Trzej królowie (Zagórski, 1881)
Szli przez pustynie — przez stepy bez końca,Krwią znacząc często ślady na kamieniu;Wkoło nich puszcza w grobowem milczeniu,Nad nimi piekło libijskiego słońca.
A stepy dzikie — a niebiosa skwarne;I nigdzie źródła, w któregoby wodzieMogli pragnienie ugasić pożarne,I nigdzie palmy, gdzieby spocząć w chłodzie!
Czasem im drogę huragan zaskoczy,I, chciwy pastwy ruchomy grobowiec,Jak wąż piasczystym kłębem ich otoczy;Czasem znów hiena lub szakal — wędrowiec,Głodem zawywszy w tej stroskanej ciszy,Chwilę pielgrzymom zdala towarzyszy;A czasem majak zabłyśnie w oddali,Wabiąc znużonych oazą uroczą;Ale pielgrzymi z swej drogi nie boczą,I wciąż milczący, idą wciąż, i dalej,A poprzed nimi gwiazdka złota biegnie,Gdzieś roziskrzona w Bogu: ta ich strzegnie!
Po ojcach wzięli prorocze podanie,Że kiedyś światu zabłyśnie zbawienie,I że się „Słowo wieczne“ ciałem stanie,I „Światło prawdy“ nocy zwalczy cienie,Że gwiazda złota na błękit wybiegnie,I o spełnieniu tych dni ich ostrzegnie.Więc za tą gwiazdą mimo słońca skwary,Mimo piasczyste huraganów fale,Mimo majaki, i mimo szakale,Spieszą wytrwali, ufni, pełni wiary;Nadzieja tęskne im rozwidnia twarze,A wzięli z sobą w drogę skarb bogaty,Aby go złożyć Wcielonemu w darze —Skarb milszy Panu od perł Guzaraty:Kadzidło modlitw, i miłości myrrę,I serca złote, piastowskie i szczére!...
Tak idąc, dzikie minęli pustynie,I weszli w ziemię, która miodem płynie;Więc idą pytać się w książęce grody:„Gdzie Ów, którego czekają narody?“Lecz nikt nie wiedział o Nim w dworskim gminie;Jego tam niemasz! — Gwiazdka dalej płynie!
Więc znów pielgrzymie kije wzięli w ręce;Idą w swą gwiazdkę wpatrzeni oczyma,Aż wtem się ona w błękitach zatrzyma,I przy ubogiej stanęli stajence.A stajnia była kryta słomy wiechem,Ale w tej chwili jasna słońcem złotem,
Przez dziury nieba świecąca uśmiechem,Zwinnych jaskółek grająca świegotem,A mędrcy mieli serca takie lasze,I takie wierne, tak miłośne dusze,Że ufni w szopki wstąpili poddasze,Wyroki Pańskie w rzewnej wielbiąc skrusze!
W żłobku, na sianie, w tym przytułku nędzySpoczywa dziecię na śnieżystej przędzy,I spiące słodko do Tej się uśmiécha,Co przy nim stoi spokojna i cicha,Snu jego będąc aniołem i strażą.Czasem ze sianka polny kwiatek strzeli,I zawieszony nad dzieciny twarzą,Kielich w skrzydlatą główkę przeanieli;A czasem kwiaty te przeanieloneSkrzydłami w wianek uroczy się splotą,I wioną piosnką na dziecię uspione;— Kwiaty się stają wtedy arfą złotą!...
Więc zapatrzeni w tę dziecinę Bożą,Która w tej chwili z uspienia ocknięta,Różane do nich wyciąga rączęta,Klęknąwszy mędrce w proch swe czoła korzą,A przez szczeliny strzechy rój promieniNad ich czołami zapalił wschód słońca,I w blaskach jego stoją przebóstwieniOni, co wytrwać umieli do końca!
O Panie, Panie! I my, twoi wierni,Za Twoją gwiazdą — za Twoim aniołemKrwawy ślad znaczym na głogu i cierni;I niema palmy pod którejby czołemMożna wypocząć, i krynicy niema,Gdzieby ugasić pragnienie pielgrzyma;I nam huragan skwarny, czoło pali,I na nas stada czyhają szakali,I wokoło nas step martwy i głuchy,Jednak w znużeniu nie słabną nam duchy;Bo wierzym Panie, że jak królów WschoduNas przeprowadzisz przez pustyń bezdroże;Lecz kiedyż błyśnie dla Twego naroduBetlehemskiego dnia różanne zorze?...