Pieśń szósta
Traducido por Piotr Kochanowski
Goffred abo Ieruzalem Wyzwolona
Lecz z drugiey strony, w mieście oblężonychDaleko lepsza nadzieya cieszyła:Bo, krom dostatków dawno nawiezionych,Nocą żywności wprowadzili siła.Koło murów też słabych y zwątlonychWielka moc ludzi ustawnie robiła;Zbyt miąższe barzo y wysokie stoyą,I naytęższych się taranów nie boyą.
Król sam, skończywszy mury od pułnocy,Potem zaś baszty narożne warowałDla bespieczeństwa y dla więtszey mocy,Ziemią ye z gnoyem napoły — fasował.Płatnerzom zbroye y we dnie y w nocy,Z wielką pilnością robić rozkazował.Kiedy się tem król utroskany bawił,Argant się przedeń w oney dobie stawił.
„Długoż — pry — nas chcesz trzymać w tem więzieniuY między temi zawierać murami?Widzęć ia pilność w rynsztunków robieniu.Słyszę, że młoty brzmią z nakowalniami.Na cóż to? kiedy, nam ku obelżeniu,Nieprzyiaciel się wrywa przedmieściami.Nikt się iem oprzeć nie śmie z naszych ludzi,Y nasza trąba ze snu ich nie budzi.
Tak swe obiady y sny nieprzerwane,Właśnie, iako w swych domach — odprawuiąWieczerze u nich rzadko nie piiane,Wysypiaią się, wycieczek nie czuią.Y tak nas wrychle tu pozamykane,Głodem y samem niewczasem zwoiuiąY umrzeć musiem nikczemnie po chwili,Ieśli nas pomoc z Egyptu omyli.
Ia sie z mey strony, królu, opowiadam,Że końca nie chcę tak obelżywegoY tak sromotney śmierci; zaraz wsiadam,Ani tu dnia chce czekać iutrzeyszego.Wyrokówci ia niebieskich nie badam,Niech będzie, co chce, z przeyźrzenia wiecznego:To wiem, że umrę szablę w ręku maiąc,Sławy y śmierci poczciwey szukaiąc.
Ale ieśli co w sercach naszych żywięChęci do sławy nieoszacowaney —Nie tylko umrzeć mężnie i uczciwie,Alebym się też spodziewał wygraney.Wsiadaymy na koń, iedźmy nie leniwie,Sprobuymy szable dawno zapomnianey!W naygorszych raziech — tak to powiadaią —Nayśmielsze rady naylepsze bywaią.
A ieśliście też nie tak barzo śmieliY nie tak wiele siłom swym ufacie,Abyście z woyskiem wszystkiem wyniść mieli —Na dwu rycerzów, lepiey, że to dacie.Niech chrześcianie, ieśli będą chcieli,(Bo tego słusznie pozwolić iem macie)Broń obieraią, niech mieysce wydadząY te sposoby, które się iem zdadzą.
Bo nieprzyiaciel, ieśli iednę duszęY dwie ma tylko ręce, iako drugi —Ia nieomylnie swey wygraney tuszę,Ieśli mię do tey użyiesz posługi.Przeto cię proszę, niech kopiją kruszę,Tak się ten zaciąg — skończy prędzey — długi.Nie zawiodę cię, daiąc rękę na to,Y przyrzekam ci y ślubuięć za to“.
Król mu krótkiemi odpowiedział słowy:„Choć mnie tak widzisz starem y szedziwem,Nie takem słaby, nie tak niegotowy,Nie takem — iako mniemasz — boiaźliwem,Abych, tak barzo miał chronić tey głowyY chciał sposobem umrzeć obelżywem.Kiedybym się bał iakiey znaczney szkody,Albo przyść na mię miały iakie głody.
Lecz, żebyś wiedział, dla którey przyczynyMyślę się z woyskiem do czasu zawierać:Soliman [o czem pewne mam nowiny]Z Niceey do mnie począł się wybieraćY kazał aż od libiyskiey krainyHufce Arabów rozproszone zbierać,Na chrześciany chcąc uderzyć w nocy,Wprowadzić żywność y dać nam pomocy.
Że nieprzyiaciel trzyma zamki małeY drobne miasta w okoliczy szkodzi,By tylko było Ieruzalem całe.Y ta stolica — niech cię nie obchodzi.Przeto skróć na czas zamysły wspaniałe;Nie tak głęboko w rzeczy patrzą młodzi,Schoway swe na czas pogodnieyszy męstwoSobie na sławę, a mnie na zwycięstwo“.
Gniewał się ponno Argant w oney dobie,Nie barzo tam rad beł Solimanowi,Nieprzyiaciółmi zawżdy byli sobie;Zaperzywszy się, odpowie królowi:„Mnie milczeć o tem należy, a tobieUczynić, co chcesz — lecz to rozumowiPrzeciwna, aby ten, co państwa swegoNie mógł obronić, obronił cudzego.
Niech przydzie, iako wyprawiony z nieba,Wyswobodzić was z tego obleżenia;Niech wam wprowadzi żywności y chleba,Niechay was z tego wyzwoli więzienia.Mnie niczyiego ratunku nie trzeba,Iuż wy tu siedźcie, a ia pozwoleniaProszę: niech w połę iadę, nie od ciebieKruszyć kopiją, ale sam od siebie“.
A król mu na to: „Rycerzu cnotliwy,Wolałbym cię był na inszy czas chować,Ale, iżeś tak boiu barzo chciwy,Pozwalam na to, niechcę cię hamować“.Za temi słowy Argant ukwapliwy,Na poiedynek pocznie się gotowaćY przyzwanemu rzecze trębaczowi:„Iedź, a przy wszystkich powiedz Goffredowi:
Że ieden rycerz, którego to boli,Że go za temi trzymaią murami —W przestronem polu — a nie w mieście — woliPopisować się z swoiemi siłamiY że go uyźrzy, gdzie na to pozwoli,W równi, pod swemi zaraz obozami;A że wyzywa na rękę, któregoMa w swoiem woysku co namężnieyszego.
Y tak powiada, że tego dowiedzie:Nierzkąc się z iednem y dwiema probować,Niech po trzech, czwarty y piąty wyiedzie,A po iednemu maią następować.Tego, co przegra, niech zwyciężca wiedzie:Ieśli go też chce wolnością darować —Wolno mu będzie“. Tak mu roskazował,A trębacz się też zaraz wyprawował.
Przyiechawszy tam, kędy przy HetmanieCo nayprzednieysi siedzieli wodzowie:Beł prowadzony y począł: „O panie!Pytam, dacieli mieysce wolney mowie?“Odpowie Goffred: „Nic ci się nie stanie,Wszędzie bespieczni bywaią posłowie“ —„Więc powiem — prawi — cierpliwie słuchaycieA na pana się, nie na mię — gniewaycie“.
Potem poselstwo tak bardzie sprawowałY tak zuchwale, że ci co słuchali —By ich beł samże Hetman nie hamował —Podobnoby mu byli nie wytrwali.Goffred po sobie sam niepokazowałGniewu, rzekł tylko: „Barzoście zuchwali,Powiedz, że piąty pewnie się nie stawi —Kto wie? ieśli go pierwszy nie odprawi.
Niechże nie mieszka, a Goffred ślubuie,Że bez zasadek da mu wolne poleY iednego z swych stawić obiecuiePrzeciwko niemu, w rozmierzonem kole“ —Trębacz się zatem nazad wyprawuie,A ostrogami konia w boki kole;Wiechawszy w miasto, poszedł ukwapliwyTam, gdzie go czekał Argant boiu chciwy.
„Gotowi się bić — prawi — chrześcianie,Nie baw się więcey, a odziey się zbroią.Nie tylko ci, co blisko przy Hetmanie,Ale y mnieyszy, znać, że się nie boią.Zuchwałe iem się zdało twe wskazanie,Wszyscy się pychą urazili twoią;Wierzyć iem strony bespieczeństwa — możem,Plac między miastem, a między obozem“.
Wziął na się zbroię Argant nie mieszkaiąc,A pałasz przez się zawiesił na bindzie;Król, chrześcianom nie bardzo dufaiąc,Kazał go przedsię prowadzić Kloryndzie:„Dla bespieczeństwa, pilne oko maiąc,Niechay — pry — z tobą tysiąc iazdy wyńdzie,A kiedy mu się bić przydzie samemu,Zdaleka stanąć każ ludowi swemu“.
A w tem ci, co go z miasta prowadziliNa plac, który beł na to naznaczony,Wszyscy we zbroiach z bramy wychodzili,A wprzód szedł Argant świetno ustroiony.Plac ten od miasta w ćwierci leżał mili,Wszystek odkryty y nie zasłoniony,W równi, która się do tego tak zdała,Iakoby się też umyślnie szukała.
Na oczu woyska — sam ieden — wszytkiegoStanął tam Argant, Argant urodziwy,Z serca mężnego, z wzroku ogromnego,Z szerokich plecu, srogi y straszliwy;Do Encelada y philistyńskiegoMęża podobny, a wzrok niósł gniewliwy,Ale się z niem bić przedsię wszyscy chcieli,Bo iego siły ieszcze nie widzieli.
Ieszcze był w ten czas Goffred nie mianował,Kogo miał na to obrać między swemi —Tankreda iednak każdy upatrował,Przyznawaiąc mu męstwo przed inszemi,Y w rycerskiem mu dziele ustępował,Kładąc go między co nadzielnieyszemi;Y w głos iuż o tem y wielcy y mali,Po wszystkiem prawie obozie szemrali.
To beło wszystkich zdanie o Tankredzie,Poiedynki mu były nie nowina,Toż rozumienie beło y w Goffredzie.„Iedź — prawi — okróć tego poganina —Tankred wesoły zaraz w pole iedzie,Szczęścia mu dobra winszuie drużyna,Która go piękney pełnego ochotyWyprowadziła w pole za namioty.
Od tego placu daleko był ieszcze.Na którem z sobą w on czas czynić mieli —Gdy iuż pociechę swoię serce wieszczeCzuło, bo piękna bohatyrka w bieliNagle się na to podemknęła miesce;Nigdyście śniegów bielszych nie widzieli,Iako ta szata, co na zbroi miała,A z szyszaka twarz wszystkę ukazała.
Obaczywszy ią więcey nie pilnuie,Gdzie go na placu czeka Argant śmiały;Ale po mału za nią następnie,Aż się nakoniec stawa skamieniały.Mróz z wierzchu, wewnątrz srogi ogień czuie,Stoi na mieyscu podobien do skały,Wlepiwszy w nię wzrok i czyni postawę,Że z Cyrkaszczykiem niedba o rosprawę.
On też uyźrzawszy, że nikt przeciw niemuNie idzie w szranki y nie chce się ruszyć,Woła: „Cóż to iest? wżdy każcie któremuStawić się na plac y kopiją kruszyć!“Tankred nie słyszy y oku chciwemuWoli dać obrok y wnątrz serce suszyć;W tem Otton wodze wypuścił koniowiY skoczył na plac przeciw Argantowi.
Otton beł ieden, który się napierałCzynić z Argantem, z inszemi zacnemi;Z Tankredem potem o to się nie spierałY prowadził go z obozu z drugiemi.A teraz słysząc, że Argant wywierałY słowy nasze lżył uszczypliwemi,A że się Tankred zapomniał bez mała —Porwał pogodę, która się podała.
Nie tak lew młody, kiedy byka zoczył,Bieży do niego, głodem przemorzony —Iako na ten czas Otton rączo skoczył;Argant do niego także z drugiey strony.Dopiero Tankred nazad koniem toczył,Iako z twardego spania obudzony —Woła nań: „Postóy, mnie się bić należy!“Nie słyszy Otton y potkać się bieży.
Zastanowił się, a oczy mu obiePałały, bo był srodze rozgniewany:Że go uprzedził — za bańbę ma sobie;Widzi, że wielkiey nie uydzie przygany.Wtem Cyrkaszczyka Otton w oney dobieUderzył drzewem w szyszak hecowany,A on mu paiż wprzód, a zbroię potem,Za iednem razem ostrem przebił grotem.
Barzo się Otton nieborak omylił,Bo wypadł z siodła, nad mniemanie swoie;Ale poganin ani się nachylił,Bo był mocnieyszy pewnie tyle troie.Potem się z konia do Ottona schylił,Mówiąc mu hardzie: „Day się w ręce moye,Dosyć masz sławy y możesz się chlubić,Żeś się bił ze mną y żeś mię chciał ubić“.
„Nie tak się prętko naszy poddawaią,Iako rozumiesz — Otton mu odpowie —Niech mię z nieszczęścia drudzy wymawiaią,Ia się chcę pomścić, albo stracić zdrowie“.W Argancie oczy płomieniem pałaią —Roziadł się, iak pies — y słów kilka powie:„Poznayże — prawi — iaka moia siła,Kiedyć y dobroć y ludzkość nie miła“.
Ledwie się Otton na nogi postawił,On konia zwarwszy natrze na pieszego;Uskoczył Otton y zaś się poprawiłY bronią boku dosiągł mu lewego.Prawda to, że miecz dobrze w niem ukrwawił,Lecz bez pożytku y skutku żadnego;Bo nie osłabiał namniey z oney rany,Ale był duższy — Argant rozgniewany.
Zatrzymał konia y nazad go wróciłY na Ottona, iako ptak, przypadnie,Że się nie postrzegł, kiedy się obróciłY tak mu przyszło potrącić go snadnie.Tem potrąceniem zaraz go ukrócił:Drżą mu kolana, twarz mu wszystka bladnie,Leci do ziemie, zatem się powalił;Tak twardy był raz, który go obalił.
Sroży się Argant, piersi leżącemuPodeptał, zwarwszy konia ostrogami,„Tak będzie — woła — każdemu hardemu,Iak temu, co mi leży pod nogami“.Dopiero Tankred koniowi swoiemuNie da stać, ale popuści wodzami;Żal mu Ottona, widzi, że źle sprawił,Radby się po swem występku poprawił.
Z wielkiem ku niemu poskoczy okrzykiem,Na rączem koniu, głosem nań wołaiąc:„Ty, psie pogański, co się okrutnikiemCzynisz nad więźniem, w ręku go trzymaiąc.Znać to po tobie, żeś był rozbóynikiem,Nawykłeś tego z Araby zbiiaiąc;Nie godzieneś tey słoneczney światłości,Dla swoiey dzikiey, zwierzęcey srogości“.
Ostatek Tankred Marsowi poruczy,Cyrkaszczyk zgrzyta, ściska z gniewu zęby,Chce odpowiedzieć, ale tylko mruczy,Niezrozumiany dźwięk mu pada z gęby.Iako więc obłok w niepogodę huczy,Z którego piorun wypada trozęby —Tak każde słowo Argantowe było.Zdało się, że grzmi — kiedy wychodziło.
A kiedy oba z onego łaianiaWzaiemnego, gniew w sobie pobudzili,Tak ten, iako ów, rączo do potkaniaSzli y obadwa do siebie skoczyli.Wy mi, o Panny, daycie do śpiewaniaGłos tey woienney równy krotofili —Wy samy rymy prowadzcie niegodne,Niech będą z dzieły tak wielkiemi zgodne!
Wielkie w rzemiennem drzewa niosąc toku.Poszli do siebie oni dway rycerze;Takiego biegu, albo raczey skokuNie było nigdy w żadnym bohaterze:Bo, bez wątpienia, niedościgłe oku,Ledwie tak leci wystrzelone pierze;Drzewa się obie o zbroie złamały,Skry szły, a trzaski pod niebo leciały.
Dźwięki z tych razów po różney się stronieY po przyległych górach rozlegały,A samem głowy, ani pyszne skronie,Ani wyniosłe czoła nie zadrżały;A tak się oba uderzyły konie,Że, iako zdechłe, na pował leżały —Których skoro tak obadwa pozbyli,Od boków mieczów ogromnych dobyli.
Ostrożnie niosą rękę, oko, nogę,A wzaiem sobie obadwa nie wierzą;Co raz nayduią do ran nową drogę,To w łep, to w piersi, to do brzucha mierzą;A podawaiąc omylną przestrogę,Nie tam, gdzie mierzą, lecz indziey uderzą —To wprzód, to pozad kroków pomykaią,A czasem się, chcąc, sobie odkrywaią.
Ukazał Tankred bok tarczą odkryty,Znać beło, że był ćwiczonem szermierzem —Wyniósł się z mieczem Argant iadowity,W tem bok swóy lewy odsłonił puklerzem;Tankred miecz odbił tak, że raz odbitySzedł wniwecz — y wraz dosiągł go koncerzemY wskok się cofnął y stanął zaś w kroku.A temu pluszczy krew z rannego boku.
Poczuwszy Argant, że iuż beł raniony,Y namacawszy znaczną w boku dziurę,Zrże się sam w sobie y iako szalonyMiece się, czuiąc zdziurawioną skuręY wściekłem, iak pies, gniewem zapalony,Wyniózwszy y głos y miecz wielki wzgurę,Z obu rącz nań tnie; on w tem ranę nowąZadał mu w ramię, drugi raz sztychową.
Iako, na Tatrach, wieprz dziki poszczwany,Widząc na sobie zsiadłe ze krwie lepy,Krzywemi kłami — wielkie tocząc piany —Gwałtem się miece y drze na oszczepy,Tak Argant ranę odniózwszy do rany,W niebespieczeństwo idzie, iako ślepy;Y tak na pomstę biegł nieokrócony,Że swoiey własney zapomniał obrony.
Co iedno miał sił w sobie w oney dobie,Wszystkie gromadzi y w kupę ie ściska;A mieczem, który beł na ręce obie,Iako piorunem po powietrzu błyska.Drugi iuż wytchnąć nie ma iako sobie,Bo nań śmiertelne raz w raz razy ciska,Tak wielkiey mocy żadne strzymać sztuki,Żadne szermierskie nie mogą nauki.
Długo iuż czeka Tankred nademdlony,Aza się kiedy poganin zmorduie;Czasem się składa, czasem przez zagonyNa koło mu się rączo ustępuie.A widząc, że ów trwa nieprzełomionyY co raz barziey siekąc, następuie —Z obu rącz mieczem, także nie przestaiąc,Siekł, iako y on, nie odpoczywaiąc.
Iuż umieiętność za nic prawie stoi,Na siłach zgoła należało wiele,Za każdem cięciem blachy miecz ukroi:Albo w niey dziura, albo rana w ciele;Pot płynie z czoła, krew ciekąc po zbroiMiesza się w piasku y suchem popiele;Miecze się, iako pioruny błyskały,Zbroie od razów, iako nieba grzmiały.
Bohatyrowi swoyemu życzliwi,Patrzą z niezmierną boiaźnią poganie;Z niemnieyszem strachem y nie mniey wątpliwiCzekaią także końca chrześcianie.Y ci y owi, równo boiaźliwi,Nikt nie rozdziewi gęby, patrząc na nie,Żaden nie trunie, żaden się nie ruszy,Tylko, że się kęs rusza serce w duszy.
Iuż się obadwa byli zmordowaliY podobnoby koniec beli mieli,Ale noc zaszła, że ci co patrzali,Nic albo mało — choć zbliska — widzieli.W tem araldowie dway na plac wiechali,Którzy ie rozwieść y rozwadzić chcięli;Co z tamtey strony, Pindorem go zwano,Chrześciańskiemu Arydeus dziano.
Tych taka wolność, taka iest ustawa.Że laski swoie kładą miedzy miecze;Taki z zwyczaiu i dawnego prawa,Bóy nagorętszy rozwiedzie y zwlecze.„Równiście sobie, zła w pociemku sprawa,Przestańcie się bić — Pindor pierwszy rzecze —Widzicie, że mrok ciemny następuye,Niech odpoczynek swóy noc zachowuye:
Wszystkie zwierzęta pokóy w nocy maią,A dnia się do prac iasnego używa;Wspaniałe serca o dzieła nie dbaią,Które ciemnością swoią noc pokrywa“.Odpowie Argant: „Mnie y w nocy znaią,Niech kiedy kto chce sobie odpoczywa,Ia ztąd nie ziadę y bić się z niem będęTak długo, aż mu na gardle usiędę;
Chybaby przysiągł, że tu zaś przyiedzie“.A Tankred na to: „Ia też nie odiadę,Aż mi przysięże, że więźnia przywiedzie,A na rozczętą stawi się biesiadę“.Przysiągł Cyrkaszczyk zaraz po TankredzieTak araldowie odłożyli zwadę,A żeby one rany wyleczyli,Szósty do bitwy dzień im naznaczyli.
Tak straszny y tak poiedynek srogiZostał pamiętny u oboiey strony:Nie bez wielkiey go wspominaią trwogiY nie tak rychło będzie zapomniony;Pełne takich mów y domy y drogi,Iako ten y ów beł w boiu ćwiczony;Lecz komu więcey przyznawać się miało —Różnie pospólstwo sobie rozbierało.
Wszyscy czekali y o tem mówili,Co się za koniec naostatek stanie;Ieśli gniew wściekły y szaleństwo, czyliMęstwo y dzielność na placu zostanie.Ale naywięcey trapi w oney chwiliErminią to przyszłe ich potkanie;Bo samey siebie część lepszą widziała,Że tam na Marsie wątpliwem wisiała.
Kassana oyca Erminia miała,W Antyochiey co przedtem panował;Potem się w łupie zwyciężczy dostała,Kiedy królestwo ono opanował;Wszelaką ludzkość po Tankredzie znała,Wielką iey łaskę zawżdy pokazował:Pańskie — w upadku oyczystey stolice —Miała chowanie, a nie niewolnice.
Czcił ią, ważył ią, iako się godziłoWażyć w królewskiem stanie urodzoną;Perły y złoto y co skarbów było,Dał iey y wolność nawet utraconą;Co ią tem bardziey ieszcze pobudziło.Że wpadła w miłość dla niego szaloną —A taką miłość, że podobno więtszeyY nigdy w nikiem nie było gorętszey.
Tak, chocia ciało darował wolnością,Serce y dusza w niewoley została.Z gęstemi łzami, z okrutną żałośćią,Swoiego pana, nędzna, zostawiała.Ale choć taką pałała miłością;Na swe uczciwe tak się oglądała,Że matkę, w leciech podeszłą niebogę,Poiąwszy z sobą, puściła się w drogę.
Do Ieruzalem naprzód się trafiła,Gdzie ią król przyiął y chował przy sobie.Prętko iey potem matka ustąpiłaY po niey tamże chodziła w żałobie.Ale ani żal, że matki pozbyła,Ani wygnanie mogło w oney dobieOnę iey miłość z serca wykorzenić,Albo iey ulżyć, albo iey uplenić.
Gore nieboga, okrutnie miłuie,A żadney nie ma nadzieie w miłości;Coraz się więtszy ogień w niey zaymuie,Dosiągł iuż wszędzie wysuszonych kości;Ztąd, że go taić w sobie usiłuie.Barźiey się żarzy y szerzy w skrytości;Ale w niey martwe nadzieie ożyły,Gdy z woyskiem przyszedł pod miasto iey miły.
Gdy chrześciańska moc następowałaY szły chorągwie pod miasto rozwite,Wszystkich okrutna trwoga zdeymowała,Widząc narody obce rozmaite.Ona się sama tylko radowałaY z chciwem — między namioty rozbiteY między zbroyne hufce — okiem lazła,Tak długo, aż gdzie Tankreda nalazła.
Podle pałacu była królewskiegoWysoka wieża, tuż przy samem murze.Z którey mógł przeyżrzeć do chrześciańskiegoObozu prosto tak, iako po sznurze.Tam Erminia od świtu ranegoDo samey nocy siadała na gurze,Tam chciwe myśli y oczy karmiła,Tam sama z sobą rozmowy czyniła.
Tam się y w ten czas strapiona puściła,Kiedy miał bydź on poiedynek srogi;A od boiaźni, która ią trapiła,Lękliwe serce drżało u niebogiY Mars wątpliwy, na który patrzyła,Czynił, że mdlała z oney wielkiey trwogi:Zawsze, kiedy się Cyrkaszczyk zamierzył —Czuła, iakby ią miecz w serce uderzył.
Potem, kiedy się tego dowiedziała,Że mieli znowu wrócić się do boiu;Łzy bez przestanku smętna wylewała,Z frasunku, z strachu, z żalu, z niepokoiu.Nakoniec iuż łez tak wiele nie miała,Ale na zimnem wsparwszy się podwoiu,Wzdychała, mdlała, czasem z mdłości padła,A wszystka srodze wyschła y wybladła.
Ieśli też kiedy oczy wypłakaneZawarła, albo iaki kęs usnęła,Widziała przez sen larwy, że w zamianęRadaby bela śmierć za on sen wzięła.Czasem miłemu swoiemu zadaneRany uyźrzawszy, nagle się ocknęła,Co raz się przed nią ukrwawiony stawi —Tak nędzna płacze we śnie y na iawi.
Nie tylko serce y umysł niewieściPrzyszłego boiu kłół strach niewytrwany,Ale ią różne trwożyły powieściY Tankredowe niebespieczne rany.Po wszystkiem mieście beły takie wieści,Między chciwemu tych nowin pogany,Że niebespiecznie w onych ranach leżałY nie tuszyli, aby się wyleżał.
A iż od matki wzięła i wiedziałaIaką moc w sobie wszystkie zioła maiąY słowa pewne y rymy umiała,Które naiwiętsze bóle uśmierzaią —(Która nauka tam się więc chowałaW samych królewnach — iako powiadaią)Myśli, by iako pospołu bydź z choremY uleczyć go y bydź mu doktorem.
Zleczyćby sobie miłego życzyła,Y dać mu zdrowie, iako inszem wielem;A musząc leczyć Arganta, myśliłaOtruć go iakiem iadowitem zielem.Ale się ręka panieńska obroniłaZłych nauk, chocia nad nieprzyiacielem,Y chce z tey miary, aby nie ważyłyRymy — i zioła wszystkę moc straciły.
Nie bałaby się iść miedzy namiotyDo nieprzyiaciół, bo iuż nie raz woynyWidziała, niewczas i różne kłopotyCierpiała, żywot wiodła niespokoyny.Miała y serca i dosyć ochotyY umysł śmiały, tey płci nieprzystoyny,Nie wylękła się na strach ladaiakiY na przypadek zmężniała wszelaki.
Y tak iey w on czas dodawała tyleZła miłość — serca y męskiey śmiałości,Że afrykańskie między krokodylePoszłaby była okrom wątpliwości.O żywot namniey nic nie dbała, byleUczciwe całe miała przy czystości;Cnota y miłość, dway rycerze mężni,Spieraią się w niey, a oba potężni.
Ieden tak mówi: „O któraś me prawaPrzez ten czas wszystek y zakon chowała.Moia to praca y moia to sprawa,Żeś swe panieństwo wcale zachowała.Miałaś w niewoley dobrego przystawa,U nieprzyiaciół iam cię pilnowała —A ty ustrzegszy czystości w niewoley,Teraz ią stracić chcesz, będąc na woley?
Y tak rozumiesz, że to tytuł goły,Y cnotliwą być y dobrą rzeczoną;Chcesz między harde iść nieprzyiacioły,Lekkości szukać y bydź obelżoną.Potka cię tem kto: [a prawda na poły]Straciłaś cnotę pospołu z koroną,Ia nie dbam o cię; tak cię wypchnie z domuY da wzgardzoną zdobycz lada komu“.
Drugi tak mówi y wstyd ieszcze całyChce iey wyrazić słowy łagodnemi:„Nie z twardeieś się urodziła skały,Nie miedzyś źwierzmi urosła dzikiemi,Aby cię ruszyć miłości nie miałyY żebyś miała uciekać przed niemi —Chybabyś serce z żelaza ukowaćDać sobie chciała; co za grzech miłować?
Nie mieszkay a idź, gdzie cię chęć zawodzi,A nie wierz, aby miał bydź tak surowy;Coć to zawadzi albo coć zaszkodzi —Do zobopólney że z niem przyidziesz mowy?O sroga dziewko, takli się to godzi?Niechcesz koniecznie, aby mógł bydź zdrowy?Tylko nie skona ten, co go miłuiesz,A ty inszego leczysz y pilnuiesz!
Leczysz Arganta przedsię po staremu.Żeby go potem srodze zamordował;Takąż to masz dać wybawcy twoiemuNagrodę? co cię wolnością darował.Iakoć się służyć nie przykrzy tamtemu,A tego odbiec, coć się zasługował?Do któregobyś w lot ztąd bieżeć miała,Abyś go we złem zdrowiu ratowała.
Dobrzebyś była więtszey godna dzięki,Y prętkobyś się z tego ucieszyła,Kiedy byś mu ty sama z własney rękiLekarskiey, rany iego pogoiła,Y zbawiwszy go y bólu y męki —Do zdrowiabyś go pierwszego wróciła,A w twarzy byś się iego przeglądała,Y w tey piękności, którąbyś mu dała.
Do tego ieszcze miałabyś niemałąCzęść między iego wielkiemi dziełami.Y tak miłością zięci doskonałą.Zostalibyście sobie małżonkami.Y chodziłabyś, palcem ukazałąMiędzy pierwszemi wielkiemi paniamiWe włoskiei ziemi, kędy starożytniePrawdziwa wiara z piękną cnotą kwitnie“.
Tak długo iey zła miłość pochlebiała,Że na iey radzie nakoniec poległa;Ale w tem trudność wątpliwą widziała,Iakoby ztamtąd uszła y ubiegła.Straż się na koło wszędzie przechadzała,Która y murów y pałacu strzegłaY bramy wszystkie ustawnie zawarte,Bez wielkich przyczyn nie beły otwarte.
Pospolicie się z Kloryndą bawiła,Barzo się w sobie obiedwie kochałyY kiedy zorza z morza wychodziłaY kiedy gasła — pospołu bywały.Czasem, kiedy noc mrokiem świat okryła,Na iedney z sobą pościeli sypiały,Iedna się drugiey wszystkiego zwierzała,Okrom miłości, tę w sobie trzymała.
Tę Erminia tylko pokrywała,A maiąc często zapłakane oczy,Gdy o przyczynę Klorynda pytała,Wszystko na swóy stan składała sierocy.Z nią w towarzystwie ustawnie bywała.Wolno iey beło y we dnie y w nocyDo iey łożnice y do yey pokoiu,Lub z królem w radzie, lubo beła w boiu
Y przyszła tam raz y siedziała sobieChwilę, swe myśli sobie rozbieraiącY o swoiego skrytego sposobieWyszcia za miasto w pole — rozmyślaiąc.Kiedy tak długo stała w oney dobie,Umysł wątpliwy różnie obracaiąc,Z trafunku oczy rzuci na stół bliskiY uyźrzy zbroię swoiey towarzyszki.
Westchnąwszy, rzecze: „O błogosławionyStan cney dziewice w takiey szczęśliwości,Zayźrzeć iey muszę, nędzna z każdey strony,Nie płci panieńskiey chwały, nie gładkości —Ale, że iey nóg nie trudnią ogony.Gmach iey zawarty nie bierze wolności,Wychodzi, gdzie chce y chodzi we zbroi,A sromoty się żadney ztąd nie boi.
Czemu mię niebo, albo przyrodzenieTak nie stworzyło, iako tę dziewicę,Żebym te rąbki i miękkie odzienieMogła odmienić; w pancerz i przyłbicę,Pewniebym — maiąc na to pozwolenie —Wolała zbroię, niż tę iedwabnicę;W polubym zawsze pod niebem mieszkała,Znóy, deszcz, wiatr, zimno, wszytkobym wytrwała.
Pewnie, żebyś się pierwey był przedemnąNie bił z mem miłem, hardy Cyrkaszczyku!Pierweyby mu się przyszło potkać zemnąY podobnoby iuż był u mnie w łyku —Lekkąbyś beł miał, słodką y przyiemnąNiewolą u mnie, ty móy okrutniku;Y z twych powrozów y z twoiego węzła,Lżeyszyby beł móy, w któremem uwięzła.
Albobyś mię też w serce trafił grotemY umarłabym z tey rany zarazem,A dopierobym ozdrowiała potem,Zleczywszy miłość życzliwem żelazem;Y iużbym więcey nie myśliła o tem,Miałoby pokóy ciało z duszą razemY — a co wiedzieć — ieśliby mych kościNiepogrzebł, albo nie płakał z litości.
Lecz niepodobnych napieram się rzeczyY myśl, niestetysz, oszukiwam swoię,Iakosz to ma bydź y iako to grzeczy?Ladaczego się licha dziewka boię,A choć mi rozum pochlebia człowieczy,Mieczem nie władnę, nie udźwignę zbroie,Lękliwe serce, słaba moia siła...— Owszem udźwignę, by naycięższa była!
Gdzieby iey też me siły nie zdołały,Miłość ią na mię dźwignie y poniesie;Za iey zdarzeniem ieleń bywa śmiałyY mężnie rogiem w gęstem kole lesie.Iać się bić nie chcę, ale ieden małyFortel mi pono ta zbroia przyniesie:Chcę się Kloryndą udać y w postawieIey wyniść z miasta y pomóc tey sprawie.
Stróże y którzy bramy zamykaią,Puszczą ią zaraz — ile baczyć mogę —Wszystkie mię insze sposoby miiaią,Tę samę iednę widzę na to drogę;Miłość, fortuna, niech mi pomagaiąNiewinney zdrady y wiodą niebogę,Lecz to wykonać próżno przy Kloryndzie,Lepiey iść teraz, niż od króla wyńdzie“.
Naostatek iuż tak się namyśliła,
Y Kloryndzinę zbroię wynosiłaCicho do swego gmachu ukwapliwa;Łatwie się iey to zdarzyło: nie byłaZ nią tam na ten czas żadna dusza żywa.Noc też nadszedszy, dała pomoc snadną,Życzliwa tem, co miłuią y kradną.
A kiedy tylko małe światło daiąc,Gwiazdy świeciły, a noc pociemniała —W iedney się dawney słudze swey kochaiąc,Do pokoiu iey sobie zawołała;Z iednem lokaiem, któremu ufaiąc,Oboygu część swych myśli odkrywała:Że uciec musi — na to tylko składa,Ale dlaczego — tego nie powiada.
Lokay, kiedy się miała iuż wybierać,Wszystkie zgotował potrzeby ku drodze;Ona też zatem ięła się rozbieraćZ szaty, która szła do ziemie po nodze.Potem się w kawtan przeszyty ubieraćPoczęła, w którem przystało iey srodze;A tak się ubrać zarazem umiała,Że iey mało co sługa pomagała.
Piersi y szyię śniegowi podobnąOkryła w ten czas y swóy warkocz złoty,Nie szatą iaką miękką y ozdobną,Ale twardemi urobioną młoty;Rękę pieszczoną y przedtem swobodnąPrzyniewoliła do męskiey roboty:Dźwiga tarcz. Miłość śmieie się, na onoHerkulesowe wspomniawszy wrzeciono.
Ledwie nieboga zrazu stąpić mogła,Kiedy on ciężar tak wielki dźwigała,Ale iey panna służebna pomogła:Iakokolwiek się na niey podpierała.Potem, kiedy się spracowana zmogła,Miłość z nadzieią sił iey dodawała,Tak, że tam obie skwapliwie przypadły,Gdzie lokay czekał y na konie wsiadły.
Tak przebrawszy się zaraz poiechały,Naustronnieyszey trzymaiąc się drogi,Ale się z wielą przedsię potykały,A blask się w nocy z zbroie świecił srogi;Każdy zstępował, którego miiały,Nie bez boiaźni, nie bez wielkiey trwogi;Bo znak Kloryndzin straszny, chocia w cieniuY zbroyę znali przy białem odzieniu.
Acz się iey nie źle z początku powiodło.Przedsię się iakiey przeszkody boiała,Coś ią straszyło, coś ią w serce bodło,Że ią przygoda iaka potkać miała;Iednak do bramy śmiele szła y godłoDawszy, wrotnego łatwie oszukała:„Król mię śle w pole, co pręcey mię puszczay!Iam — pry — Klorynda, wzwód mi zaraz spuszczay“.
Głos białogłowski, podobny onemuGłosowi, którem Klorynda mówiła,Zdał się bydź własny Kloryndzin wrotnemu,Tak go udała y dobrze zmyśliła.Więc, ktoby beł rzekł, ktoby wierzył temu,Żeby ta mdła płeć we zbroi ieździła?!Tak wypuszczeni poiechali sami,Zakryci chrósty, albo dolinami.
A kiedy beli w dobrey ćwierci mili,Dopiero konia wodzą zawściągnęła.Mniemali, że iuż złe razy przebyliY że co więtsze zawady minęła;Ale dopiero myślić w oney chwili —Co iey wprzód na myśl nie przyszło — poczęła:Coraz to więtszą trudność naydowała,Którey, kwapiąc się, nie upatrowała.
Wielkie szaleństwo y głupstwo widziała,Tak po żołniersku iachać tam ubraną;To przedsięwzięcie y tę wolą miałaNieznacznie w obóz przyiechać nieznaną,A swemu tylko miłemu się chciałaDać znać, z czystością cało zachowaną;Przeto stanąwszy, lokaia przyzwała:Wrzkomo to iuż bydź ostroźnieyszą miała.
„Idź wprzód przedemną do chrześciańskiegoObozu, ale spiesz się y bież sporo,Tam się dopytay do TankredowegoNamiotu zaraz, kędy leży choro;Powiedz, że yedna dla niebespiecznegoZdrowia iego chce przybyć tu, a skoroOn będzie przez nię zdrowy, za nagrodęMa iey dać pokóy, wolność y swobodę;
A że mu dufa, że ią w mocy maiąc,Nie uczyni iey żadney zelżywości.Będzieli więcey chciał wiedzieć, pytąiąc —Mów, że ni o czem nie masz wiadomości;A ia tu sobie tak odpoczywaiąc,Będę cię czekać nie bez teskliwości“.Tak go uczyła, a on się nie bawił,Biegł, iakoby mu skrzydła kto przyprawił.
Do obozu go zarazem puszczono.Bo ten lokay beł sprawny y bywały;Tankredowe mu także ukazanoTo stanowisko, gdzie leżał zchorzały.Odniósł mu wszystko, co mu rozkazanoY wracał się wzad — gdzie obie czekały —Z tem, że ią wdzięcznie chciał przyiąć i miałaBydź zataioną inszem, iako chciała.
A w tem tak małey znieść nie mogła zwłoki,Frasowała się, że się długo bawił:Liczyła cudze sama w sobie kroki.„Iuż — prawi — doszedł, iuż poselstwo sprawił“.Potem na wzgórek wiechała wysoki.Tusząc, że idzie y że się odprawił;A kiedy go tak pilno wyglądała,Nieprzyiacielskie namioty uyźrzała.
Noc na się była rąbek z gwiazd włożyła,A niebo iasne świeciło pogodnie —Iuż y Cynthya pełna prowadziłaSwe złote wozy między mnieysze ognie;Erminia też swoie rozłożyłaPospołu z niebem, gorące pochodnie,Czyniąc ich świadkiem życzliwe milczenieY nieme pola y miesięczne cienie.
Patrzy na obóz, cieszy się nadzieiąY mówi z sobą: „O! piękne namioty,O! iako miłe wiatry od was wieiąY niezwykłey mi dodaią ochoty;Niechay mię wierzchy wasze przyodzieią,Niech ze mnie zdeymą te ciężkie kłopoty,Bo pewnie, ieśli pod niemi nie będę,Żywot położę y zdrowia pozbędę
Przyimcie mię! a niech doznam tey litości.Którą mi miłość po was obiecała,Y doświadczoney przedtem łaskawości,Którąm w niewoley po swem panie znała.Nie chcę straconey od was maiętnościY abym znowu królową została —Wielką mi łaskę, wielką pokażecie,Kiedy mi służyć u siebie każecie“.
Tak do nich mówi, a nie myśli o tem,Iako Fortunę miała iadowitą.Miesiąc pogodny swem promieniem złotemBił z nieba z góry w zbroyę niezakrytąY odtrącony zasię od niey potem,Światłość daleką posyłał odbitą;Więc po poświecie szata się bielała,A na szyszaku tygrys się błyszczała.
Iako zły los chciał, rotmistrze ćwiczeniStraży tam beli w tych mieyscach zawiedli;Polifern, Alkandr, bracia dwa rodzeniStarszemi beli y te ludzie wiedli;Pilnuiąc tego, aby SaraceniZ pola do miasta bydła nie nawiedli.Że lokay z strażą pominął się oną —Musiał daleko obbieżeć gdzie stroną.
Polifern młodszy, któremu zabiłaOyca Klorynda czasu niedawnego,Rozumiał, że to ona sama była,Zayrzawszy stroiu zwykłego białegoY ztąd, gdzie się straż była zasadziła,Konia w tą stronę obracał rączegoY krzycząc głosem, biegł na Erminią,Prętkiey chciw pomsty z złożoną kopiją.
Iako więc ieleń na puszczy pierzchliwy,Kiedy z pragnienia szuka swey ochłody,Tam, gdzie przy skale strumień widzi żywy,Znienagła idzie bespieczny do wody;A ieśli na psy wpadnie, gdy leniwyMiędzy leśnemi napić się chce chłody —Skoczy y nazad bieży wylęknionyY zapomina, że beł upragniony:
Tak y ta będąc srodze upragnionaZ skrytego ognia gorącey miłości,Y tusząc zgasić pragnienie — strapiona —W swego miłego przyszłey obecności;Teraz, nieboga, będąc omylonaY słysząc groźby niespodzianych gości —Siebie y pierwszey zapomina chęciY uciekaiąc, bieży bez pamięci.
Ucieka nędzna, a swoiego koleZe wszytkiey mocy konia ostrogami;Panna służebna tuż za nią przez pole,A Polifern ie goni z żołnierzami.W tem się skradaiąc niziną przy dole,Z późnemi lokay wracał nowinami;Widzi pogonią wielką za swą paniąY ucieka też, w różną stronę, za nią.
Alkander mędrszy, Polfernów rodzony,Za Kloryndę ią własną także maiąc,Nie chciał iey gonić, ale utaionyW chróście się na nię zasadził, czekaiąc;A z iego ludzi ieden wyprawiony,Biegł do obozu zarazem znać daiąc,Że stądstad do miasta żadnych nie pędzono,Ale Kloryndy samey postrzeżono
Y że tam sobie wszyscy tak mówili,Że ona maiąc hetmańską buławę,Nie darmo z miasta wyszła w oney chwiliY wzięła na się sama tę wyprawę;Przeto, niechayby ostrożnemi byli,A pilne oko na tę mieli sprawę,Iako to skoro do obozu doszło,Po wszystkiem woysku zaraz się rozniosło.
Tankred nowiną pierwszą przerażony,Kiedy do iego przyszła wiadomościŚwieża wieść ona, myślił utrapiony,Że się dla niego wdała w te trudnościY w pancerz tylko lekki obleczony,Troski y wielkiey pełen wątpliwości,Wsiadszy na swóy koń, wodze mu wypuściłY we wszystkiem się biegu za nią puścił.