze gniewowi;Nie boiaźni to będą przypisować,Lecz pobożnemu twemu postępkowi.A ieślim godzien, że mię naśladowaćY mieysce, memu chcesz dać przykładowi:Y iam miał krzywdę, alem sobie radzićUmiał y z swemi niechciałem się wadzić.

Gdym z Cylicyey pogaństwo wyrzuciłY rozwinąłem w niey chorągwie swoie:Nadszedł Baldowin, y na nię się rzuciłY wziął niesłusznie to, co było moie;Tak dla łakomstwa przyiaźń ze mną zrzucił,

Niechciałem ia z niem obyść się tym kształtem,Chociam mu to zaś mógł odebrać gwałtem.

Ale ieśli się swem uczciwem bronisz,Y koniecznie być nie chcesz zatrzymanem:Y iako ten, co na hańbę nie gonisz,Nie chcesz być więźniem, ani poimanem —U Boemunda, lepiey że się schroniszW Antyochiey, na czas przed Hetmanem,Bo tak bespiecznie być możesz na stronie,Aż w nim gorącość po woley opłonie.

Bo ieśli prawda — iako powiadaią —Że Egypt na nas woyska zbiera wszędzie,W ten czas dopiero męstwo twe poznaiąY twoię dzielność, kiedy cię nie będzie,Y że bez ciebie woysko, które maią,Iest, iako ciało, co ręki pozbędzie“.W tem Gwelf, przyszedszy — co Tankred powiadał —Chwalił y radził, aby zaraz wsiadał.

Na te wywody, które mu czynili,Na tak gorące y długie namowy.Przypadł na koniec — iako mu radzili —Ustąpić na czas młodzieniec surowy.W tem się do niego domowi kupili,Każdy z nim w drogę iachać był gotowy;Nikogo nie chce, a wszystkiem dziękuieY z parą się sług tylko wyprawuie.

Iedzie, a iadąc wielką niesie w sobieDo sławy chciwość, która się w nim nieci:Chce co wielkiego sprawić w oney dobie,Do tego wszystkie swe obraca chęci.O nowem iakiem zamyśla sposobie,Dostania sławy y wieczney pamięci,Chce y wzdłusz y wszerz Egypt wielki zwiedzić,Y skryte źrzódła nilowe nawiedzić.

A Gwelf, skoro go z Tankredem wyprawiłY widział, że iuż w swoię drogę iedzie —Na onem mieyscu więcey się nie bawił,Ale się iachał pytać o Goffredzie.Aby się zaraz obmówił y sprawił.Goffred widząc go, w stronę go odwiedzieY poważnemi y mądremi słowy,Cicho do niego użył takiey mowy:

„Niebliżu Arnald po obozie chodzi,Iuż dawno po cię odemnie posłany:Zaprawdę, Gwelfie, chwalić się nie godzi,Co twóy synowiec zbroił wyuzdany.Niechay, iako chce z tego się wywodzi,Winien y godzien, aby był karany.Rad będę widział, iako mi się sprawi,Bo wszystkiem Goffred iednako się stawi.

Y pokaże to każda iego sprawa,Że stoi zawsze przy sprawiedliwościY nie odstąpi słuszności y prawa,Dla żadnych względów y rodowitości.Ale ieśli zaś woyskowa ustawa,Z przyczyny cudzey, nie z iego winnościZgwałcona przezeń — iako powiadacie —Do sądu mego stawić mi go macie.

Niech będzie wolnem ślubem zawiązany,Tę łaskę niech ma y to pozwolenie;Ale, ieśli się nie stawi pozwany,Y wszystko w lekkie puści poważenie —Przydzie mi, widzę, do takiey odmiany,Że — com miał miękkie zawżdy przyrodzenie —Muszę, rad nie rad, przy sprawiedliwości,Nad niem, podług praw, użyć surowości“.

Gwelf odpowiedział na to Hetmanowi:„Człowiek w uczciwe swoie urażony,Nie mógł wycierpieć złemu ięzykowi,Co nań szczery fałsz rozsiewał zmyślony.Ieśli go zabił — iakoż kres gniewowiSprawiedliwemu ma bydź zamierzony?Któż w gniewie liczy, albo w zwadzie — razy?Kto w ten czas mierzy krzywdy y urazy?

A, iż mi każesz przed sobą go stawić,Żal mi, że tego uczynić nie mogę:Możesz się o tem i od inszych sprawić,Że zaraz iechał, nie wiem, dokąd w drogę.Gotowem tego i ręką poprawić,Ieśli się ozwie, każdemu pomogęY ieśli go kto udawa, że winien —Wszędzie swoyey czci bronić był powinien.

Słusznie hardego zuchwalca ukrócił.Norweyczykowi słusznie utarł rogi;Tego nie chwalę, że prawo wywróciłWoyskowe, że twóy zakaz wzgardził srogi“.A Hetman na to: „Boday się nie wróciłWięcey do woyska z tamtey swoyey drogi!Niechay gdzie indziey zwady takie sieie,Lepiey, że indziey — nie tu — wyszaleie“.

Tem czasem, chytra, pilnie popierałaPrzyobiecaney Armida pomocy:Około tego cały dzień biegała —Co dowcip y co gładkość miała mocy.A kiedy zorza w morze zapadała,Y mrok z czarnawey występował nocy —W namiot odległy z dwiema ochmistrzamiWchodziła, z dwiema staremi paniami.

Ale, choć się tak dobrze wyćwiczyła,Choć tak umiała użyć swey chytrości,Choć żadna takiey, na świecie nie byłaY potem ponno nie będzie — gładkości.Y chocia wielkiem rycerzom włożyłaPowróz na szyię, mocą swey miłości:Nie może słodkich roskoszy ponętą,Przywieść Goffreda pod swą sieć napiętą.

Darmo mu swoie chęci pokazuie,Darmo go piękną twarzą swą uwodzi:Iako ptak, gdy się nakarmionem czuie,Na wyrzuconą pszenicę nie godzi.Tak on, syt świata, świecką zostawuieRoskosz, a niebo tylko sobie słodzi;Wszystkie postrzały, które nań wychodząZ oczu y z twarzy, namniey mu nie szkodzą.

Y choć fortelów wszystkich używała,Nie mogła nigdy miłości weń włudzić:Coraz się, iako Proteus, odmieniała,Chcąc iakokolwiek do niey go pobudzić,Wszystkie swe skutki na to obracała,Że naospalszą mogłaby obudzićY nazimnyeyszą miłość swą gładkością,Lecz został cały Boską opatrznością.

Udatna dziewka, co sobie tuszyła,Dobyć nayczystszych serc samem weyźrzeniem,Siła z powagi y z pychy spuściła,Widząc, że Goffred stawił się kamieniem.Nakoniec słabszych w on czas umyśliłaY powolnieyszych sięgać swem płomieniem:Tak, niedobyte miasto zostawuieHetman, a indziey z woyskiem się gotuie.

Lecz niemniey mężne na one iey zdradyPokazało się serce Tankredowe,Bo dla dawnieyszey miłości zawadyNie miały mieysca w nim płomienie nowe.Iako ieden iad drugie psuie iady,Tak iedna miłość, kiedy wlezie w głowę,Nie puści drugiey; tych dwu nie pożyła,Lecz wszystkich inszych Armida paliła.

Barzo ią boli, że nic nie sprawiłaSwoią gładkością w Goffredzie, w Tankredzie;Po wielkiey części iednak się cieszyła,Że co przednieyszych z woyska z sobą wiedzie.Pierwey, niżby się zdrada iey odkryła,Myśli, iako ich w bespieczne uwiedzieMieysce, gdzie insze y różne powrozyOd teraźnieyszych, w rychle na nich włoży.

A kiedy iuż czas przyszedł zamierzony,Którego iey dać pomoc obiecano,Szła do Hetmana: „Dzień iuż naznaczonyMinął, którego odprawić mię miano.A ieśli tyran będzie przestrzeżony,Że mi część woyska na pomoc posłano —Będzie gotowszy y o to mi idzie,Że nie tak łatwo pożyć go zaś przydzie.

Przeto — nim mu to odniosą szpiegowie,Co na to wszędzie po stronach pilnuią —Niech obiecani od ciebie wodzowieTeraz się ze mną zaraz wyprawuią.Bo — ieśli krzywdy nie lubią bogowie,Ieśli niewinność y prawdę miłuią —Pewnam, że w rychle w oyczyźnie usiędę,Z którey ci trybut zawżdy płacić będę“.

Musiał to Hetman pozwolić stroskany,Coby bez niego była otrzymała;Widział to wprawdzie, że on miał te panyObierać, gdzieby prętko wyiechała.Ale cóż? każdy pragnął bydź obrany,Y bydź w dziesiątku, który poiąć miała.Wszyscy go wielkiem gwałtem nalegali,Prosząc go o to, aby z nią iachali.

Ona widząc to, że się w nieb odkrywaSerce tak łatwe — nowe sieci miecze:Bicza z zawisney boiaźni używa,Tem ich po bokach pogania y siecze.Wie, że bez tego miłość słabsza bywa,Wie, iako zawsze leniwo się wlecze:Tak zawodnika widziem leniwszego,Gdy wprzód — iednego, wzad nie ma drugiego.

Y tak, swoiego weyźrzenia każdemuY łagodnego śmiechu udzielała,Że ieden zayźrzał iey łaski drugiemu,Nadzieia się w nich z boiaźnią mieszała.Tak, nędzni, w on czas wzrokowi zdradnemu,

Dawszy się uwieść, biegli wyuzdani,Darmo ich Hetman strofuie y gani.

Choćby był równo wszystkiem rad dogodził,Bo iednakowo wszytkimwszystkiem był przychylny,[Acz go nieieden do gniewu przywodził,Pokazuiąc mu on upór, tak silny]Lecz widząc, że imiem darmo to rozwodził,Wolał to na los puścić nieomylny:„Spiszcie — pry — wasze imiona y na dnoWłóżcie w co, a los rozsądzi was snadno“.

Zatem przezwiska wszystkich popisanoY popisawszy, mieszać ie poczętoW pewnem naczyniu y po iednem brano;Grabię z Pembrozy napierwszego wziętoArtemidora, po grabi czytanoGerharda, po nim Wacława wyięto:Ten iuż miał lata y słynął z mądrości,A teraz się iął na starość miłości.

Iako się ci trzey z tego radowali,Y iako byli na on czas weseli —Trudno powiedzieć, bo tego dostaliWprzód przed inszemi, czego wszyscy chcieli.A ci, co ieszcze na spodku zostali,Niewymówioną boiaźń w sercu mieli:Każdy z niezmierną chciwością pilnuieTego, co kartki z naczynia wyimuie.

Gwaszek był czwarty. Rydolf po Gwaszkonie,Po Rydolfie zaś Henryk z Olderykiem,Więc Gwilelm książę na Roncylionie,Szedł z Eberardem, z rodu Bawarczykiem;Rambald wychodził na ostatniem zgonie,Co potem Bożem został przeciwnikiem,Poturczywszy się — o sromoto wieczna! —A czego miłość nie czyni bezecna?

Inszy, których los minął w obieraniu,Złą, nieżyczliwą fortunę winili,Łaiąc miłości, że w swem panowaniuDopuszczała iey sądzić w oney chwili.Ale iż ludzka żądza w zakazaniuZawżdy przeciwna y na to się sili,Czego iey bronią y każą zaniechać:Siła ich, szczęściu na złość, z nią chce iechać.

Chcą z nią bydź zawsze y we dnie y w nocyY żywot za nię położyć gotowi;Ona wesołe miecąc na nich oczy,Mową y słodkiem westchnieniem ich łowi.Ieśli gdzie kupę zacnych paniąt zoczy,Żegna ich, życząc, aby byli zdrowi.W tem się też ona dziesięć wybierałaY Gotyffreda w namiecie żegnała.

On im przestrogi dawał y nauki,Aby pogańskiey nie dufali wierze,Żeby fortelne znać umieli sztuki,Żeby, ostrożni, w pewney stali mierze.Lecz miłość nie dba na prośby, na fuki,Wiatr one iego słowa z sobą bierze;W tem ich odprawił. Ona też iechałaW nocy z obozu, ani dnia czekała.

Iadąc, onych swych dziesięć hołdowników —By na tryumfie więźnie — prowadziła!Co gorsza, drugich wiele miłośnikówNa wielką szkodę w woysku zostawiła,Że rzadko który uchybił iey wników.A skoro ziemię ciemna noc okryła,Potayemnie się z woyska wykradaliY za nią cicho w też tropy iachali.

Wprzód szedł Eustacy za nią zapędzonyY ledwie mroku doczekał ciemnego:Bieży, co koń ma mocy, prowadzonyPrzez ślepe cienie od boga ślepego.Całą noc prawie onę, obłądzony,Tam y sam ieździł do świtu samego;Skoro odniało, tam gdzie nocowałaPrzypadł, gdy się iuż z noclegu ruszała.

Po zwykłem zaraz poznawszy go znaku,Pocznie nań wołać Rambald iadowity:

„A ty tu po co? masz tu rok zawity?“Eustacy na to: „Wiem, że nie ma brakuArmida; chcę iey służyć iako y ty“.„Kto cię iey oddał? nie służą tu tacy“.„Miłość uprzeyma“ — odpowie Eustacy.

„Iam od miłości — tyś szczęściem obran.Któż się iey sługą słuszniey ma nazywać?“Odpowie Rambald srodze rozgniewany:„Nie możesz tego tytułu używaćY nie godzieneś być między dworzanyY z iey własnemi sługami przebywać;A co gorszego, chcesz ukradkiem ieszczeDostać tey służby y mieć takie mieysce“.

Nie mógł mu wytrwać Eustacy tey mowy,Ale do niego wielkim pędem skoczy;Nie złożył mu nic — y gorszemi słowyŁaiąc — śmiele mu Rambald poszedł w oczy.Wyciągnie rękę królewna, gotowyChcąc poiedynek rozwieść. [Patrzcie mocyGładkości] „Że mnie przybywa czeladzi,A towarzystwa tobie, coć — pry — wadzi?

Y ieśliś łaskaw co na moie zdrowie,Przecz mię ratunku zbawiasz potrzebnego?...— Wcześnieś mi przybył [drugiemu zaś powie]Obrońco sławy y zdrowia moiego.Nie da Bóg, abym zostać miała w słowieY nie być wdzięczna sługi tak zacnego“.Tak im mówiła, a co raz niemałoW drodze iey inszych z woyska przybywało.

Tego zdaleka, tego zbliska miała,A nic o sobie wszyscy nie wiedzieli;Ona każdego wdzięcznie przyimowałaY wzrok łaskawy między wszystkie dzieli.A skoro też noc dniowi mieysce dała,Goffred y inszy ich odiazd uyźrzeli:Któremu serce iuż prorokowało,Że ich co złego w rychle potkać miało.

Kiedy to sobie Hetman utrapionyRozbierał, smutek maiąc niepoięty,Uyźrzy: a ono ieden ukurzonyBieży do niego, żalem wielkiem zdięty:„Król — pry — z Egyptu iuż na wszystkie stronyZ możnemi pływa po morzu okręty.Gwilelm, admirał genueńskich łodziDo wiadomości wczas ci to przywodzi.

Do tego, kiedy ięczmiony y żytoOd morza woysku lądem prowadzono,Wszystkie wielbłądy y konie rozbito,Które żywnością beło naiuczono —Y na głowę ich wszystkich prawie zbito,Część ich w niewolą daleką wiedziono.Zasadzili się byli po krzewinieZbóycy arabscy na nie przy dolinie.

Którzy do takiey śmiałości iuż przyśliY takie czynią w tamtem kraiu trwogi,Że naostatek to łotrostwo myśliWszystkie zastąpić gościńce y drogi.Przeto potrzeba, aby ludzie wyśliZ woyska, ten rozbóy pohamować srogiY ubespieczyć drogi, z tey przyczyny,Co tu od morza idą Palestyny“.

Pełen był obóz y wszystkie namiotyNowin y wieści niepociesznych onych;Żołnierz — dla głodu — rozczętey robotyOdbiec y murów myśli odbieżonych.Hetman w nich zwykłey nie znaiąc ochotyY wszystkich barzo widząc potrwożonych,Twarzą wesołą y pięknemi słowy,Ciesząc ich, takiey użył do nich mowy:

„Wy! coście ze mną, przez różne przygody,Tak wiele świata bespiecznie przebyli;Wy, coście mieczem potężne narody,Pod Chrystusowe chorągwie podbili;Wy, coście wiatry, morza, niepogody,Głody, pragnienie, zimna zwyciężyli —Czego się teraz tak barzo boicie?Cóż? opatrzności Boskiey nie wierzycie?

Bóg, który w gorszem razie was ratowałY dotąd ieszcze cało was prowadzi —Iako was zawsze w swey opiece chował,Tak w tych trudnościach teraz o was radzi.Każdy z was w rychle będzie Mu dziękowałZa łaski, które czyni Swey czeladzi;Przeto cierpliwie znoście te niewczasy,A na szczęśliwsze chowaycie się czasy“.

Wiele inszych słów takowych używał,Ciesząc żołnierze swoie skłopotane,A wielkie twarzą wesołą pokrywałTroski y serce swoie zfrasowane.Myślił sam sobie y rady zdobywał,Iako miał woysko pożywić zebrane,Iako egipską armatę odwrócić,A iako zbóyce Araby okrócić.