Zamek Kadyow

Walter Scott (1771–1832)

Traducido del inglés por Antoni Edward Odyniec

Gdy Hamiltonów możne pradziadyŻyły, panując na Kadyowie;Brzmiały na zamku głośne biesiady,Szli na wyścigi głośni bardowie.

W dziedzińcach jego grzmiały gonitwy,Rycerska młodzież biegła z okoła;Po salach jego, zwycięzców z bitwyWabiła w taniec piękność wesoła.

Dziś Kadyowu gmach w gruzach leży,Grobowy pomnik dawnego stanu;Wiatr tylko szumi w ruinach wieży,I szemrze spodem fala Ewanu.

Ty jednak każesz, o jego dawnychDniach wspaniałości, uczt i wesela,O jego panach wielkich i sławnych,Śpiewać dawnego tonem minstrela.

Bo dusza twoja lubi na chwilęWzgardzić światowym zgiełkiem i pychą,I na przeszłości świętéj mogileDumać, i ze czcią łzę wylać cichą.

A więc, dziewico! niech się tak stanie!Wzrok twój zapałem wieszcza przenika;Na twoich brzegach, kręty Ewanie!Przeszłość powraca, obecność znika.

Patrz! kędy gruzów zwalone stosyPrzed chwilą trawa i mech krył szary:Ostrza się wieżyc wznoszą w niebiosy,Na nich herbowe wieją sztandary.

Patrz! gdzie skaliste rzeki nadbrzeże,Piętrząc się dziko, cień ściele bury,Powstają rzędem baszty i wieże,I czarnym pasem ciągną się mury! —

Noc jest; — w przejrzystych rzeki kryształachDrży postać zamku, tło ich mrocząca;Strażnicze ognie, płonąc po wałach,Rumienią bladą jasność miesiąca.

Miesiąc zachodzi — zorze się płoni —Wszystko się w zamku rusza i budzi;Słychać w dziedzińcach parskanie koni,Skomlenie psiarni, i gwary ludzi.

Padł most zwodowy — brzęczą łańcuchy,Brzmią głucho deski — tłoczy się zgraja;A każdy jeździec pełen otuchy,Bodźcem rumaka zapał podwaja.

Przede wszystkimi sam wódz na przedzie,W myśliwskim stroju hasa na koniu:A koń, na którym Hamilton jedzie,Wiatry wyścigać umié po błoniu.

Sarna się kryje w najgęstsze łomy,Jeleń w najdalsze ucieka bory,Bo już straszliwy, głos im znajomy,Głos trąb napełnił lasy i góry.

Lecz coż to? słyszysz! wzdłuż rzeki brzega,W gęstwinie dębów wiekami żywych,Trzask drzew i głuchy ryk się rozlega,Głośniéj od wrzasku rogów myśliwych.

Najpotężniejszy z mocarzów lasu,Czarno-brodaty żubr Kaledonu,Wypadł jak piorun, śród psów hałasu,Pędzi, gdzie stoi wódz Hamiltonu.

Chyląc ku ziemi czoło straszliwe,Krwią zaszłe oczy ciska na wrogów,Ryczy, i jeżąc rozlotłą grzywę,Szarpie darninę ostrzem swych rogów.

Dobrze wymierzył wódz niezmięszany,Śród piersi byka grot utkwił cały.Runął, krwawemi rzygając piany,A trąby wkoło tryumf zagrały. —

Już jest południe: — pod gęstym dębemMyśliwy orszak skrył się przed spieką;Dym między drzewa wije się kłębem,W lesie im ucztę warzą i pieką.

Z dumą wódz patrzał, leżąc na ziemi,Na orszak krewnych, na stosy plonów. —Czemuż nie widzi razem z drugiémi,Najmężniejszego z krwi Hamiltonów? —

— „Gdzie jest, rzekł, Bottwell nasz z Bottwellawy,Piérwszy na naszych ucztach i łowach?Czemu nie dzieli naszéj zabawy,Naszej biesiady w leśnych dąbrowach?“ —

Ponurym głosem rzekł Klaud z Paslei:„Minęły czasy jego wesela!Nigdy za stołem, nigdy śród knieiNie zobaczymy więcéj Bottwella!

„Kilka dni temu, jego spokojnyZamek brzmiał echem szczeréj radości,Gdy do swych ognisk wróciwszy z wojny,Częstował ucztą krewnych i gości.

„Kilka dni temu, piękna i tkliwa,Marya jego, w dni swoich kwiecie,Szczęśliwa żona, matka szczęśliwa,Swe pierworodne karmiła dziecię.

„Lecz nagle rozkaz Murraja wroga,Z ogniem i mieczem nasłał żołnierzy;Na dachy jego spadła pożoga,Zastęp obrońców pod gruzem leży.

„A jego żona! — szydząc z jéj jęku,I urągając z krzywdy i sromu,W nocy, wpół nagą, z dzieckiem na ręku,Z przywłaszczonego wypchnęli domu!…

„Cień jéj dziś tylko, w mglistych osłonach,Gdzie fala Esku szumi przez gaje,Niesiony wiatrem, z dzieckiem w ramionachCo noc bolesne jęki wydaje.

„Widzą go ludzie, słyszą rozpacze,Jak woła imię swego Bottwella,

Jak nad umarłém dzieckiem swém płacze,I żąda pomsty z nieprzyjaciela!“ —

Skończył — struchleli żalem i gniewem,Jeden krzyk zemsty zatrząsł dąbrową.Skoczył Hamilton wsparty pod drzewem,I mieczem z pochwy błysnął nad głową…

Wtém zatętniało pole kopyty —Ktoś prosto ku nim pędzi przez błonia;A w ręku jego sztylet dobyty,Zamiast ostrogi bodzie nim konia.

Twarz jego blada, włos rozczochrany,Wzrok słupem na przód patrzy bez celu;Jeździec i rumak krwią obryzgany —„To on! to Bottwell! — witaj Bottwellu!“ —

Wołają, biegną, trzymają strzemię —On z gorączkowym w twarzy zapałem,Zskoczył, i z wzgardą rzucił na ziemięMuszkiet dymiący świeżym wystrzałem.

I rzekł ponuro: — „Wiém, że wam miłoMyśliwskie trąby brzmiały dziś z rana;Lecz miléj stokroć mnie słyszeć byłoOstatnie jęki wroga, tyrana!

„Żubr co go wasze zwaliły strzały,Z dumą dziś jeszcze deptał po puszczy;Lecz dumniéj stokroć Murraj zuchwałyJechał na czele dwornéj swéj tłuszczy.

„Przez Linlitgowu kręte ulice,Tłum go zebrany wiódł z okrzykami;Z okien i z ganków, ręce kobiécePrzed nim i za nim siały kwiatami.

„Wracał zalawszy krwią Pogranicze,Jarzmo swéj władzy narzucił klanom;I upojone dumą obliczeKu swym przybocznym zwracał dworzanom.

„Lecz co mi znaczy wroga potęga?Co mi straż jego, orszak i pycha?Gdy wiém, jak zdala muszkiet mój sięga,Gdy w sercu mojém zemsta oddycha! —

„Ja i mój muszkiet weszliśmy w radę.Obrałem miejsce w ciemnéj ustroni;Ztamtąd widziałem całą gromadę,Całą tę ciżbę ludzi i koni.

„Morton zausznik, dzid szkockich borem,Z konnicą drogę torował panu;W tyle, z dobytym w ręku klajmorem,Szedł gęstym szykiem klan Makferlanu.

„Po bokach Duglas, i Lord z Glenkerny,I Knox się swoją świętością puszył;I dziki Lindsay, zdrajca niewierny,Co się królowéj płaczem nie wzruszył.

„Między tym dworzan i wojsk natłokiem,Z pod piór Murraja hełm złoty błyskał;Koń jego ledwo stąpić mógł krokiem,Tak wkoło niego lud się naciskał.

„On skinął czołem, i wzrok ponury,Z pod brwi nawisłych, wodził po tłumie;I swą buławę podniósł do góry,Jakby wskazywał, że dzierżyć umie.

„Lecz było w twarzy zwątpienie ducha,Próżno chciał udać uśmiech wesela;Zły duch snąć jemu szeptał do ucha:„Skrzywdziłeś, bój się zemsty Bottwella!“ —

„Zagrzmiał mój muszkiet — krzyknęła zgraja.Wspiął się do góry rumak książęcy:Chyli się na bok pióro Murraja —Runął o ziemię, by nie wstać więcéj.

„Jak kochankowi, gdy wzajemnościSłowo z ust lubéj posłyszy przecię;Jak myśliwemu, szarpiąc wnętrznościWilka, co niegdyś pożarł mu dziecię:

„Tak, i sto razy miléj mi było,Widzieć, jak zdrajca w prochu się tarzał;Słyszeć, gdy życie z krwią uchodziło,Jak próżno nędznik jęki powtarzał.

„Ujrzałem mojéj Maryi ducha,Cieszył się z śmierci nieprzyjaciela;Konającemu szeptał do ucha:„Czujesz, morderco! zemstę Bottwella!“……

„A więc do broni, krwi Hamiltona!Wszystkim jak krzywda, zemsta nam wspólna.Dziś czas rozwinąć wojny znamiona —Murraj zabity, Szkocya wolna!…“ —

Wszyscy z zapałem rwą się do broni,Brzmi trąb odgłosem puszcza okolna:„Chwała Bottwellu! chwała twéj dłoni!Murraj zabity, Szkocya wolna!…“ —

Lecz patrz! zniknęło barda widzenie,Ucichł mu w uszach okrzyk wojenny;Ewanu tylko słychać mruczenie,I po ruinach wiatr dmie jesienny.

Runęły wieże, spadły sztandary,Chwast na ich miejscu powiewa znowu;I znów jak przedtém mech okrył szaryLeżący w gruzach gmach Kadyowu.

I pieśń minstrela znikła gdzieś z echem,Wiatr tylko jęczy resztą jéj tonów;A obok niego, z łzą i uśmiechem,Stoi ostatnia z krwi Hamiltonów!…

Szczęśliwy śpiewak! czyja pieśń umie,Wzbudzić łzę żalu, uśmiech wesela;Szczęśliwa dusza! która rozumieUrok przeszłości, pieśni minstrela!…