Akt drugi

William Shakespeare (1564–1616)

Traducido del inglés por Jan Kasprowicz

Makbet

BANKO: Jak późno w noc jest, mój chłopcze?FLENS: Księżyc już zaszedł. Zegaram nie słyszał.BANKO: Księżyc zachodzi o dwunastej.FLENS:  Myślę,Że jest już później.BANKO:  Weź mój miecz! Tam w niebiePo gospodarsku się rządzą: zgasiliWszystkie swe światła, Weź i to! Na oczachMus snu mi cięży, jak ołów, a przecieZasnąćbym nie chciał. Litościwe moce,Kiełzajcie we mnie te myśli przeklęte,Którym otwiera drogę przyrodzenieW czasie naszego spoczynku. Daj miecz mój!Kto to?

MAKBET: Przyjaciel.BANKO:  Jeszcze nie śpisz, panie?Król jest już w łóżku. W niezwykle wesołym

Był dziś humorze; hojne podarunkiPosłał twej służbie; tym zaś diamentemKazał pozdrowić, panie, twą małżonkęJako przemiłą gospodynię. Spoczął,Zadowolony bezmiernie.MAKBET:  Chęć nasza,Jako że była nieprzygotowana,Stała się sługą braku — w innym razieRuszałaby się swobodnie.BANKO:  UdałoWszystko się dobrze. Ostatniej tej nocyŚniłem o owych siostrach czarownicach.Co do was, panie, to wam ujawniłyPoniekąd prawdę.MAKBET:  Nie myślałem o nich.Lecz, jeśli da się poprosić godzinkęNa swe usługi, to będzie jej możnaZużyć na kilka słów w tej właśnie sprawie.Skoro mi czasu użyczysz?BANKO:  Wybieraj,Jak ci się widzi.MAKBET:  Jeśli ze mną zawrzeszZgodę, jeżeli to się stanie, z twoim toBędzie honorem.BANKO:  Byłem go nie stracił,Starając się go pomnożyć, swobodneByłem zachował serce oraz wiernośćNiepokalaną, to rady twe przyjmę.MAKBET: Tymczasem życzę dobrej nocy.BANKO:  Dzięki.I tobie, panie, życzę jej nawzajem.

MAKBET: Idź, poproś panią, aby zadzwoniła,

Skoro mój trunek będzie gotów, potemMożesz do łóżka.

Sztylet to, co widzęTutaj przed sobą, rękojeścią k’mojejZwrócony dłoni? Chodź, niechaj cię ujmę!Ja nie mam ciebie, a wciąż na cię patrzę.Czyś ty złowróżbne widziadło, dostępneNie dla dotyku, a tylko dla oczu?Jesteś sztyletem tylko wyobraźni,Tworem ułudnym, który się wylaniaZ mózgu, żartego gorączką? A przecieJa ciebie widzę w kształtach tak wyraźnych,Jak sztylet, który ot, teraz wyciągam.Tyś mi przodkowa! w drodze, którą szedłem;Użyć też miałem takiego narzędzia.Albo błaznami są te oczy mojePrzy innych zmysłach, lub są więcej warteNiżeli tam te: ciągle widzę ciebie,A na twej klindze i twej rękojeściWidzę krwi krople, których tam nie było.Niema nic z tego — to krwawy jest zamysł,Który w ten sposób jawi się mym oczom.Teraz na jednej połowinie świataZamarła, zda się, natura; przesłonęSnu szarpie zmora straszliwa; o, terazŚwięcą ofiary czarodziejskie moceBladej Hekacie, teraz mord upiorny,Spłoszon przez swego czatownika, wilka,Którego wycie jest dlań hasłem, zdążaPosuwistemi Tarkwinjusza krokiK’swemu celowi, czając się, jak widmo.O ty, spokojna ziemio, niewzruszona,W swoich posadach, nie słuchaj, jakiemi

Spieszą drogami me stopy; inaczejNawet kamienie zdradzą, dokąd idę,I światu grozę odejmą straszliwą,Która mu dzisiaj przystoi... Ja tutajTak się odgrażam, a on jeszcze zdrowy!Żar czynów chłodzim jałowemi słowy.

Idę... już dzwonek mnie wzywa... Dunkanie,Nie słysz go, nie słysz, gdyż cię to dzwonienieWzywa do nieba, albo w piekieł cienie!

LADY MAKBET: Co ich upiło, to m nie ośmieliło,Co ich zgasiło, mnie dodało ognia!Cóż to jest? Cicho!... To puszczyk zahuczał,Dzwonnik złowróżbny, który przeraźliweWyrzuca z siebie „dobranoc“. On jest tam.Drzwi są otwarte; pijane pachołkiSzydzą chrapaniem z swego obowiązku.Taką im dałam polewkę, że o nichŚmierć i natura toczą spór, czy mająŻyć, czy też umrzeć.MAKBET: (za sceną) Kto tu? Cóż to? Hola!LADY MAKBET:Biada! Obawiam się, że się zbudzili,I wszystko na nic. Nie czyn tak nas gubi,A tylko zamiar. Cicho... Toć sztyletyPrzygotowałam, nie mógł ich nie znaleźć.O, gdyby nie to, że tak był podobny

We śnie do ojca mojego, ja samaByłabym tego dokonała... Mąż mój!

MAKBET: Czyn ten spełniłem. Czy słyszałaś hałas?LADY MAKBET: Słyszałam tylko puhanie puhaczaI poświerk świerszcza... Czyś może co mówił?MAKBET: Kiedy?LADY MAKBET: Tej chwili.MAKBET:  Kiedym schodził na dół?LADY MAKBET: Tak.MAKBET:  Cicho! W drugim kto leży pokoju?LADY MAKBET: Donalbein.MAKBET: (przygląda się swym rękom)Smutny to widok!LADY MAKBET:  BłazeńskiPomysł tak mówić: „smutny widok“.MAKBET:  JedenPrzez sen się zaśmiał, zaś drugi: „Mordercy!“Krzyknął, że wzajem zbudzili się obaj.Jam stał i słuchał, lecz oni, zmówiwszyPacierz, pokładli się znowu.LADY MAKBET:  A zatemLeżą w pokoju oba razem.MAKBET:  JedenZawołał: „Boże, zmiłuj się nad nami!“A drugi: „Amen“, jakby mnie widzieliZ temi rękami oprawcy, jak stojęI nadsłuchuję ich trwogi... Nie mogłemPowiedzieć: „Amen“ wówczas, kiedy oniMówili: „Boże, zmiłuj się nad nami!“LADY MAKBET:Nie zastanawiaj się nad tem tak bardzo!

MAKBET: Ale dlaczegom nie mógł wyrzec: „Amen“?Potrzebowałem wielce zmiłowania,A w gardle „Amen“ utknęło.LADY MAKBET:  Nie trzebaNa taki sposób w takich grzebać sprawach,Bo można przytem oszaleć.MAKBET:  Słyszałem,Tak mi się zdało, głos wywołujący:„Niema snu więcej! Makbet sen zabija!O, sen niewinny, sen, rozplątującyZwikłaną przędzę trosk, jest skonem życiaKażdorazowych dni, sen — kąpiel znojnejPracy i balsam dla dusz udręczonych,Wielkiej natury drugi bieg, na uczcieŻycia naczelny karmiciel...“LADY MAKBET:  Co mówisz?MAKBET: „Niema snu więcej!“ Tak w całymDomu: „Sen zabił Glamis i dlategoKawdor nie zaśnie już nigdy! Już nigdyNie zaśnie Makbet!“LADY MAKBET: I któż to tak wołał?Dostojny tanie, osłabiasz szlachetnąMoc swego ducha, majacząc o rzeczachTak chorobliwie. Idź, weź trochę wodyI to świadectwo wstrętne z rąk swych obmyj!Pocoś tu z sobą przyniósł te sztylety —Tam jest ich miejsce! Odnieś je i pomażKrwią śpiące sługi!MAKBET:  Nie pójdę już więcej!Z przestrachem myślę o tem, com uczynił.Popatrzeć na to jeszcze raz, ja nie mamOdwagi w sobie.LADY MAKBET: Kaleko na duchu,Daj mi sztylety! Śpiący i umarli

Są, jak obrazy; tylko oczy dzieciMalowanego lękają się djabła.Jeżeli z niego cieknie krew, ubarwięTwarze pachołków, gdyż oni się musząWydać winnymi.

MAKBET:  Skąd to kołatanie?Cóż to się dzieje ze mną, że przerażaMnie lada hałas? Cóż to są za ręce?Ha! Wydzierają mi oczy! Czyż wielkieMorze Neptuna zdoła zmyć posokę,Przyległą do rąk mych? Nie, to ręka mojaZajuszyłaby mnogie oceany.Zieleń zm ieniając w czerwoność!

LADY MAKBET:  Me ręceMają twój kolor, ale ja się wstydzęMieć takie serce białe...

KołatanieSłyszę u bramy południowej. ChodźmyDo naszych komnat! Trochę wody spłuczeCzyn ten. Jak lekki będzie on naonczas!

Opuściła cię znów odwaga. Słyszysz,Ktoś stuka dalej. Idź, wdziej suknię nocną —Inaczej bowiem powie sam przypadek,Żeśmy czuwali. Nie gub się tak nędznieW myślach!MAKBET: Świadomość mieć swojego czynu,Byłoby lepiej nie mieć świadomościSiebie samego!

Obudźcie DunkanaSwem kołataniem! Obyście to mogli!

MAKDUF: Czy pan twój wstał już?Nasze stukanie go zbudziło. Idzie...

LENNOKS: Dzieńdobry, panie szlachetny.MAKBET:  Dzieńdobry.MAKDUF: Dostojny panie, król już wstał?MAKBET:  Nie jeszcze.MAKDUF: Kazał się wcześnie wywołać. TymczasemPrzepuściliśmy godzinę.MAKBET:  Ja mogęWas zaprowadzić do niego.MAKDUF:  Wiem o tem,Że trud ten sprawia ci radość, a przecieTrud to.MAKBET: Przyjemność podobnych zabiegówTrud nam osładza. Oto drzwi do króla.MAKDUF: Odważę go się obudzić, gdyż jest toMój przepisany obowiązek.

LENNOKS:  DzisiajKról stąd wyjeżdża?MAKBET:  Tak sobie zamierzył.LENNOKS: Noc była straszna; gdyśmy spali, wicherZwalił kominy; w powietrzu, tak mówią,Słyszano jęki, niezwykłe rzężenia,Jakby ktoś konał; były wróżby, groźnymWieszczące głosem okrutne pożogiI powikłane wypadki, mająceTym opłakanym wylęgnąć się czasom.Puhacz zawodził całą noc; niektórzyMówią, iż ziemia dostała gorączkiI tak się trzęsła.MAKBET:  Tak, noc była straszna.LENNOKS: Młoda ma pamięć nie znajduje równej.

MAKDUF: O grozo! Grozo! Język ani serceNie zdoła pojąć ani nazwać ciebie!MAKBET i LENNOKS: Cóż się to stało?MAKDUF:  Zamęt dziś wykonałSwe arcydzieło. Mord przeświętokradzkiWtargnął w przybytek, poświęcony Panu,I wydarł życie tej budowli.MAKBET:  Mówisz —Życie?LENNOKS: Czy myślisz o królewskiej mości?MAKDUF: Idźcie do izby, i niechże wam oczyNowa zagasi Gorgona! Nie każcieMówić mi więcej! ZobaczcieI mówcie sami!

Zbudźcie się, o, zbudźcie!Bijcie na alarm — mord i zdrada! BankoI Donalbeinie! Zbudźcie się! Malkolmie!

Strząśnijcie z siebie sen, konterfekt śmierci,I na śmierć samą popatrzcie! O, wstańcie,Wstańcie, zobaczcie wielki obraz Sądu!Malkolmie! Banko! Wstańcie, jakby z grobu,I pospieszajcie, jak duchy, by jeszczePowiększyć grozę!

LADY MAKBET: Cóż to za wypadek,Że przeraźliwy głos trąby wyrywaZe snu mieszkańców domu i zwołujeNa te narady?... Mówcie! Mówcie! Mówcie!MAKDUF: O ty, dostojna pani! Nie dla ciebieJest to, co mógłbym powiedzieć; wiadomość,Jeśli ją zechcę powtórzyć i trafićW niewinne uszy, gotowa je zabić.

O Banko! Banko! Nasz władca królewskiZamordowany!LADY MAKBET: Biada! W naszym domu?BANKO: W czyimbykolwiek, nazbyt to okropne,O drogi Dufie, błagam cię, odwołajI powiedz, że to nieprawda!

MAKBET: Gdybym był umarł na godzinę przedtem,Miałbym za sobą szczęśliwy czas życia;Albowiem odtąd niema nic znacznegoW śmiertelnym bycie, wszystko jest li szychem!Umarła chwała i świętość; ściągniętoWino żywota, zostały jedynieMęty w tym lochu (wskazuje zamek), by się chełpił niemi.

DONALBEIN: Kogoż spotkało nieszczęście?

MAKBET:  Was obuWas, a wy o tem nie wiecie... Krynica,Źródło, z którego wasza krew wytrysła,Zatamowane! Ten prazdrój na zawszeZatamowany!MAKDUF: W asz królewski ojciecZostał zabity!MALKOLM: O, przez kogo?LENNOKS:  Zda się,Ze to zrobili jego pokojowcy.Ręce i twarze m ieli powalaneKrwią, a tak samo i sztylety, któreNa ich poduszkach krwawych znaleźliśmy;Wzrok mieli błędny i byli zmieszani.Nie należało zwierzać ich opieceLudzkiego życia.MAKBET:  O, teraz żałujęWściekłości swojej, żem ich zabił!MAKDUF:  CzemuTo uczyniłeś?MAKBET: Któż w jednym momencieMoże roztropnym być i przerażonym,Umiarkowanym i wściekłym, oddanymI obojętnym? Żaden człowiek. PośpiechMojej żarliwej miłości wyprzedziłOciągąjącą się odwagę. TutajLeży on, Dunkan, z tym włosem srebrzystymW złotych koronkach posoki, z ciętemiRan otworami, jak wyłom w naturze,Przez który wkracza ogrom zniweczenia;Tutaj mordercy, naznaczeni barwąSwego rzemiosła, z mieczami, haniebnieKrwią zbroczonemi. Któżby się powstrzymał,Mający w sercu miłość i w tem samem

Sercu odwagę dania jej świadectwa,Ażeby tego nie zrobił?LADY MAKBET:  PomóżcieWyjść mi! O rety!MAKBET:  Zajmijcie się panią!MALKOLM: (na stronie do Donalbeina)Czemu trzymamy język na uwięzi?Nas ten wypadek najbardziej dotyka!DONALBEIN: (na stronie do Malkolma)Poco nam gadać tu, gdzie z każdej szparyLos może wypaść i nas schwycić? Dalej!Precz stąd!Łzy nasze jeszcze nie dojrzały.MALKOLM: (na stronie do Donalbeina)JeszczeI ból nasz nie jest na swobodnej stopie.BANKO: Zająć się panią!

A gdy odziejemyTę naszą nagą ułomność, na takiChłód wystawioną, zbierzemy się znowu,By zastanowić się nad tym najkrwawszymZ czynów i dotrzeć do niego. I trwogi,I wątpliwości przejm ują nas dreszcze.Ja jestem w możnem ręku Boga, walczyćBędę więc odtąd przeciw skrytym planomZdradzieckiej złości.MAKDUF:  I ja.WSZYSCY:  I my wszyscy.MAKBET: Okażmy męską gotowość i w saliZbierzmy się razem jak najprędzej.WSZYSCY:  Słusznie!

MALKOLM: Co myślisz sobie? Nie łączmy się z nimi!

Żal okazywać, gdy nie czujem żalu —To obowiązek, który łatwo spełniaCzłowiek fałszywy. Ja do Anglji jadę.DONALBEIN: Ja do Irlandji. Rozdzieliwszy losy,Będziemy obaj bezpieczniejsi. Tutaj,Gdzie my, sztylety w ludzkich są uśmiechach.Im ktoś krwi bliższy, tem bliższy skrwawienia.MALKOLM: Ten grot morderczy, który wypuszczono,Jeszcze nie opadł... Najbezpieczniej dla nasUstąpić z celu. Więc na koń! Nie bądźmyCzuli na sprawę pożegnania. TrzebaZ tego się miejsca wynieść jak najprędzej.Złodziej, widzący, że nań kara spadnie,Upewni siebie, gdy się sam wykradnie.

STARZEC: Kopę lat zgdrą pamiętam; w tym długimOkresie czasu chwilem widział straszneI dziwne rzeczy, lecz ta noc dzisiejszaW śmiech obróciła dawniejsze wspomnienia.ROSSE: Ach, zacny ojcze, widzisz, że niebiosa,Snać zagniewane na igrzysko ludzi,Grożą ich krwawej widowni. Dzień mamyWedług zegara, a przecież noc ciemnaTłumi blask lampy wędrownej. Czy nocyJest to przewaga, czy wstyd dnia, że ciemnośćGrzebie oblicze ziemi, gdy je miałoCałować światło żywotne?STARZEC:  To coś jestTak przeciwnego naturze, jak czyn ten,

Świeżo spełniony. Ostatniegom wtorkuWidział sokoła, jak dumnie się wznosiłW przestwór, a oto napadła go sowaI zadziobała.ROSSE:  A konie Dunkana —Rzecz nie do wiary, a jednak prawdziwa —Piękne i rącze, istotne pieścidłaW swoim rodzaju, okazały nagleDziką naturę: wypadły ze stajni,Stanęły dęba wbrew wszelkim wędzidłom,Jakgdyby chciały bój prowadzić z ludźmi.STARZEC: Ponoć się w zajem pożarły.ROSSE:  Tak byłoKu osłupieniu moich oczu, któreNa to patrzały... Idzie zacny Makduf.

A cóż tam, panie, na świecie?MAKDUF:  Czy nie wiesz?ROSSE: A czy wiadomo, kto czyn ten popełniłWięcej niż krwawy?MAKDUF:  Tak, ci, których zabiłMakbet.ROSSE: O biada! O, ty dniu! A jakąMieli w tem korzyść?MAKDUF:  Byli podmówieni.Synowie króla, Malkolm i Donalbein,Chyłkiem uciekli i to rzuca na nichOwego czynu podejrzenie.ROSSE:  ZnowuCoś przeciwnego naturze! O pycho!Ty marnotrawna, niwecząca środkiWłasnego życia!... Więc prawdopodobnieWładza królewska spadnie na Makbeta!

MAKDUF: Już mianowany i ruszył do SkonyNa koronację.ROSSE:  Gdzie zwłoki Dunkana?MAKDUF: Przewieziono je de Kolmshill, skarbnicyJego praszczurów i stróża ich kości.ROSSE: I ty do Skony?MAKDUF:  Nie, bracie, do Fajfu.ROSSE: A ja tam jadę.MAKDUF:  Bodaj byś tam znalazłWszystko po myśli. Żegnaj! Bo jeżeliBędzie inaczej, to na tem się skończy,Iż lepiej w starej, niż nowej opończy.ROSSE: Żegnajcie, ojcze!STARZEC:  Błogosław wam, Boże,Oraz każdemu, co praw Jego słucha,W dobro przemienia zło, a wroga w druha!